sobota, 15 lipca 2017

jeden kadr: temat przewodni piątych urodzin Małego Johna

Dzisiaj - jak i rok temu - mam dla Was zagadkę ;)

W zeszłym roku tematem przewodnim byli strażacy.
Kto zgadnie, co będzie tegorocznym?
(podpowiedź na zdjęciu... i w opisie ;))

sobota, 8 lipca 2017

feministki w dziecięcej popkulturze

Już nie pamiętam, przy okazji czego padło pytanie o kobiece wzory dla dziewczynek - nie silne postaci kobiece z literatury czy kinematografii kobiecej (czy dla kobiet), ale silne dziewczynki - postaci w wieku dziecięcym, które nie byłyby grzeczne, usłużne, milczące i czekające w kąciku na swoją kolej albo na księcia z bajki. Pamiętam, że padło wtedy nazwisko Pończoszanka. Pippi Pończoszanka ze swoją niezgodą na jakiekolwiek ograniczenia narzucane przez dorosłych (szczególnie te nielogiczne, w zasadzie bzdurne). Taka... dziewczynka wyzwolona, pewna siebie, silna, której nikt nie zagrozi, która sama obroni i swoje zdanie, i siebie fizycznie. Kolejne przykłady? Brak. A ten szwedzki też taki... nie bardzo, jak argumentowały te, które rzuciły nazwiskiem piegowatej bohaterki. W końcu Pippi jest niejako poza schematem, wyłamuje się całkowicie, jest trochę i parodią, i nierzeczywistością. Światem bajkowym, niemożliwym. Czy nie ma więc w (pop)kulturze dziecięcej bohaterek dla naszych córek czy nas samych, kiedy byłyśmy dziećmi? Czy nie ma równolatek, od których brałyśmy przykład, w które się wpatrywałyśmy, a które robiły coś więcej niż delikatne uśmiechanie się i rumienienie, gdy spojrzał na nie chłopiec?

Nie dawało mi to spokoju. Bo jak to... tylko Pippi? Na początku niby się z tym zgodziłam - no tak, no przecież nie ma! Pusta, null, zero!
Potem jednak oglądałam z synkiem kreskówki, przypominałam sobie książki czy programy, które sama oglądałam jako dziecko... i znalazło się. A jak. Nie jest tak najgorzej z silnymi postaciami kobiecymi, serio!

Nim przejdę do rzeczy, wypada wyjaśnić, jak rozumiem pojęcie "feministka". Daleko mi tutaj do obrazów znanych z mediów: krzykliwych bab, najczęściej krótko ściętych, wyszczekanych inteligentek, które romanse znają wyłącznie z książek, bo to przecież oczytane dziewice nienawidzące mężczyzn. Wiecie, takie stereotypowe przedstawienie, przez które jeszcze jakiś czas temu nie tylko ja, ale wiele kobiet zdanie: "Jestem feministką..." rozwijało o "...ale..." (ale nie tak radykalną, ale nie taką-śmaką-czy-owaką) - jakbyśmy musiały się z czegoś tłumaczyć. A nie, nie musimy. Feministką możemy być na spokojnie, a co. I kiedyś tego nie rozumiałam, nie wiedziałam, że gdy pierdykłam kolegę w podstawówce piórnikiem, bo mnie molestował, byłam feministką. Przewróciłam go na ławkę, wywalił się. Siedzieliśmy tak razem, posadzeni przez nauczycielkę, żadna nie mogła się skarżyć, miałyśmy "uspokajać" chłopaków samą swoją obecnością. A tu proszę - Marta wali gościa w czachę piórnikiem. Tak nie po kobiecemu przecież! Na szczęście wtedy żadnego dorosłego przy nas nie było - a ja wyszłam z sytuacji zwycięsko, bo od tej pory chłopcy mieli do mnie szacunek, a od swojego dotychczasowego prześladowcy otrzymałam pseudonim Xena. Po tym incydencie okazało się, że z K. mogę nawet zamienić czasem kilka zdań - po koleżeńsku, bez podtekstów czy od razu przechodzenia do rękoczynów. Moje "Nie!" jednocześnie było dla chłopaków zaskakujące i nowe - dla mnie tak samo. To jedno z milszych doświadczeń w uświadamianiu mnie samej mojej kobiecości, jakie posiadam. Nie przeszkadzało mi przy tym, że wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia czy wciąż byłam nieco naiwną, delikatną dziewczyną. Feminizm to nie wyszczekanie, ale bycie kobietą, która nie pozwala innym na przekraczanie jej granic. Która jest świadoma siebie (mniej lub bardziej) i chce o siebie zawalczyć. A tutaj jest naprawdę miejsce na wiele odcieni...

#1 Ania z Zielonego Wzgórza

zdjęcie reklamujące serial "Anne with an E"

No przecież! Zwłaszcza w scenie, kiedy zaatakowała Gilberta, bo ten się jej naprzykrzał - niemal podobna sytuacja do opisanej przeze mnie powyżej! ;) Prosty komunikat: nie zgadzam się na to, co ze mną robisz. Mówię "nie", ale skoro nie reagujesz, ja muszę zareagować. Ostrzej. Przemoc zapewne nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale jako dzieci mamy prawo do błądzenia i szukania po omacku najlepszych dróg rozwiązania konfliktu ;).
Ania nie przyszła mi wcześniej do głowy dlatego, że ona przecież taka romantyczna jest... Marząca o wielkiej miłości, bujająca w obłokach... Ale prawda jest taka, że jest w niej dużo siły. I niezgody na niesprawiedliwość. Powie szczerze to, co myśli. Tym silniej widać to w nowym serialu ("Anne with an E"), gdzie postać Ani jest bardziej realistyczna, nie brakuje tu "mocniejszych" scen, pokazujących emocje dziewczynki. Czy to serial dla dzieci? Nie, nie sądzę (w odróżnieniu do "Ani z Zielonego Wzgórza" z 1985 roku i kolejnych, z Megan Follows w roli tytułowej). Raczej dla nastolatek czy dojrzewających dziewczynek.

#2 Bella ("Piękna i Bestia" Disney'a)

kadr z animacji Disney'a "Piękna i Bestia"

Bella jest oczytana i... "zabawna". Zabawna, bo nie wpisuje się w rolę społeczną, jaką chciałoby narzucić jej społeczeństwo - konkretnie mała francuska społeczność wiejska. W mieście, wiadomo, jako takie perspektywy są, ludzie są bardziej otwarci, ale na wsi...? Więcej skostniałego, stereotypowego myślenia, szufladkowania ludzi - co zresztą spotyka bohaterkę. Nikt jej w miasteczku nie rozumie - nawet jej tato (w filmie z tego roku zmieniono ten wątek - mamy mądrego, wspierającego ojca - hurra! :)). Dziewczyna nie zamierza szukać męża, nie zamierza rodzić szybko dzieci, gotować obiadków i być "głupiutką żoneczką" (co wyśpiewuje w jednej z - cudnych zresztą - piosenek). Pragnie przygód, wyrwania się z tego miejsca. Ciągnie ją do świata, który na razie zna wyłącznie z książek - a te tylko pobudzają wyobraźnię, apetyt. Wersja filmowa mocniej uwidoczniła wątek feministyczny (Emma Watson została nawet po nim okrzyknięta piękną twarzą feminizmu, a mój znajomy ze studiów zakwalifikował film jako popfeministyczny), ale tych wątków nie brak i w animowanej wersji, powstałej w 1991 roku. Bella uwielbia czytać (książki bez obrazków, co tak dziwi Gastona!), jest żądna przygód, odważna, przy tym słowna i... fair. Kiedy Bestia ją ratuje, wraca do znienawidzonego zamku i pomaga opatrzyć rany. Nie boi się, nie chowa w sobie - gdy Bestia na nią wrzeszczy (animacja), ta odszczekuje. Przepychanka słowna trwa chwilę, co pozwala Bestii uzmysłowić sobie, że sam też nie był bez winy. Jednocześnie oboje sobie dziękują. Piękna scena. Pokazująca, jak skomplikowane bywają nasze relacje, jak potrafimy się przekrzykiwać, jak czasami mylnie odczytujemy swoje komunikaty. Najważniejsze jednak, że - koniec końców - wszystko dobrze się skończyło. A Bella pokazuje, że warto podążać własną ścieżką i w zgodzie z samym sobą. Dodatkowo, bohaterka walczy o najbliższych. Nie boi się stawić czoła Gastonowi czy ludziom w miasteczku - ma odwagę walczyć o swoje poglądy i tych, których kocha, nie poddaje się. To chyba idealny wzór dla kobiety, prawda? Lwicy, która nie odpuści, kiedy dzieje się krzywda?

