sobota, 1 lipca 2017

cytat miesiąca (lipiec 2017)

Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałam się arogancka, ale po prostu dlatego, że osiągnęłam taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wymagań każdej natury.

Straciłam wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie. Już nie spędzę ani minuty na tych, którzy chcą manipulować. Postanowiłam już nie współistnieć z udawaniem, hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej.

Nie pasuję do plotkowania. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę w świat przeciwieństw i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie wiedzą, jak chwalić lub choćby dać słowo zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość.

José Micard Teixeir aka Meryl Streep 


Słowa te obiegły internety, reklamowane twarzą Meryl Streep, która je rzekomo wypowiedziała/spisała. I ja dałam się nabrać swego czasu, szerując cytat. Dzisiaj znów się nim dzielę, tym razem z właściwym podpisem autora. Choć on nie jest tu tak ważny, jak słowa same w sobie. Pod nimi może się podpisać każdy na pewnym etapie swojego życia - czy to będzie José, czy Meryl, czy Marta.

W zeszłym roku skończyłam trzydzieści lat. Przekroczyłam pewien próg, po którym - jak sądzą jedni - równia pochyła ku starości. Inni, że wtedy ma się największy power, chęci i możliwości. Jeszcze inni powiedzą, że jest akurat - że to najlepszy wiek.  Najbliżej jestem chyba tych ostatnich. Bo choć faktycznie zaczęło mi częściej strzykać w kościach, wzrosła regularność masowania się po plecach tuż po przebudzeniu czy mimowolnych drzemek w ciągu dnia (gdy siadają baterie na pięć-dziesięć minut, dosłownie), jako trzydziestolatka (obecnie +1) czuję się doskonale - najlepiej. Daleko mi do naiwności dziecka, już nie daję się tak łatwo nabrać czy wprowadzić w pole (a długo charakteryzowała mnie wielka wiara w ludzi i to, że wszelkie świństwa czy inne tego rodzaju są ode mnie daleko - byłam urocza i głupiutka jednocześnie). Już nie poklepuję gówna, które ktoś mi wycisnął z własnego tyłka na moje ułożone, czyste włosy. (Wybaczcie brutalność opisu - eufemizmy też mnie już nie bawią tak, jak kiedyś.) Już nie udaję, że bawi mnie czyjś dowcip, gdy nie bawi, a bardziej sprawia ból. Już nie milczę, gdy ktoś rzuci w moją stronę świństwem. Odpowiadam. Nie zawsze w najlepszych słowach, czasem zakłopotanie (to mi zostało) tuszuję żartem, ale pozbyłam się wreszcie dławiącego poczucia zażenowania, które sprawiało, że nie byłam w stanie zrobić czegokolwiek. Gdy nie wiem - pytam. Gdy coś mnie nurtuje - pytam, szukam odpowiedzi. Nie boję się ich szukać, nie boję się reakcji. Czasem przegrywam z grzeczną, ułożoną Martusią, ale coraz częściej wychyla się pewna siebie Marta - kobieta i matka, doktorantka, kulturoznawca, żona i blogerka - człowiek z pasjami, przemyśleniami, z jako-tako poukładanym światem w głowie. 

Lubię mieć 30 lat. Bardzo.

To na tyle dużo, że wiem już, czego chcę, a czego nie. Na tyle mało, że wciąż mogę poszukiwać i czuć miłe podniecenie z tego powodu.
Na tyle dużo, że nie czuję już wstydu, że jestem sobą i myślę to, co myślę. Na tyle mało, że nie jestem arogancka, przesiąknięta przekonaniem, że pozjadałam wszystkie rozumy świata.
Na tyle dużo, że jestem już dorosła, na tyle mało, że wciąż mogę śmiać się jak dziecko.

Idealnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz