czwartek, 26 stycznia 2017

boję się porodu (#rodzićpoludzku)

Ten post miał się pojawić na blogu rok temu - gdy Marion pływała jeszcze w brzuchu, a ja oczekiwałam drugiej cesarki w życiu - tym razem zaplanowanej.
Tak się jednak stało, że (z różnych przyczyn) nie opowiedziałam wówczas swojej historii. Może i dobrze. Po drugim porodzie, bardziej doświadczona, mogłam wyraźniej wyartykułować pewne kwestie. I tak, gdybym miała czekać na trzeci poród - znów mogłabym napisać, że się go boję. Niewiele się zmieniło, choć jestem dziś silniejsza i bardziej waleczna. 
Ale od początku...

Tytuł właściwie powinnam zmodyfikować. Nie tyle boję się porodu (to akurat jest odruch naturalny - coś, co do przyjemności w sensie fizycznym nie należy, raczej nie może być lubiane; jako sytuacja generująca największy bodaj ból, jaki może znieść człowiek, nie może nie budzić obaw), co boję się pobytu w szpitalu. Nieobliczalności, która czyha za jego drzwiami, niepewności, co się spotka, jak się zostanie potraktowanym.

Rodziłam raz. I ten jeden raz wystarczył mi do tego, bym teraz - spodziewając się "drugiego razu" - czuła niepokój. Że będzie bolało: wiem. Że nie będą to wakacje, a kilka trudnych dni: wiem. Że potem wcale nie będzie łatwiej (przynajmniej przez pierwszy tydzień, miesiąc, kwartał, pół roku...?): wiem. Ale czułabym się zdecydowanie lepiej, wiedząc, że w szpitalu otaczają mnie ludzie empatyczni, niosący pomoc, chcący w jakiś sposób ułatwić mi ten ciężki okres, jakim jest poród i połóg. Chciałabym. W miejsce tego... boję się. - pisałam rok temu, dokładnie 6 stycznia 2016 roku. Czy dzisiaj, kiedy mam za sobą i drugi poród, coś się zmieniło? W zasadzie... nie. Oba porody i pobyty w szpitalu, choć w zasadzie bardzo podobne, były bardzo różne. W obu przypadkach spotykałam osoby prawdziwie pomocne, ale i takie, których zachowanie demotywowało. Sytuacje sympatyczne i takie, które nie powinny mieć miejsca.

grafika: Fundacja Rodzić po Ludzku

Nie zamierzam tutaj atakować całego systemu, bo według mnie najczęściej to ludzie są winni, nie system. Jasne, durne reguły w urzędach czy innych miejscach publicznych (i nie tylko) zmuszają pracowników do takiego a nie innego traktowania petenta/klienta/pacjenta, ale zwykła ludzka życzliwość możne zdziałać cuda. Naprawdę. Nie wiem, może ja wciąż naiwna jestem (jak dziecko, któremu można było wcisnąć najgłupszy kit, ale jak przysięgało się i obiecywało, że mówi prawdę - wierzyłam, pokornie wierzyłam)?
Zdarzało mi się spotkać w życiu ludzi, którzy - gdy pojawiały się jakieś trudności natury formalnej czy inne - sami z siebie proponowali pomoc albo wskazywali, gdzie mogę ją uzyskać. Nie wzruszali rękami, wdychali ze zniechęceniem, machali na mnie ręką, ale radzili, chcieli pomóc. Po prostu. Jak by to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Spotykałam też takich, którzy nie pomagali wcale. I takich, którzy wręcz utrudniali. Nie da się załatwić? Ojejku, przykro mi - powiedziane z ziewnięciem. Czasem też głupie komentarze, niepotrzebne wyżywanie się na drugiej osobie - może dlatego, że obcej - takiej łatwiej powiedzieć coś, co normalnie przez usta by nie przeszło? Wykorzystywanie swojej pozycji, władzy - nawet jak jest się tylko pracownikiem... Ale beze mnie nic nie załatwią, nie zrobią, zależą ode mnie - żal nie wykorzystać...

To pewnie często też nie jest wina tych ludzi, ale ich wychowania, relacji w domu, w szkole... Tego, jakimi są ludźmi w środku, ich skrywanych żali, może strachu? Co by go tą władzą trochę uciszyć, przydusić... Co by człowiek lepiej się poczuł, że jednak jest kimś...

Chciałabym, żeby pracujący z ludźmi, ci bezpośrednio "narażeni" na kontakt z pacjentami czy klientami, potrafili to robić, mieli wyczucie. Uśmiechali się, byli przyjaźni, otwarci, pozytywnie nastawieni. By nie odstraszali samą swoją obecnością, miną, intonacją głosu, która sprawia, że z góry wiesz, że będzie pod górkę. By nie komentowano na głos w sposób złośliwy czy uwłaczający. By z zachowania tych ludzi wypływała życzliwość, chęć pomocy - w końcu od tego chyba są, prawda?

Rozgadałam się, jak to ja... Ale już przechodzę do konkretów.

poród pierwszy - sierpień 2012 

Naczytałam się, oj, przygotowałam. Pierwszy poród - poważna sprawa. Chciałam wiedzieć możliwie WSZYSTKO. Łącznie z czarnymi opowieściami, historiami grozy. Chciałam przygotować się na każdą okoliczność. Chłonęłam jak gąbka publikacje (książki, felietony) demaskujące polukrowane macierzyństwo i poród jako doznanie orgazmiczne. Choć wierzyłam (lub chciałam wierzyć) w więź matki z dzieckiem, silną i mocną, słodkie obrazki i opisy budziły we mnie wątpliwości. Z jednej strony największy ból na świecie, z drugiej ekstaza i największa przyjemność? Za dużo tu było dla mnie sprzeczności, bym łykała te słodkie opowiastki jak syczącą oranżadę w kolorze hard pink. Szukałam opowieści grozy, łapałam czarne scenariusze jak jaskółki, zwiastunki prawdy. Szukałam w historiach kobiet szczerości. Że boli, że kiła i mogiła, że chciały umrzeć, ale że potem było lepiej. Jak po najgorszej burzy świata, kiedy jesteś pewna swojej śmierci i nawet na nią czekasz, ale potem pojawia się słońce, a wiatr już nie wieje. Chciałam przygotować sobie własną skalę Beauforta - wiedzieć, na co się przygotować. Więc czytałam. Nawet kolorowe gazetki dla młodych mam. To w jednej z nich znalazłam informację o planie porodu - łącznie z tabelką, gotowym planem, który mogłam uzupełnić według własnych preferencji. Obok artykuł o tym, że mam prawo zdecydować o metodzie porodu, o pozycjach, o karmieniu dziecka, o różnych zmiennych dotyczących pojawienia się nowego człowieka na świecie. Że to nie jakiś tam przywilej, ale coś, co należy mi się prawnie, co mam prawnie zagwarantowane - że szpital taki mój plan (choćby i napisany odręcznie na kartce papieru!) ma włączyć do mojej kartoteki, bo to dokument.
Kiedy więc jechaliśmy do szpitala na "zapoznanie", naiwnie wzięłam ten plan ze sobą. Żeby pokazać, zapytać, uprzedzić. Żeby i szpital wiedział, jakie mam oczekiwania, i żebym ja poczuła się pewniej i bezpieczniej. I co? I położna, która oprowadzała nas po oddziale, gdy usłyszała, co wyciągam, nawet tej kartki za bardzo wziąć nie chciała. Wzięła w końcu, niejako z łachą, rzuciła tylko okiem i - oddając mi ją szybko - powiedziała, że to żaden dokument, że to niepotrzebne, bo oni to wszystko mają, wszystkiego pilnują, że u nich najwyższe standardy. Ok, dobra, niech będzie - nie kłóciłam się, bo i po co. Byłam jednak za mało doświadczona, za mało pyskata i bezczelna. Dzisiaj żałuję.

Mały John, według terminu, miał pojawić się na świecie 30 sierpnia. Przez cały dzień (niedoświadczona matka ;)) czekałam na skurcze, byłam na nie gotowa, nawet film obejrzeliśmy z mężem do północy, by w razie czego doczekać do końca doby, ale... nic. Usnęliśmy o pierwszej w nocy, a skurcze... obudziły mnie dwie godziny później. Spaliśmy zaledwie dwie godziny... Byłabym została w domu, czekając na częstsze skurcze (przeczekując pierwszą fazę porodu - najdłuższą) w domu, żeby było na spokojnie, ale pojawiła się krew, więc się przestraszyłam. O czwartej nad ranem byliśmy już na izbie przyjęć. Dopiero tam, w trakcie wywiadu, tonem znudzonym i rodzaju "No jak można tego nie wiedzieć!" poinformowano mnie, że krew to zwyczajna rzecz przy porodzie... Że co ja się tak przejęłam... Problem w tym, że mówi się wiele o odejściu wód, o czopie śluzowym... A jeśli mowa o krwi, od razu niemal zaleca się szpital. Ot, dla bezpieczeństwa. I choć rozumiem ostrożność, chciałabym, żeby zawczasu ktoś powiedział mi, że jak już się poród zacznie, może pojawić się krew. Nie bałabym się, może spokojniej by to przebiegło.

Byłam badana na izbie przyjęć - ginekologicznie też, rzecz jasna. Przyjmująca mnie i badająca położna wezwała lekarza dyżurującego. On też przeprowadził badanie ginekologiczne. Skierowano mnie na salę porodową, gdzie zostałam z mężem, czekając na częstsze skurcze. Co jakiś czas przychodziła położna, żeby sprawdzić rozwarcie - kolejny raz cudze ręce w mojej pochwie. Rozwarcia odpowiedniego nie było, więc kiedy rano zmieniła się ekipa lekarzy, znów mnie zbadano ginekologicznie (i lekarz, i położna). Na zasadzie: nowy człowiek w pokoju, więc powitanie ze mną graba-pochwa. Ja rozumiem, że tak trzeba, że to konieczne badania, ale na litość... W ciągu kilku godzin wymacano mnie tyle razy, że na ten moment okolice mojego krocza w ogóle nie były niczym przyjemnym, erotycznym... Czułam mieszankę wstydu i wstrętu - może przez to gadanie w dzieciństwie katechetek czy innych głosów "z offu", że nikt nie powinien dotykać "tych okolic" - nawet ja sama... A tu proszę... Jasne, to lekarze, to badanie, zupełnie inna sytuacja, ale jednak... Sfera tabu, jaką jest kobieca pochwa, wagina, dała wtedy o sobie znać. I choć wydawało mi się, że już się wyzwoliłam z takiego myślenia, ono wróciło. A ja siedziałam tam, na tym fotelu, z rozłożonymi nogami i bez majtek i czułam się... źle. Niekomfortowo. Wiedziałam, że muszę, że tak to właśnie wygląda, ale lata indoktrynacji dzieciaka zrobiły swoje.
Nic to, trudno - dławiłam w sobie poczucie skrępowania. Nie ułatwiano mi jednak. Nad ranem położna wsunęła dwa palce do mojej pochwy, żeby sprawdzić rozwarcie, i trzymała je tam do czasu, aż miałam skurcz. Syknęłam pod nosem i rzuciłam "Au..." - nie czarujmy się, to nie było nic miłego czy przyjemnego. To był oczywisty dyskomfort. Nawet u kosmetyczki mogę sobie pozwolić na komentarz, gdy coś mnie będzie uwierało, bolało, denerwowało. Ale nie tam - nie w szpitalu.
 - Ałałać to sobie pani może, kiedy będzie naprawdę bolało! - usłyszałam położną.
Miałam ochotę coś z siebie wyrzucić, coś jej wykrzyczeć albo - lepiej! - całkowicie spokojnie, z głosem nabrzmiałym pewnością siebie wyjaśnić, że takie komentarze są nie na miejscu i powinna mnie traktować lepiej. Ale nie odezwałam się. Ona wciąż trzymała te palce w mojej pochwie, a ja... zwyczajnie bałam się, że jeśli powiem cokolwiek, że jeśli ją zdenerwuję albo cokolwiek... poczuję jeszcze większy ból. Bo zdenerwowana położna nie przypilnuje, by delikatnie je wyjąć, bo nimi poruszy wewnątrz mnie, bo to, bo tamto... Bałam się jej reakcji na moje "nie", na moją asertywność. Skoro jedno małe "au" było jej nie w smak, co mógłby sprawić cały komentarz?

O dziewiątej rano wciąż nie miałam odpowiedniego rozwarcia, a ponieważ uprzednie badania wykazały prawdopodobieństwo dużej wagi syna i niewielką szerokość mojej miednicy, zasugerowano mi cesarskie cięcie. Lekarz mnie przepraszał, a ja mu w duchu dziękowałam! Chociaż chciałam wcześniej jak najbardziej rodzić naturalnie, świadoma niebezpieczeństwa związanego z cc, jak również korzyści z tego, co daje dziecku natura - bo poród drogami rodnymi tak sobie Matka Natura wymyśliła, że wiele dziecku "aktywuje" właśnie taka forma powitania świata, ale... byłam zmęczona. Niewyspana. Głodna. Skurcze mnie irytowały, bolało, a miało być w domyśle jeszcze gorzej. Nie wiedzieć w dodatku, jak długo... Informację o cc przyjęłam z westchnieniem ulgi. I choć dzisiaj pewnie nie byłabym tak spokojna, jak wtedy, tamtego dnia - ostatniego dnia sierpnia 2012 roku - cieszyłam się z przejażdżki na salę operacyjną.