#3 Gadget (Chip&Dale Brygada Ryzykownego Ratunku)


Inżynier, wynalazczyni, pilot! Mózg w drużynie Ryzykownego Ratunku. To dzięki jej wynalazkom ekipa może przemieszczać się po lądzie, w powietrzu i na wodzie, a także nierzadko ratuje się z opresji. Gadget jest, przy okazji, śliczną blondynką (co wykorzystują autorzy fanartów, fundując bohaterce wypełnienie piersi i inne, mniej lub bardziej wyuzdane, elementy). Jest raczej nieśmiała, ale bardzo przyjacielska i zawsze skora do pomocy. Jednocześnie ma silną osobowość i gdy ktoś wyprowadzi ją z równowagi... ooooj, niech uważa! To piękny przykład dla dziewczynek: możesz być piękna i mądra jednocześnie. Możesz świetnie radzić sobie w typowo męskim świecie i nikt nie podważy twoich kompetencji. A niech spróbuje! To udowodnisz mu, w jakim był błędzie! (Jest zresztą odcinek, w którym Gadget postanawia opuścić drużynę, gdy zaczyna w siebie wątpić - ostatecznie odkrywa, jak jest dla nich ważna i jaka drzemie w niej moc - całkiem sama rozprawia się wówczas z grupą mysich ninja, którzy uwięzili jej przyjaciół - prawdziwe girl power!)
Kiedy pierwszy raz zetknęłam się z lalką Goldie (zobacz np. TUTAJ), od razu skojarzyła mi się z Gadget - podobny wygląd, podobne zainteresowania. Przypadek? ;)

#4 księżniczka Kala ("Gumisie")

kadr z serialu animowanego "Gumisie"

Jest taka scena w jednym z odcinków, kiedy książę Iktorn rzuca do księżniczki Kali (w oryginale Calla), że szkoda, że jej ojciec nie ma syna - sugeruje tym samym, że dziewczyna nie da rady zastąpić króla i ocalić dworzan. Kalę to wkurza. I to bardzo. Zdopingowana, udowadnia Iktornowi, że jako księżniczka doskonale daje sobie radę, że dwór może na nią liczyć. Bohaterka nie tylko zresztą w tym konkretnym odcinku pokazuje swoją waleczność i odwagę. W odróżnieniu od Sami, z którą się przyjaźni, typowe życie księżniczki (suknie, bale, służba itp.) jej nie bawią, a wizja ładnie wyglądającej, stanowiącej w sumie tło księżniczki wcale nie wydaje się interesująca. Kala świetnie strzela z łuku, jeździ konno, ma głowę nie od parady i smykałkę do inżynierii. W jednym z odcinków jako jedyna z rycerzy (zamaskowana) staje do pojedynku z tajemniczym rycerzem, dzięki czemu wygrywa turniej i prawo do... obrony samej siebie! Szczęśliwie jej ojciec jest świadom dojrzałości swojej córki i nie traktuje jej jak słodkiej, maleńkiej dziewczynki. BTW, czasami Kala jest odważniejsza od Kevina!


Jako inne przykłady można przytoczyć w ogóle sporo Disney'owskich bohaterek: Esmeralda (w odróżnieniu od książki dojrzalsza i mniej zapatrzona w pewnego rycerza), Mulan (kobieta w męskim wojsku, za co grozi śmierć - odwaga i troska o bliskich zwycięża), Pocahontas (otwarta, ale też wymagająca szacunku dla swojego ludu - prawdziwa księżniczka), Merrida (która nie chce wyjść za mąż z przymusu, bierze los w swoje ręce i postanawia... zagrać w konkursie o samą siebie)... Z nimi to jednak różnie bywa, bo obok przykładów mocnych, pojawiają się bardziej stereotypowe (pisał o tym Catus Geekus TUTAJ).

Jeśli mowa o animacjach, nie brakuje silnych bohaterek. Dla przykładu, cała seria Czarodziejska z księżyca to nic innego jak wojujące ze złem... dziewczyny! Jasne, wspiera je Tuxido, ale to raczej dodatek. Wspomnieć można również o Atomówkach: małych, słodkich dziewczynkach, które mają laser w oczach i skopią co większego łotra. Ale to przykład skrajny, nie chciałabym, by moja córka wzorowała się na tej kreskówce czy ją oglądała (sic! - przecież sama ją oglądałam jako dziecko!). Prócz nadnaturalnych mocy i swoistej misji do wykonania, te bohaterki są dalej typowymi dziewczynkami czy nastolatkami - mają te same problemy, zagwozdki, a tylko walka o dobro na świecie je wyróżnia. Pytanie, jak zachowywałyby się bez superumiejętności?

sobota, 1 lipca 2017

cytat miesiąca (lipiec 2017)

Nie mam już cierpliwości do pewnych rzeczy, nie dlatego, że stałam się arogancka, ale po prostu dlatego, że osiągnęłam taki punkt w moim życiu, gdzie nie chcę tracić więcej czasu na to, co mnie boli lub mnie nie zadowala. Nie mam cierpliwości do cynizmu, nadmiernego krytycyzmu i wymagań każdej natury.

Straciłam wolę do zadowalania tych, którzy mnie nie lubią, do kochania tych, którzy mnie nie kochają i uśmiechania się do tych, którzy nie chcą uśmiechnąć się do mnie. Już nie spędzę ani minuty na tych, którzy chcą manipulować. Postanowiłam już nie współistnieć z udawaniem, hipokryzją, nieuczciwością i bałwochwalstwem. Nie toleruję selektywnej erudycji, ani arogancji akademickiej.

Nie pasuję do plotkowania. Nienawidzę konfliktów i porównań. Wierzę w świat przeciwieństw i dlatego unikam ludzi o sztywnych i nieelastycznych osobowościach. W przyjaźni nie lubię braku lojalności i zdrady. Nie rozumiem także tych, którzy nie wiedzą, jak chwalić lub choćby dać słowo zachęty. Mam trudności z zaakceptowaniem tych, którzy nie lubią zwierząt. A na domiar wszystkiego nie mam cierpliwości do wszystkich, którzy nie zasługują na moją cierpliwość.

José Micard Teixeir aka Meryl Streep 


czwartek, 29 czerwca 2017

misiowa kanapka

Kiedy Mały John ją zobaczył, oczy mu się zaświeciły. Chyba o to właśnie chodzi w przypadku potraw dla dzieci: by powodowały efekt "wow" - dzięki temu zamiast wymówek, usłyszysz raczej: "Mogę już zjeść? No mogę, mogę...?"



Składniki
  • korpus (pieczywo - bułka albo kromka chleba)
  • futro (smarowidło na chleb: u nas krem z kakao, ale może być też dżem, marmolada, miód itp.)
  • oczy, łapy (plastry banana, odpowiednio docięte i posmarowane kremem z kakao - może być też roztopiona czekolada)
  • uszy (płatki śniadaniowe, np. kakaowe)

Wykonanie
Kromkę posmaruj czy to kremem z kakao, czy innym smarowidłem (jeśli wybierzesz jaśniejsze, pamiętaj potem o czekoladzie - to z jej pomocą namalujesz misiowi nos i oczy). Dokładnie, od krawędzi do krawędzi. Wytnij plasterki banana - wystarczą cztery. Jeden plasterek ułóż w miejscu nosa, jeden rozkrój na pół i uformuj z nich łapy-ręce, a z pozostałych dwóch odetnij nieco ponad połowę - to będą łapy-nogi. Zostaną dwa małe kawałeczki - z nich powstaną oczy. Za pomocą wykałaczki nanieś na nos, oczy i łapy odrobinę kremu z kakao (albo roztopionej czekolady). Na koniec, jak wisienkę na torcie, wbij w główkę misia uszy - dwa płatki śniadaniowe. Do kremu z kakao będą pasowały wyśmienicie!


Uszy zostały zjedzone jako pierwsze! Potem przyszła kolej na łapy. Aaaauć! ;)

środa, 21 czerwca 2017

cytat miesiąca (czerwiec 2017)

Wakacje! Znów będą wakacje! Na pewno mam rację! Wakacje będą znów!

piosenka kabaretu OT.TO

czwartek, 8 czerwca 2017

zabawki dla dziewczynki (cz.1): mainstream

Mainstream - (ang.) główny nurt. Czyli wszystko to, co jest popularne, to jest poniekąd masowe, co posiada albo wyznaje większość społeczeństwa. 
W dzisiejszym wpisie - który ma stanowić pierwszą część sprawdzonych przez nas propozycji zabawkowych - pokażę te zabawki dla dziewczynek, które wpisują się w główny nurt. Nie będzie więc o np. zabawkach retro czy mniej popularnych rozwiązaniach, ale o przedmiotach, które są rozpowszechnione i dostępne w zasadzie w każdym sklepie. Wyjątkiem będzie jedynie marka Maileg - dlaczego i skąd ona tutaj, wyjaśnię poniżej.

mini laleczki Disney Princess Little Kingdom

Są świetne. Małe, zajmują więc niewiele miejsca, mają ruchome ręce i nogi, głowę, zdejmowane sukienki i gorsety oraz dodatki, które można wymieniać (wpinać we włosy albo doczepiać do sukienki). Wykonane z dbałością o szczegóły, z materiału przypominającego w dotyku gumę. 
Ja swoje znalazłam w Biedronce, za 22,90, co wydawało mi się ceną ok. (Laleczki można kupić też drożej, niestety.) Niby miało stanąć na Elzie, ale tak mnie oczarowały, że dokupiłam jeszcze Annę. I wiecie co? Marzy mi się Mulan i Merrida! ;)




kucyki My Little Pony przyjaźń to magia

Czy w wersji "końskiej" (moje z zestawów z McDonalda, jakieś 5 lat temu), czy "ludzkiej" (laleczki My Little Pony EG Mini). Laleczki mają ruchome głowy (Apple Jack nawet włosy!), ręce (w barku i łokciu) i nogi (w kolanach także), zmieniane spódniczki i dodatki (w zależności i od lalki, i od zestawu). Uwielbiam je - podobają mi się bardziej od wersji lalek większych, z włosami. Są malutkie, urocze i... och. To kucyki, po prostu! :D (Tak, jestem fajną tego serialu!)




myszki Maileg

Niby nie powinny znaleźć się akurat w tym wpisie, ale gdyby zapytać blogerki zaznajomione z designem dla dzieci, jakie zabawki poleciłyby swoim dzieciom, podejrzewam, że wiele z nich wymieniłaby właśnie Maileg.
Ta duńska marka dba nie tylko o zabawki, które produkuje (a prócz myszek są to przede wszystkim króliki, mebelki dla nich oraz różnego rodzaju maskotki; niedawno również rodzina rudzielców), ale również o dodatki do wnętrz. Mamy ich zawieszki na choinkę i - naprawdę - rzadko kiedy spotyka się coś wykonanego tak dobrze, perfekcyjnie w zasadzie. Tu urzeka wszystko!
Przejdźmy jednak do myszek - bo to głównie one zawojowały moje serce. Można je kupić albo śpiące w pudełkach po zapałkach czy cygarach, albo osobno - zawsze zrobione z dbałością o detale, z pięknych i miłych w dotyku materiałów. Są jak nałóg - kupisz jedną, na jednej nie poprzestaniesz...






