dobrze zacząć dzień

września 22, 2017

Poranek.
Jest gdzieś między siódmą a ósmą, granica się zaciera, przecieram oczy.
Wyszli już; przez moment wydawało mi się, że słyszałam ich krzątaninę: śpiew Małego Johna lub rytmiczne intonowanie wierszyków, "Ciiiii...!" TatoMęża, potem buczenie nebulizatora, jakieś szelesty, zgrzyt klucza w zamku.
Przewracam się z boku na bok. Marszczę brwi w miejscu spotkania z nosem. To nie była dobra noc - ból zatok nie dawał spać, a nieprzyjemne łaskotanie w nosie zmuszało do kilkukrotnego marszu do łazienki - po omacku: wpierw po ciemku, potem z przymkniętymi oczami, by światło nie oślepiało.
Myślę.
Jeśli teraz wstanę, może uda mi się spokojnie posprzątać i zjeść śniadanie w ciszy. Dopić herbatę - sycić się nią, mrużyć powieki, czerpać przyjemność z milczących poranków, które zdarzają się teraz tak rzadko... Może się uda... Warto spróbować.
Wstaję. 
A w zasadzie siadam.
Wzdycham. Sięgam po gumkę, która leży przy poduszce i zawijam włosy w kucyk. 
Układam poduszki (przytulam je do siebie: moją i mężową, leżą na sobie, jak zakochani - od razu cieplej), zwijam prześcieradło (dokładny prostokąt), teraz najgorsze: wstać, na stojąco zwinąć kołdrę - skrupulatnie, bez wpadki, inaczej jeden z rogów wywinie się, ucieknie i trzeba będzie zaczynać od nowa.
Otwieram łóżko, chowam, odpoczywam.
Nie zamykam - jeszcze moja piżama.
Niespiesznie kieruję się do łazienki, wcześniej wyciągam rękę do kuchni - łapię miotłę. Zamiatam - łazienkę, przedpokój, pokój Małego Johna, kuchnię. Zostawiam śmieci przy zlewie - gdy otworzę drzwiczki, zobaczę kosz. Ale jeszcze nie teraz. Teraz idę się ubrać.
Zakładam moje ulubione ostatnio spodnie - za krótkie, żeby w nich wyjść, idealne, by nosić je teraz po domu. (Uśmiecham się mimowolnie.) Spryskuję pachy dezodorantem; szybko ubieram bluzkę i uciekam z łazienki, po której unosi się mocny zapach teoretycznie niemocnych perfum. 
Przytulam moją piżamę do piżamy mężowej - układam je na prześcieradle (dokładny prostokąt), zamykam łóżko.
Idę po miotłę; otwieram szafkę i zza kosza na śmieci wyjmuję zmiotkę.
Omiatam pokój dzienny (szumnie nazywany dużym, w Internetach czasem salonem); szczęśliwa, że to już koniec, wracam do śmieci w kuchni - wreszcie i na nie przyszła pora. Jest już czysto.
Woda na herbatę zagrzewa się po chwili. Trójkątna tytka zaczyna barwić przezroczysty płyn; masło miękko sunie po rozkrojonej bułce. 
Nagle słyszę czyjś głosik.
Mówi coś do siebie, opowiada.
Przerywam. Nasłuchuję. Uśmiecham się.
Wyciągam miseczkę w kwiatowy wzór łąki. Do odmierzonej ilości wody wsypuję kaszkę: dokładnie trzy łyżki. 

W jednej ręce trzymam kubek i kanapkę, w drugiej miskę ze śniadaniem dla córy.
 - Dzień dobry, Kochanie! - rzucam od progu, wchodząc do pokoju dziennego.



You Might Also Like

1 komentarze

#cherrywoodstories na Instagramie

copyrights | prawa autorskie


Wszystkie zdjęcia na blogu - chyba że zaznaczyłam inaczej - są mojego autorstwa. Kopiowanie ich i/lub rozpowszechnianie bez mojej zgody i/lub podania źródła jest łamaniem praw autorskich.
NIE zgadzam się na kopiowanie i wykorzystywanie zdjęć moich dzieci bez mojej pisemnej zgody.