Największym strachem było znieczulenie, ale niepotrzebnie... Młody, przystojny anestezjolog podał mi je tak bezboleśnie i z wprawą, że pobieranie krwi na badaniach w ciąży było bardziej dokuczliwe. Opis mężczyzny jest zresztą nieprzypadkowy - obecność tegoż pana sprawiła bowiem, że cała damska ekipa na sali (bym on "naszym rodzynkiem", jak rzuciła jedna z położnych ;)) - czyt. wszyscy poza nim - miała szerokie uśmiechy. On sam też nie bawił się najgorzej, bo wtórował paniom z żarcikami i ogólnie było wesoło. Czułam się tam bezpiecznie, w dobrych rękach. Miła odmiana po pobycie na sali wcześniej.

Pojawił się John. Mój Mały John... Podali mi go na chwilę, by dotknął mojej skóry. Małe to takie, pomarszczone, według mnie za bardzo sine, ale wprawy nie mam... 10 punktów w skali Apgar. Martwiłam się, że nie krzyczy, ale rozpłakał się w trakcie ubierania. (Co mu potem zostało i płakał często przy przebieraniu ;)) Odetchnęłam. Potem jeszcze zszywanie... Nim zobaczyłam syna i męża (oraz tatę, który od razu przyjechał do szpitala), minęło dwadzieścia minut.

Dzień porodu syna wspominam dobrze. Przewieziono mnie na salę poporodową, dwuosobową, z inną mamą po cc. Obie na tych samych papierach, przestrzeń między nami przesłonięta zasłonką, czułam się intymnie. Kilku gości, synek po raz pierwszy przystawiony do piersi... ("Wygląda jak Kazik Staszewski!" - słowa TatoMęża, a potem mojej mamy: "Nie, bardziej jak Adamczyk!") Dużo spałam tego dnia, dawano mi leki przeciwbólowe nawet gdy nie prosiłam... Było mi lekko, choć czułam się zmęczona. Pozwalano mi odpocząć, mówiono z czułością, nie za głośno... Zaglądała do nas młoda położna - widać ona miała dyżur. Uśmiechnięta, z dobrym słowem, z niby banalnym, ale jak miłym pytaniem jak się czuję, czy coś boli, czy w czymś nie pomóc, czegoś nie podać... Gdy przyszła wieczorem poinformować nas, że mamy się przenieść do innego pokoju, by zwolnić miejsce kolejnym kobietom po cc, miała lekko zawstydzoną minę, przepraszającą. Nie ponaglała, wręcz odwrotnie. Pomogła mi usiąść, spakowała moje rzeczy, zaofiarowała, że przeniesie torbę za mnie. Stanęłam na nogach, wsparta na jej ramieniu. To było to, właśnie tak wyobrażałam sobie właściwą opiekę. Czułam się dobrze, choć martwiły mnie przenosiny...

I miałam rację.

W nowym pokoju było nas już trzy, co nieszczególnie mi przeszkadzało. Ale prócz ilości, zmieniło się podejście personelu. Odtąd (drugą dobę po porodzie!) nie byłam pacjentką po cesarskim cięciu, ale zwykłą ileś-tam-ródką, położnicą. Nie było taryfy ulgowej. Rano o szóstej przyprowadzono mi dziecko i zostawiono. Pierwsze przebranie synka w życiu zrobiłam perfekcyjnie - bo nie byłam w stanie myśleć, wszystko robiłam na adrenalinie i stresie, które tak mnie zmotywowały, że... nie wiem, jak i kiedy, ale syn był przebrany. Niestety... Wysokość szpitalnego łóżka (bez żadnego schodka, podestu, niczego!) była problematyczna... Przy ranie brzucha tym bardziej... Przygryzałam wargi, wmawiając sobie, że dam radę, że inaczej się nie da. Jednocześnie z prawej strony brzucha wystawała mi rurka przyczepiona do pojemniczka z krwią. Każdorazowe przemieszczanie się związane było z zajęciem jednej ręki przez pojemniczek oraz logistyką samego przedsięwzięcia.
Wyrzucając pieluszkę do kosza na śmieci, poślizgnęłam się na podłodze i upadłam. Reakcja salowej? Gwałtowne pouczenie mnie, że co ja nie robię, że mam się nie ruszać z łóżka, że co ja sobie myślę, że przecież mogłam sobie zrobić krzywdę! Na moje pytanie, jak w takim razie mam przebierać dziecko i w ogóle się nim zajmować, już nie odpowiedziała. Jednocześnie miałyśmy się ruszać, żeby zastojów nie dostać. Bo przecież poród to nie choroba, bo przecież już dawno powinnyśmy wszystko wokół siebie robić... Wykluczające się opinie, czasami padające z ust tej samej osoby. Dobitny przykład: jedna z nas pytała położną, czy może wziąć prysznic.
 - No pewnie! Dlaczego się pani pyta? Ależ trzeba się umyć! Chce pani śmierdzieć? Już pod prysznic!
No to poszła. I dobrze, że z siostrą, bo prawie nie zemdlała (rodziła rankiem tego dnia, siłami natury). Siostra złapała ją w ostatnim momencie, pomogła się wytrzeć, ubrać i wrócić do łóżka. Po chwili przybyła tamta położna, a dziewczyna zwierzyła się jej z sytuacji. Co usłyszała?
 - Zwariowała pani?! Dzisiaj rano pani rodziła i od razu pod prysznic?! Przecież to normalne, że mogła pani zasłabnąć!
No i masz... Bądź tu mądry człowieku, kiedy osoba, której powinno się ufać, która powinna mieć wiedzę, kompetencje, doświadczenie... sama nie wie, co mówi. We trzy siadłyśmy wtedy na łóżkach i miałyśmy miny przednie. Mniej więcej TAKIE.

Tego dnia nie dostałam kroplówki, a leki z dnia poprzedniego dawno przestały działać... Kilka razy dzwoniłam po położną z prośbą o jakąś tabletkę. Dostałam ją w końcu po 4 godzinach, kiedy już zdążyłam zapomnieć o bólu (wcześniej się zwijając). Teoretycznie mogłam dzwonić częściej, ale - szczerze? Nie widziałam sensu. Skoro nikt nie przychodził, pewnie był zajęty. A ponaglanie tylko by zirytowało kobiety, zresztą tak właśnie było. Tę "wyczekaną" tabletkę dostałam niemal z łaską.

Posiłek? Płynny. Na śniadanie zupa mleczna, choć to był raczej talerz z wodą zabieloną mlekiem - tak to smakowało.
Następnego dnia dostałam już jedzenie stałe - nie licząc obiadów (naprawdę dobrych) wyglądające tak, jak dzielą się tym ze sobą dziewczyny na fejsie. Suchy chleb, kwadracik margaryny (bo masło za drogie przecież) i coś do tego. Na śniadanie trzeciego dnia po porodzie dostałam... parówki. Ja, wegetarianka. I wiecie co? Pożarłam je i chciałam więcej. Serio. Byłam tak wygłodniała, że zjadłabym cokolwiek. (Może poza tą margaryną - tej nie ruszyłabym za nic.)

Po "mojej" młodej położnej słuch zaginął, już jej nie widziałam. Jej miejsce zastąpiły inne. Najczęściej pokrzykujące, byśmy coś zrobiły ("Wstawać! Chodzić! Ruszać się!", "Dzieci na oddział zaprowadzić!", "Jedzenie odebrać!", "Umyć się!", "Obchód! Przygotować się!"), wiecznie nie mające czasu, ciągle zabiegane, z minami udręczonymi albo znudzonymi. Euforia związana z poczuciem bezpieczeństwa i przekonaniem, że to faktycznie najlepszy szpital w regionie (jak go reklamowano), prysła, ustąpiła miejsca zwykłej prozie życia.

Wieczorem nie potrafiłam przystawić synka do piersi. Na siedząco dość dobrze sobie radziliśmy, ale chciałam na leżąco, by John possał sobie, leżąc obok mnie, a potem usnęlibyśmy razem...
Zadzwoniłam po położną, ta przyszła po dłużej chwili i nie była zainteresowana pokazaniem mi odpowiedniej pozycji.
 - Ma pani problemy z karmieniem? Jak się powtórzy, proszę przyjść do nas na oddział noworodkowy!
Gdy więc - czego nie musiałam specjalnie przewidywać - znów miałam problem, zebrałam się w sobie, zapakowałam synka do wózka i poszłam. Przeszłam cały korytarz - od jednego końca do drugiego. Powoli, noga za nogą. Z pojemniczkiem na krew w prawej, z wózkiem w lewej ręce.
Na oddziale panie posadziły mnie na krześle, dały na kolana poduszkę-fasolkę, umościły na niej synka i kazały karmić. Nakarmiłam więc.
 - No widzi pani? I nie ma pani żadnego problemu! Co pani chciała?
Nie chciało mi się tłumaczyć, że nie o to mi chodziło. Że na siedząco to faktycznie sobie radzę. Że na leżąco chciałam syna nakarmić. Machnęłam jednak w duchu ręką, mając nadzieję, że jak nakarmię Małego Johna, ten po powrocie do pokoju uśnie.
Ta wizyta była jednak kształcąca.
Po pierwsze, dowiedziałam się, jak wygląda nocna opieka nad noworodkami. Maluchy budziły się od czasu do czasu i łkały w swoich wózeczkach, ale nikt się tym nie przejmował. Panie dyżurujące oglądały na komputerze "X Factor" i komentowały poszczególne występy. Jedynie kiedy w osobnym pomieszczeniu, zapewne tym od intensywnej terapii, coś zapiszczało, coś zabrzęczało, jedna z nich szła sprawdzić. Po chwili wracała i podpytywała koleżanki, co ją minęło.
Po drugie, przekonałam się do poduszki-fasolki. Wcześniej widziałam je w różnego rodzaju wyprawkach, ale traktowałam jako zbędny gadżet, coś niepotrzebnego. Wtedy zrozumiałam, że to nie do końca tak. Że jej kształt i wypełnienie faktycznie wiele ułatwiają. Zaraz po powrocie do domu zamówiłam sobie swoją i używam też przy Lady Marion. Jest niezastąpiona.
Po tym "pouczającym" karmieniu, wróciłam do pokoju. Nieszczęśliwie, po pół godzinie John znów się rozpłakał. A ja znów zadzwoniłam po położne. Stwierdziłam, że tym razem nie dam za wygraną - mają mi pokazać pozycję na leżąco.
Położna zjawiła się po chwili z niemym "Co znów?!" wymalowanym na twarzy. Spokojnie więc, bez zbędnych emocji, wyjaśniłam jej, że miałam na myśli karmienie w łóżku, w pozycji leżącej. Że na siedząco dajemy radę, ale chciałabym umieć uspokoić syna w nocy, nakarmić tak, byśmy oboje mogli potem zasnąć. Efekt? Znów żadnej właściwej pomocy laktacyjnej. Położna rzuciła, że w takim razie zabiera mi dziecko na noc na oddział, bo jeszcze pobudzimy wszystkie kobiety i tyle z tego będzie. Aha. No dobrze. Znów machnęłam ręką. Mogłam się wykłócać, mówisz? A po co? Przecież przeszkodziłam im oglądać Kubę Wojewódzkiego i nie wiem kogo jeszcze... Skoro w ciągu dnia pomoc była... jaka była... czego mogłam spodziewać się w nocy? I szczerze? Byłam zmęczona. Śpiąca. Jak z tym cesarskim cięciem... Zgodziłam się dla świętego spokoju.

Od pierwszej doby dokarmiano Małego Johna mlekiem modyfikowanym. I ok, tak miała też Lady Marion, a uwarunkowane było to było cesarskim cięciem i moją niemożnością karmienia od razu (przynajmniej tak brzmi powód oficjalny). Jednak to, co mnie irytowało, to wsadzanie buteleczki-reklamy do wózeczka z dzieckiem. Ot, na wszelki wypadek dla rodzica. By gdy coś nie idzie, podał dziecku flaszkę. Bo łatwiej, a więcej spokoju będzie. Dziecko zdrowo uśnie, rodzinka się na malucha napatrzy, każdy będzie zadowolony. Czyż nie tak?
Jeszcze pal licho to, w końcu nie musiałam wcale z tej butelki skorzystać. Ale gdy w książeczce zdrowia Johnka znalazłam przy wypisie "karmienie naturalne" (przy opcjach "sztuczne" i "mieszane") miałam ochotę na kogoś wrzasnąć. Jasne, poprawiajcie sobie statystyki, poprawiajcie. Szpital sobie wciskajcie na górę rankingów, wciskajcie. Szkoda tylko, że to na kłamstwie... I gdzie jeszcze tak rzeczywistość upiększacie? Aż strach pytać!

Wołanie na badanie noworodków...
Wszystkie panie zwołano na jedną godzinę. Wszystkie. Z wszystkich sal. Brawo. Po prostu geniusz. Zrobiła się na korytarzu kolejka jak za czasów PRL-u. Każda z pań ze swoim wózkiem, w kapciach i szlafroku... Stojąca, bo ławek co kot napłakał. Miejsca góra na 9 kobiet, a tu stoi kilkadziesiąt. Wśród nich ja - z wózkiem w lewej i woreczkiem na krew w prawej ręce.
Po ponad godzinie stania poczułam, że dłużej nie wytrzymam, że zaraz zemdleję. Przeprosiłam którąś z pań (specjalnie wcześniej długo przyglądałam się każdej, by móc ocenić, czy rodziła siłami natury, czy nie, czy ma więcej siły, jak tam jej samopoczucie...), żeby ustąpiła mi miejsca. I, łapiąc oddech, powoli dochodziłam do siebie.
Czy mogłyśmy siedzieć wtedy w pokoju, czekając na swoją kolej? Nie wiem. Szczerze. Chyba się bałyśmy... Kiedy nas wołano, wyraźnie zaznaczano, że MUSIMY się wtedy i wtedy stawić na oddziale. To nie była prośba, to był rozkaz. Nakaz personelu lekarskiego, a naszym obowiązkiem było się dostosować. I nawet jeśli dzisiaj ktoś nie chciałby się zgodzić z taką interpretacją, dla nas wtedy tak to właśnie brzmiało.

Wypis.
Razem z teściową zmierzam do pokoju lekarskiego z zapytaniem o receptę na zastrzyki przeciwzakrzepowe. Od położnej dowiedziałam się, że powinnam takie przyjmować, ale ona nie ma recepty, że tam ją odbiorę. Więc idę. Pukamy, po dłuższej chwili słyszymy zaproszenie do środka. Wewnątrz lekarz siedzi na kanapie, stopy ma oparte o stolik kawowy. Na podłodze stoją jego chodaki. Widzę lekarskie skarpety na lakierowanej powierzchni sklejki - ten widok na długo zapadł mi w pamięć. (Dopiero po chwili lekarz reflektuje się i siada normalnie. Ale chwilę rozmawia z nami właśnie z tej pozycji - pełnej wyluzowania i... braku szacunku?). Daje receptę, choć wcześniej pyta, czy aby na pewno chcę, że przecież ktoś mi musi te zastrzyki robić. Zgłasza się teściowa, doktor nauk medycznych zresztą. Grzecznościowa wymiana nazwisk i stanowisk i jakoś tak cieplej jesteśmy żegnane.

Mam dać czekoladki położnym, teściowa przyniosła, co by w ramach podziękowania ofiarować. Nie chcę. Szukam tej "swojej", młodej, ale jej nie widzę. A reszta? Kobieta, której w końcu dałam bombonierkę, wrzuciła ją do biurka z miną znudzonego mopsa. Możliwe, że rzuciła jakieś "Aha." albo coś takiego. Nie wiem, nie pamiętam. Żałowałam, że sama nie wpieprzyłam wcześniej tych czekoladek.


poród drugi - styczeń 2016

cdn...

2 komentarze:

  1. O tak nikt, nikt nie zrozumie kobiety tak jak druga, a jednak w szpitalach pracuja babsztyle...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak, i nie. Nie wszystkie te kobiety to babsztyle właśnie - chociażby ta młoda, którą naprawdę wspominam wspaniale... I przy porodzie Marion było dużo pomocnych osób, miłych i ciepłych... To ludzie - wszędzie spotka się i sympatycznych, i niesympatycznych, ale dobrze by było, by ci pracujący w takich miejscach jak np. oddział położniczy kładli nacisk na kontakt z pacjentem. To wyjątkowa sytuacja, nie ot jakiś tam zabieg. Szacunek dla drugiej osoby, uśmiech... Czasem trzeba to wynieść z domu, czasem trzeba się tego nauczyć. Ale nie można zaniedbać.

      Usuń