Lego Duplo

...na zdjęciu akurat w wydaniu Disney'owskim, księżniczkowym, ale mamy też inne zestawy, wypróbowane wcześniej przez Małego Johna.
Lego to klocki, które są kultowe i starczą na dziesięciolecia. Nie na lata - na dłuuuugie lata. Będą z nich korzystać nasze dzieci, dzieci naszych dzieci i kolejne pokolenia. Wiem, co piszę, ponieważ mam jeszcze swoje klocki, które (bez małych wyjątków) nie zmieniły się przez dziesięciolecia wcale i można je łączyć z aktualnymi zestawami (co przy innych markach bywa problematyczne). Z ich pomocą można zbudować w zasadzie wszystko, nawet artyści sięgają po ten materiał (nie brak też zestawów dla dorosłych, np. z serii Architecture). Dziecko może też nauczyć się programowania! Z nich też się nie wyrasta - istnieje prężna grupa AFoLi (Adult Fan of Lego), czyli dorosłych budujących z klocków, którzy tworzą prawdziwe dzieła sztuki i udowadniają, jak potężna jest wyobraźnia. Czy wiedzieliście, że wiele z ich rozwiązań Lego wprowadziło do nowych zestawów? Zamiast tworzyć nowe typy klocków, wystarczy czasem kreatywnie wykorzystać te już istniejące. Magia nieskończonych możliwości!
Dobra, dobra, bo rozpisałam się o Lego ogólnie, a przecież o Duplo miałam... (Z "dorosłych" zestawów polecam dla dziewczynek serię Elves czy Friends - cudne są te laleczki, a i kompatybilne z pozostałymi "małymi" klockami!) Są w pełni bezpieczne dla małych rączek, bo nic nie jest tutaj luźnego i nie trzeba się martwić, że dziecko połknie jakąś część. Uczą koordynacji ruchowej, ćwiczą zdolności manualne i rozwijają wyobraźnię.


A jakie zabawki wy polecacie? :)

poniedziałek, 15 maja 2017

Mama - mój przycisk uruchamiający program "dzieciństwo"

Trzy lata temu włożyłam sweter swojej mamy, który przywiozła mi ot tak - bo jej już się znudził, bo pomyślała, że go zechcę. I zechciałam. Tego samego wieczoru miałam go na sobie, gdy usypiałam synka. Podczas gdy głaskałam jego włosy i odpływałam, ukołysana własną kołysanką, poczułam go: zapach mojej mamy (pisałam o tym na moim drugim blogu, TUTAJ)... Na tym swetrze, który najwyraźniej miała na sobie, nim mi go oddała. Przymknęłam oczy i poczułam się jak w jej ramionach. Chociaż nie byłam już małą dziewczynką, więcej! - choć miałam przy sobie jej wnuka, a mojego syna. Kiedyś ja byłam czyimś maleństwem, teraz sama głaskałam własne maleństwo... Mama... 
Taka bliska, taka... własna, moja... Zawsze przytuli, będzie... I choć spieramy się coraz częściej, choć czasem rzucę słuchawką, rozmawiając z nią przez komórkę (taki tam paradoks ;)), być może rozumiem ją lepiej... A te słowa: "Zobaczysz, jak sama będziesz mamą..." nabierają nowego znaczenia.
Bycie mamą zmienia, a jednocześnie jesteśmy tymi samymi ludźmi, co wcześniej - może z większym doświadczeniem, pokładami cierpliwości, uśmiechami, bo przypominamy sobie dzieciństwo.
Mama... To taki wehikuł przenoszący mnie do dzieciństwa. Czy to wtulam się we własną mamę i czuję bezpiecznie jak wtedy, kiedy byłam maleńka, czy gdy patrzę na swoje dzieci, a ich radosne uśmiechy i pomysły przypominają moją własną dziecięcą żywiołowość - śpiewanie (przez godzinę!) zmyślanej na żywo piosenki albo historie z wnętrza głowy.

