piątek, 12 maja 2017

Czego resorak uczy o zaangażowaniu?

Za niecały miesiąc w przedszkolu Małego Johna odbędzie się rodzinny festyn - impreza w plenerze, na terenie przedszkola, z licznymi atrakcjami dla dzieci i nie tylko (w ubiegłym roku było przeciąganie liny, zwiedzanie wozu strażackiego, przymierzanie stroju strażackiego czy policyjnego, tańce i część artystyczna, grill, słodkości upieczone przez mamy, malowanie twarzy, turniej rycerski, konkursy z nagrodami czy pokaz szkolonych psów), w tym loteria fantowa. W hallu placówki pojawiły się ostatnio duże plakaty przypominające o zbiórce fantów - drobnych przedmiotów do loterii. Pamiętając zeszłoroczną zabawę, postanowiłam zainwestować. Wydać "stówkę" na zabawki, rzeczy dla dzieciaków. "Wariatka!" - skwituje ktoś; może nawet będzie mógł przybić sobie piątkę z TatoMężem. Ale prawda jest taka, że drobny gest wiele znaczy, a zmiana myślenia to duży krok w kierunku czegoś lepszego.
O czym tak górnolotnie piszę i jak to niby odnosi się i do tytułu, i do chęci wydania przeze mnie pieniędzy?
W zeszłym roku kupiliśmy jeden los. Kosztował pięć złotych. Synek wylosował resoraka - markowego, sygnowanego nazwą Hot Wheels. Mogłaby rozgorzeć tu dyskusja, czy powinniśmy zwracać uwagę na markę, metki, firmy, które przecież nie powinny decydować o wartości rzeczy, ale nie da się ukryć, że takie autko ucieszyło i syna, i nas: jego, bo autko (to dość proste akurat ;D), nas, bo fajny design, bo dobra i znana marka, czyli materiał też lepszy, bo na dłużej wystarczy, dłużej będzie cieszyć, bo będzie pasowało do innych zestawów itd. Mijały nas dzieci z fantem w postaci wielkiej kartonowej kartki z przyczepionymi kilkoma gumeczkami - niektóre mamy (i dziewczynki) nie kryły rozczarowania. I na pierwszy rzut oka może się wydawać, że oto wychowujemy społeczeństwo roszczeniowe, żądne fantów markowych, droższych, ale z drugiej strony... Te wszystkie fanty kupowali... rodzice. To oni decydowali, czy dołożą kilka złotych do lepszego resoraka (zamiast 5 - czyli cena losu, dadzą dziesięć - bo tyle kosztował w sklepie taki Hot Wheels), czy pójdą na łatwiznę i wrzucą do koszyka pani przedszkolanki "byle co". Dlatego pamiętając radość Małego Johna i naszą satysfakcję, postanowiłam dorzucić się do zabawy (w zeszłym roku daliśmy "tylko" książeczkę) i sprawić dzieciakom frajdę. Saszetka z minionkiem, książeczka z naklejkami (typu udekoruj swój domek dla lalek), mały zestaw laboratoryjny, kosmetyczka czy lusterko dla dziewczynki, drewniana laleczka... Zabawki czy przedmioty nie kosztujące więcej niż 20, w porywach 30 złotych. Różnie zresztą wypadające cenowo. To, co najważniejsze: by były to zabawki-drobiazgi, ale lepszej jakości. Nie tania rzecz z kiosku, coś przypadkowego. Ten jeden resorak od jakiegoś rodzica, któremu chciało się więcej czy lepiej, który postanowił dorzucić od siebie te 5 złotych ekstra, żeby w koszyku pojawiło się coś fajniejszego, zadziałał motywująco - w tym roku mam ochotę dołożyć cegiełkę do zabawy, sprawić, żeby na twarzy innego dziecka pojawił się podobny uśmiech (a na twarzach rodziców miłe zaskoczenie). Może dzięki temu w przyszłym roku rozbijemy fantowy bank? ;) Jako rodzice, jako przedszkole.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz