czwartek, 16 marca 2017

Dziecko ze smartfonem w ręce? A Ty - Rodzicu - co robisz?

Przykład idzie z góry.

Truizm, banał to taki, wiem. A jednak zapominamy.

W poniedziałek byłam z dziećmi u lekarza. Pierwszy dzień po weekendzie, poczekalnia wypełniona ludźmi. Dzieci młodsze, dzieci starsze... Z rodzicami, dziadkami... Różne konfiguracje. Zauważyć można było jednak pewną stałą: smartfon

A to jakaś gra, a to jakaś bajka. Żeby zabić nieco czasu, żeby zająć myśli, odwrócić uwagę.
Pewien chłopiec obok nas oglądał Boba Budowniczego - kilka odcinków z rzędu (tak, czekaliśmy długo). W międzyczasie wyraźnie się nudził - kilka razy ruszał w kierunku stolika z zabawkami i książeczkami, ale przynaglany słowami mamy "Jak nie siedzisz grzecznie i nie oglądasz, oddaj telefon!" siadał z powrotem na miejsce z miną zblazowanego mopsa, który nie jest pewien, co byłoby ciekawszą opcją.
Pewna roczna dziewczynka przechadzała się po całej poczekalni - babcia wzięła ją w efekcie na kolana i puściła świnkę Peppę - co by mieć spokoju więcej.
Wreszcie przykład, który mnie poruszył na tyle, że miałam ochotę rzucić coś w kierunku rodzica (w ostatniej chwili ugryzłam się w język): na oko dwuletni chłopczyk bawił się w najlepsze przekładankami (wiecie, takie klocki do przesuwania po drucikach). Chwytał je w ręce i... nie miał w zasadzie szans sam postawić, bo natychmiast pojawiał się jego tata, który wyrywał mu zabawkę z ręki ze słowami "Nie wolno! Nie rób!" i sam odkładał - delikatnie - na miejsce. Bał się chyba, że dziecko gwałtownym ruchem zrobi sobie krzywdę albo zniszczy zabawkę... (Nie wiadomo, co rodziciel uznał za większe zło.) Młody był jednak uparty i ewidentnie chciał bawić się akurat przekładankami. Co na to jego tato? "Heej! Patrz, co tu mam! Hej, zobacz, no zobacz!" - dźgał syna w ramię i wyciągał w jego stronę smartfon. Nie zauważył przy tym, że jego syn zaczął łapać kontakt z "kolegą" naprzeciwko, że jeszcze chwila, a być może chłopcy bawiliby się razem, bo od dobrej chwili przyglądali się sobie z uśmiechami i byli bliscy wymiany słownej (mniej lub bardziej zrozumiałej dla niedouczonych dorosłych ;)). Nic to. Tata tak uparcie zaczepiał dziecko, że to w końcu zwróciło na niego uwagę. Ojciec rozpromieniony (szansą, że teraz będzie "spokój"?), chce wcisnąć młodemu telefon. Ten (Brawo, Mały!) niezainteresowany wrócił do przekładanki.

Różni opiekunowie. Posiadający telefon z dostępem do Internetu. Oj, jak wygodne narzędzie. Oj, jak łatwo można zająć myśli... Jeden z rodziców sam bawił się swoim smartfonem, podczas gdy jego córka oczekiwała na wizytę. Przykład idzie z góry.

To były małe dzieci - poniżej 4 lat.

Są też i starsze, też z telefonami. Tylko że w ich przypadku sprawa wygląda inaczej.
 - Zostaw wreszcie ten telefon! Ileż czasu można przy nim spędzać!
 - Schowaj to, zaraz wchodzimy do gabinetu!
...czasem zakończone wyrwaniem przedmiotu z ręki dziecka, z gniewnym spojrzeniem rodzica, jego zniecierpliwieniem, brakiem zrozumienia dla nastolatka, który ciągle wgapia się w ekran.

Brakiem zrozumienia...? Naprawdę?

A gdyby tak cofnąć się w czasie o te kilka lat, kiedy sami wciskaliśmy ten telefon w ręce dziecka? Czy te obrazki składają nam się w całość?
O co Ci więc chodzi, Rodzicu? Masz, co chciałeś!


PS. To oczywiście nie jest tak, że WSZYSTKIE dzieci dostawały telefon. Były i takie, które czytały książeczki albo siedziały z rodzicami, którzy skupiali się na nich. Przy pełnej poczekalni proporcje były mniej więcej równe - podział pół na pół.

2 komentarze:

  1. smutna ta nasza rzeczywistosc...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego z wielką nadzieją i trochę uparcie patrzę w kierunku tej połowy, która jednak skupiała się na dziecku... Że jeszcze nie wszyscy...

      Usuń