poniedziałek, 6 lutego 2017

cytat miesiąca (luty 2017)

We should all be feminist.
Chimamanda Ngozi Adichie


Dzisiejszy cytat jest, być może, nieco nietypowy, tzn. jego wyjaśnienie trochę takie będzie. Zwykle podrzucam słowa w jakiś sposób odnoszące się do dziecka czy dzieci, wychowania, rodzicielstwa... Dzisiaj jest inaczej, ale w zgodzie ze mną i - w zasadzie - jak by nie było o wychowaniu również.

Wszystkie powinnyśmy być feministkami. Albo nawet wszyscy - włącznie z gatunkiem męskim. To rozszerzenie rozumienia pozostawię, dla mnie najważniejsza jest tutaj perspektywa kobieca. Kobiety powinny o siebie walczyć - kobiety powinny być feministkami.

No way! - oburzy się niejedna, która chciałaby, by przepuszczano ją w drzwiach, która lubi malować paznokcie i golić włosy na nogach oraz pod pachami, dla której gotowanie to przyjemność, która wreszcie lubi siedzieć w domu i dla której kariera house managera to wystarczająco satysfakcjonująca posada. Ale feministki to nie babochłopy z podwiązanymi jajnikami, byleby tylko bachorów nie rodzić, nie babrać się w pieluchach, piersi marnotrawić na karmienie mlekiem. To nie maszkary z włosami na nogach, wąsikiem nad górną wargą, a w skrajnych przypadkach włosami na plecach. To nie lewicowe krzykaczki, które chcą, by przede wszystkim było o nich głośno, więc dla swoich przysłowiowych pięciu minut, taniego "fejmu" zrobią wszystko. Media i ideologie lubią proste obrazki - najlepiej przerysowane. Żeby się nie pomylić, żeby wyraziście oddać jakąś charakterystykę. I faktycznie, takim "wyrazistym" feministkom łatwiej zaistnieć na pierwszych stronach gazet czy w programie telewizyjnym - wizerunek agresywnego babochłopa lepiej robi na wyobraźnię niż ładna, zadbana kobieta, która inteligentnie mówi o prawach żeńskiej części społeczeństwa. Dlatego chciałabym tu wyraźnie zaznaczyć: feministek i feminizmów jest wiele - to nie jest jeden prąd, to wiele zmiennych, kilka fal feminizmu. Historia ruchu jest złożona, wielowątkowa, a współcześnie jeszcze bardziej skomplikowana. Darujmy więc sobie tanie szufladkowanie, poprzestańmy raczej na stwierdzeniu, że feministka to każda kobieta, która walczy o swoje prawa - jakiekolwiek. Może to być mama lubiąca siedzieć w domu, ale chcąca, by mąż też uczestniczył w opiece nad dzieckiem. To może być kobieta sukcesu, która walczy o żłobek w jej miejscu pracy. To może być singielka, która nie ma ochoty wiązać się z mężczyzną, rodzić dzieci - ot, zwyczajnie ma inny pomysł na siebie. To może być jakakolwiek kobieta, która nie boi się mówić głośno o swoich uczuciach i planach - co ważne, nie ma tu podziału na prawicowe czy lewicowe, na konserwatywne czy wyzwolone - każda kobieta może być feministką, może nawet już nią jest, a jeszcze o tym nie wie, albo bardzo chciałaby się nią stać, ale nie wie, że właśnie o to jej chodzi?

Jakiś czas temu udostępniłam na Facebooku link do felietonu Anny Dziewit-Meller "W pułapce kompetencji", w którym autorka opowiada, że chciała odmówić pisania dla "Tygodnika Powszechnego". Dlaczego? Bo... nie była wystarczająco dobra. Albo inaczej: myślała, że nie jest wystarczająco dobra, kompetentna. Rozmowa z mężem uzmysłowiła jej, że takie myślenie nie jest właściwe tylko jej, ale dosięga niemal wszystkich kobiet. Każda czuje się mało kompetentna, nienadająca się np. do dyskusji o polityce (np. na zasadzie: "Bo wie pan, ja tam tylko pisarka jestem... Co ja wiem o wielkim świecie?"). Co jest z nami kobietami, że czujemy się gorsze, podczas gdy mężczyźni zazwyczaj takich problemów nie mają? Lata wychowywania nas w schemacie grzecznej, niewychylającej się dziewczynki?