Trzy lata temu założyłam ten sweter i mogłam się uśmiechnąć, przymykając oczy. Wiedziałam, że moja mama jest, że mogę do niej zadzwonić, że następnego dnia będziemy mogły się zobaczyć (nawet jeśli faktycznie nie będziemy się widziały - ale możliwość zawsze istniała). A co by było, gdyby...?
Niedługo będziemy świętować Dzień Matki. Zwyczajowo pewnie kupię mamie książkę - to od kilku lat najlepszy prezent "materialny". Ale najpiękniej po prostu... spędzić czas z mamą. Poprzypominać sobie "stare czasy", obejrzeć nagrania, gdy było się w wieku własnych dzieci, a mama w naszym... Przeglądać fotografie przodków i doszukiwać się rysów rodowych we własnych profilach, na przykład. Albo umówić się do lekarza. Wpierw na kawę, może zakupy? I do lekarza kiedyś, razem, na "przegląd". Żeby się zmotywować wzajemnie, poza marudzeniem na "chłopów" (jednoczącym kobiety chyba w każdym wieku ;)) podpytać, jak tam w kwestiach zdrowotnych.
Dzisiaj konkretnie piszę o raku szyjki macicy, ale byłoby dobrze, gdybyśmy dbały o siebie nawzajem kompleksowo. Czy wiesz, że jest on wykrywalny i uleczalny? Można mu zapobiec! Ale żeby to się stało, trzeba się regularnie badać. Nie raz na rok czy kilka lat (jak, bodajże, w jednym z krajów skandynawskich, gdzie nawet nie ma poszerzonej wiedzy na temat raka szyjki macicy, a kobiety poddają się diagnostyce rzadko), ale regularnie.
Moja babcia umarła na raka trzustki. Z jego uleczalnością gorzej, ale fakt faktem, że ona nie chciała iść na badania, nie chciała potwierdzenia "wyroku" (czy może jakiejkolwiek diagnozy). Mama z ciocią długo ją namawiały, a gdy w końcu posłuchała, było już za późno. Nie zapomnę mamy, gdy przekazywała mi wieść o śmierci babci - to był jasny poranek, wychodziłam do pracy. Mama podeszła do mnie, szykującej się, zakładającej buty. Podeszła cicho. Nie pamiętam dokładnie słów, coś, że w nocy, coś, że spokojnie. Miała łzy w oczach, a ja ściśnięte gardło. Potem jeszcze przez kilka dni słyszałam jej łkanie w nocy.

Kochane Mamy - badajcie się, proszę. Jeśli nie dla siebie - dla swoich bliskich. Bo my Was kochamy, bo chcemy wiedzieć, że jesteście tutaj, obok...



Post powstał w ramach akcji "Nie wstydzę się być kobietą", która promuje diagnozowanie się i leczenie. Pamiętaj, trzymanie ręki na pulsie jest ważne - nie jesteśmy samotnymi wyspami, jesteśmy też dla innych!
organizator akcji: mynaswoim.pl
autorka grafiki (Malowanej ręcznie akwarelami!): www.rudoroz.pl

piątek, 12 maja 2017

Czego resorak uczy o zaangażowaniu?

Za niecały miesiąc w przedszkolu Małego Johna odbędzie się rodzinny festyn - impreza w plenerze, na terenie przedszkola, z licznymi atrakcjami dla dzieci i nie tylko (w ubiegłym roku było przeciąganie liny, zwiedzanie wozu strażackiego, przymierzanie stroju strażackiego czy policyjnego, tańce i część artystyczna, grill, słodkości upieczone przez mamy, malowanie twarzy, turniej rycerski, konkursy z nagrodami czy pokaz szkolonych psów), w tym loteria fantowa. W hallu placówki pojawiły się ostatnio duże plakaty przypominające o zbiórce fantów - drobnych przedmiotów do loterii. Pamiętając zeszłoroczną zabawę, postanowiłam zainwestować. Wydać "stówkę" na zabawki, rzeczy dla dzieciaków. "Wariatka!" - skwituje ktoś; może nawet będzie mógł przybić sobie piątkę z TatoMężem. Ale prawda jest taka, że drobny gest wiele znaczy, a zmiana myślenia to duży krok w kierunku czegoś lepszego.
O czym tak górnolotnie piszę i jak to niby odnosi się i do tytułu, i do chęci wydania przeze mnie pieniędzy?
W zeszłym roku kupiliśmy jeden los. Kosztował pięć złotych. Synek wylosował resoraka - markowego, sygnowanego nazwą Hot Wheels. Mogłaby rozgorzeć tu dyskusja, czy powinniśmy zwracać uwagę na markę, metki, firmy, które przecież nie powinny decydować o wartości rzeczy, ale nie da się ukryć, że takie autko ucieszyło i syna, i nas: jego, bo autko (to dość proste akurat ;D), nas, bo fajny design, bo dobra i znana marka, czyli materiał też lepszy, bo na dłużej wystarczy, dłużej będzie cieszyć, bo będzie pasowało do innych zestawów itd. Mijały nas dzieci z fantem w postaci wielkiej kartonowej kartki z przyczepionymi kilkoma gumeczkami - niektóre mamy (i dziewczynki) nie kryły rozczarowania. I na pierwszy rzut oka może się wydawać, że oto wychowujemy społeczeństwo roszczeniowe, żądne fantów markowych, droższych, ale z drugiej strony... Te wszystkie fanty kupowali... rodzice. To oni decydowali, czy dołożą kilka złotych do lepszego resoraka (zamiast 5 - czyli cena losu, dadzą dziesięć - bo tyle kosztował w sklepie taki Hot Wheels), czy pójdą na łatwiznę i wrzucą do koszyka pani przedszkolanki "byle co". Dlatego pamiętając radość Małego Johna i naszą satysfakcję, postanowiłam dorzucić się do zabawy (w zeszłym roku daliśmy "tylko" książeczkę) i sprawić dzieciakom frajdę. Saszetka z minionkiem, książeczka z naklejkami (typu udekoruj swój domek dla lalek), mały zestaw laboratoryjny, kosmetyczka czy lusterko dla dziewczynki, drewniana laleczka... Zabawki czy przedmioty nie kosztujące więcej niż 20, w porywach 30 złotych. Różnie zresztą wypadające cenowo. To, co najważniejsze: by były to zabawki-drobiazgi, ale lepszej jakości. Nie tania rzecz z kiosku, coś przypadkowego. Ten jeden resorak od jakiegoś rodzica, któremu chciało się więcej czy lepiej, który postanowił dorzucić od siebie te 5 złotych ekstra, żeby w koszyku pojawiło się coś fajniejszego, zadziałał motywująco - w tym roku mam ochotę dołożyć cegiełkę do zabawy, sprawić, żeby na twarzy innego dziecka pojawił się podobny uśmiech (a na twarzach rodziców miłe zaskoczenie). Może dzięki temu w przyszłym roku rozbijemy fantowy bank? ;) Jako rodzice, jako przedszkole.



czwartek, 11 maja 2017

cherrywood stories: marzec 2017

Właściwie w tym miejscu (czy raczej w tym czasie) powinny pojawić się tu migawki kwietniowe, ale trudno... Remont łazienki zajął nas na tyle, że niemal wszystkie wieczory poświęcałam jeżdżeniu wałkiem po ścianie. Nie szkoda mi jednak tego czasu - łazienka jest teraz pomieszczeniem, do którego wchodzę z przyjemnością, a nie wyłącznie z przymusu. Polecam zmianę każdemu! ;) (remont robiliśmy sami, z malowaniem płytek w miejsce ich wymiany, więc da się mniej problematycznie ;))
Marzec... Minął szybko. Może nie tak jak luty, ale i tak... Byliśmy na przyjęciu urodzinowym, z którego wynieśliśmy we włosach (i różnych częściach garderoby ;D) kolorowe confetti (odnajdywanie go na kilka dni po zabawie było świetnym doświadczeniem ;)), trochę ćwiczyliśmy się w luźnej wersji BLW (Bobas Lubi Wybór - u nas wersja luźna, albo może raczej łączona), bawiliśmy... Mało zdjęć zrobiłam, bo też taki... zwyczajny był ten marzec. Dzień za dniem. Dopiero jak patrzy się na zdjęcia, człowiek uświadamia sobie, że jednak każdy dzień jest wyjątkowy. Dlatego obiecałam sobie mieć częściej aparat w rękach.