Żyjemy w kulturze patriarchalnej i, chcąc nie chcąc, w jakiś sposób jesteśmy uzależnione: od mężczyzn, kultury, tradycji, pewnych oczekiwań, wyrobionych schematów, upowszechnionych wizerunków kobiet. Nie chcę w tym miejscu podburzać żeńskiej części ludności, nawoływać do buntu czy grzmieć, jacy to mężczyźni są źli i okrutni (bo wielu nie jest, a świat nie jest tak czarno-biały, jak niektórzy chcieliby to widzieć), ale trzeba sobie uświadomić jedno: przez setki lat kobieta była traktowana gorzej niż mężczyzna i to ciągnie się za nami do teraz - zmienia się, powoli, ale wciąż pokutuje. Dla przykładu, w swojej pracy doktorskiej analizuję współczesne przepisania standardowych baśni ("Kopciuszek", "Śpiąca królewna" itp.) - takie uwspółcześnione wersje tamtych opowieści. Autorki chciały pokazać mechanizmy rządzące relacjami damsko-męskimi w tradycyjnych baśniach, czasem je wykpić, pokazać, jaką mogą wyrządzić krzywdę. I chociaż pierwsza, powierzchniowa lektura współczesnych wersji faktycznie może sprawić, że kobieta się uśmiechnie i pomyśli, dajmy na to: "No wreszcie! Nie muszę zakładać tego głupiego pantofelka, żeby książę mnie rozpoznał i pokochał! Mogę być sobą!", tak lektura bardziej dogłębna... ech. Pokazuje nasze uwikłanie w język patriarchalny, w cały ten kulturowy konstrukt. Mimo chęci, zarysowania nowoczesnego podejścia do tematu, wydawałoby się wyzwolonych postaw bohaterek, wolnościowego zakończenia, postaci dalej tkwią w tych samych strukturach. Niewiele się zmienia, a happy-endu nadal brak (bo zakładamy,  że baśniowy happy-end był jedynie poparciem dla tradycyjnej, a więc odrzucanej roli kobiety). Nieciekawa to rzeczywistość, tak na dobrą sprawę. A miało być - przynajmniej w kilku przypadkach - optymistycznie, dawać nadzieję na lepsze jutro, podkreślać siłę kobiet i ich moc sprawczą... No cóż, nie udało się. Nie udało się autorkom, i jak często nie udaje się kobietom w życiu codziennym. Tkwimy w tym dalej, chociażby podświadomie.

W zeszłym roku furorę robiły (i, mam nadzieję, robią nadal) lalki GoldieBlox. Zabawka dla dziewczynek (w końcu lalka, dodatkowo tytułowa Goldie to blondynka, a więc jedziemy bardzo stereotypowo), która rozwija zmysł inżynieryjny - a to trzeba zbudować kolejkę tyrolską, a to ogarnąć skoki spadochronem, a to budować jeszcze inne konstrukcje. Zgodnie z zasadą, że nauki ścisłe nie muszą być domeną mężczyzn (a wcześniej chłopców), że kobiety (wcześniej dziewczynki) także mają do nich predyspozycje, że ich zmysł analityczny pozwala znajdować ciekawe powiązania czy proponować nowe rozwiązania. Należy ośmielić nasze córki, pokazać im, że ich przyszłość to nie tylko dom czy dziedziny artystyczne. Że jeśli któraś chce być astronautką, piłkarką nożną albo chirurgiem - może. Że nada się świetnie.

Ktoś może tu prychnąć, rzucić coś o gender (odsyłam do mojego tekstu na ten temat - TUTAJ), że jasne, mieszajmy płcie, role społeczne, że niedługo nie będzie znaczenia, czy kobieta, czy mężczyzna, bo królować będzie obojnactwo... Ale to nie tak. Tu nie chodzi o miszmasz, ale o niezamykanie człowieka w sztywnych ramach kultury - jeśli jakaś kobieta pragnie być bokserką - niech nią zostanie. Jeśli jakiś mężczyzna marzy o tańczeniu w balecie - niech tańczy! Pozwólmy ludziom spełniać ich marzenia, nie negujmy ich wyborów tylko dlatego, że to "dziwne", to "nie wypada", "kto to widział" albo jeszcze inne bzdurne argumenty, które są tylko murami, hamulcami (być może bezpieczeństwa, ale nic dobrego z ich użycia nie przychodzi).

Piszę ogólnie, bo i chłopcom (mężczyznom) nie pozwala się być sobą - ich też się szufladkuje, chce odlewać na obraz i podobieństwo jakichś tam wydumanych wzorców. Ile razy Mały John słyszał od babć czy cioć, że nie ma płakać, bo jest dużym chłopcem! Raz, że chłopcem, dwa, że dużym - a argument o dorosłości padał niezależnie od tego, czy miał rok, dwa lata, czy cztery. Nigdy nie było odpowiedniego momentu na łzy. Bo "chłopaki nie płaczą". A guzik. A ja chciałabym, żeby mój syn miał prawo do własnej wrażliwości, do okazywania uczuć, emocji - również tych negatywnych. By mógł się oczyścić.

Wszystkie powinnyśmy być feministkami. Znać swoją wartość i mieć odwagę walczyć o swoje marzenia i cele. Szanować siebie i wymagać tego szacunku od innych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz