sobota, 31 grudnia 2016

Na Nowy Rok...

Żeby nam się chciało chcieć.
Żebyśmy mogli móc.
Żeby... było żeby.

życzy

piątek, 23 grudnia 2016

końca świata nie będzie

 - Prąd wyłączyli! Koniec świata, co? - kilka dni temu zapytał mój sąsiad. Starszy pan uśmiechnął się lekko, sądził pewnie, że bierze mnie pod włos. 
 - A wie pan, że nie? Tak myślałam, ale nie.

Końca świata nie było.
I gdyby starszy pan nie schował się do swojego mieszkania (a mnie nie wołała córeczka), być może opowiedziałabym mu o tym, jak przyjemnie było wyciągnąć świece, zapalić zapałki - czekać na moment, kiedy iskra chwyci, a mała główka zajmie się ogniem. Spoglądać, jak płomień z małego rośnie w siłę, jak powoli ogrzewa dłoń nieopodal. Jak łuna pomarańczowego światła zaczyna otulać pewien skrawek przestrzeni Domu.

Jakiś czas temu wyłączyli nam prąd w bloku: nie na chwilę moment, ale na całe osiem godzin. Bardzo słowne osiem godzin: od 8:58 do 16:48. Z początku myślałam: "Skandal! Co to... nie obejrzę swojego serialu? Dzień dobry TVN podczas karmienia Marion kaszką? Na komputerze nie posiedzę? Wody zwyczajnie w czajniku [elektrycznym, rzecz jasna] nie zagotuję jak człowiek?!"

A po chwili przyszło otrzeźwienie. 
Wodę zaparzę w garnuszku, na szczęście mam piecyk gazowy. Gaz włączę jak kiedyś, odpalając z zapałki.
Faktycznie, nie obejrzę serialu, programu śniadaniowego, nie wrzucę kolejnego zdjęcia na Instagram, nie przejrzę Facebooka, który zasysa czas i - na dobrą sprawę - jest jego złodziejem.
Za to powyciągam wszystkie świece, które tak lubiłam kiedyś kupować, a które kurzyły się w szafce od dobrych kilku lat. Wykorzystam wreszcie mój lichtarz - może poczuję się jak współczesne wcielenie Lizzy albo innej z bohaterek Jane Austen. 
Posłucham ciszy.
Nie będę wpatrywać się w światła miasta. Wolę światło Domu - małe ogniki, które skaczą i tańczą, jak płomienne chochliki.

Nie było końca świata, choć przez chwilę zakładałam, że będzie trudno. Że nie dam rady.
Elektronika uzależnia. Bez prądu wi-fi padło, nawet na telefonie nie mogłam podejrzeć obrazków na IG. Nie podładowałam go zresztą, więc i rozmowy z ludźmi na odległość raczej nie były możliwe.
Za to odkryłam przyjemność płynącą z bycia z bliskimi tu i teraz. Mąż był w delegacji, byłam sama z dziećmi... Powoli zbliżał się wieczór, świecie stawały się coraz jaśniejsze, bo łuna dokoła nich stawała się bardziej wyraźna.

Mały John siedział w półcieniu i nucił kolędy, sam z siebie, bawiąc się dinozaurami. Marion zasnęła, otulona nocnym kocykiem Matki Natury, a ja przyglądałam się im, nawet nie próbując powstrzymywać ciepłego uśmiechu...

Gdy Marion wciąż spała, poczytałam z synkiem opowieść o małej myszce. Łowiliśmy szczegóły ilustracji, wyławialiśmy je z mroku, przybliżając książkę do świecy. Dawno nie spędziliśmy ze sobą tak dużo czasu - bez dodatków, ozdobników, "ulepszaczy" czasu, które sobie współcześnie fundujemy. Po prostu byliśmy. Razem.











Na nadchodzące Święta życzę Wam  wyłączonego prądu, chociażby metaforycznie. Wieczorów bożonarodzeniowych spędzonych nie przed telewizorem i "Kevinem..." czy nawet "To właśnie miłość", ale ze sobą - bez pośredników. Niech nic nie odwraca Waszej uwagi od Was i Waszych bliskich - bądźcie dla siebie wzajemnie największym skarbem i wartością.
Zapalcie te świecie, co to je trzymacie na "lepszy czas" (romantyczną kolację, spotkanie ze znajomymi albo miły wieczór z herbatą w ręce, kiedy nie będzie trzeba niczego robić) - to właśnie ten moment! Nie odkładajcie niczego na później, tym bardziej przyjemności, które planujecie dla siebie. Bardzo łatwo starać się dla bliskich, troszczyć o nich, o wiele trudniej być pieszczotliwym dla samego siebie.

Uśmiechnijcie się.

Nic nie musimy, nikt od nas niczego nie wymaga. Wszystko, co warte jest pośpiechu, mamy na miejscu, obok siebie: męża, dzieci... Rodzinę. Jeśli oni są - niczego więcej nie potrzebujesz. Ani piernika, ani barszczu, ani karpia. Nawet choinka jest zbędna. To tylko symbole, ślad tradycji. Znam domy nimi przepełnione, a smutne. I takie, gdzie widzialnych, namacalnych symboli brak, ale czuć Ducha Świąt, bo on mieszka w ludziach, w sercach.

Wszystkiego dobrego na Święta. Byśmy znaleźli Czas.

środa, 14 grudnia 2016

cherrywood stories: The Braineater

Dziś opowieść jak z horroru, ale czym innym nie jest ząbkowanie malucha, jak horrorem właśnie. Pewnego listopadowego dnia gumowy mózg pospieszył z pomocą, łagodząc ból dziąseł. Nie ma to jak mądra zagryzka.








niedziela, 11 grudnia 2016

cherrywood stories: w składzie porcelany


W mieszkaniu mojej babci stoi lakierowana meblościanka; dzisiaj doceniam niezwykły wzór ze słojów drewna (powracam tym samym do dziecięcych fascynacji tymi kołami i okręgami, która wydała mi się w okresie lat nastu przeżytkiem, czymś niemodnym, może babcinym właśnie). Jedną z jej części stanowią dwie półki ukryte za szkłem, a tam kolekcja babci: porcelana i kryształy, polerowane w okresie przedświątecznym, bo i na święta wyciągane. Wystawa błyszczących, kruchych skorup, którym przyglądałam się jako dziecko z lekkim zaintrygowaniem, ale i znudzeniem jednocześnie. Znałam je przede wszystkim zza szyby - tak wyglądała ich codzienność. Piękne, trochę muzealne. Jak dotykanie wzrokiem misternych ludzkich wyrobów na wystawie - przez szklaną powłokę, która odbija światło. 

Kiedy zobaczyłam Ich odbicie w tym szklanym zwierciadle... Pradziadek i prawnuczka. Wpatrzeni w porcelanę i kryształy prababci. Gdzieś w tle prawnuczek bawił się garażem dla resoraków, improwizując wypadek samochodowy. Wizyta w składzie porcelany...

środa, 7 grudnia 2016

cytat miesiąca (grudzień 2016)

Dla jutra lekceważy się to, co je dziś cieszy, smuci, dziwi, gniewa, zajmuje. Dla jutra, którego ani nie rozumie, ani ma potrzebę rozumieć, kradnie się lata życia, wiele lat. 

Janusz Korczak, Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie

poniedziałek, 5 grudnia 2016

kącik Lady Marion (czyli mała dziewczynka w dużym pokoju) - cz. 2

W poprzednim poście zatytułowanym w ten sposób (TUTAJ) pokazywałam, w jaki sposób rozgościł się w naszym pokoju dziennym kosz Mojżesza, a w nim nasza mała córeńka. Córeńka jednak rosła i po pięciu miesiącach kosz zaczynał być dla niej ciasnawy. Natura wie, co robi, bowiem w lipcu miała urodzić się kolejna przedstawicielka płci pięknej i użytkowniczka kosza - jego wymiana na łóżeczko zbiegła się więc w czasie z ponownym cudem narodzin. I tak Marion dostała większe łoże, a pewna Mała Iskierka mojżeszowy kosz. 

Łóżeczko, które widnieje na poniższych zdjęciach, to stare łóżeczko Małego Johna. Miałam dosyć tego, jak wygląda; gdy urodziła się Marion wiedziałam, że albo jakoś je przerobię, albo kupimy nowe. Starego nie zniosę! ;) Względy praktyczne zwyciężyły i łóżeczko zostało przemalowane (co pokazywałam na swoim drugim blogu - TUTAJ (stare-nowe łóżeczko dla niemowlęcia, czyli o malowaniu łóżeczka ze szczebelkami).

Lubię patrzeć na te zdjęcia, bo dobitnie pokazują, że miejsce bez wypełniającego je człowieka jest puste, jest niczym - bez swojej historii, opowieści, narracji snutej przez wdechy i wydechy, uśmiechy albo ciche kwilenie... Bez ciepła czyjegoś ciała, bez dotyku małych rączek i dużych dłoni... Takie łóżeczko, dajmy na to... To tylko przedmiot, ale nabiera dużego sensu z kimś wewnątrz. Jak każda inna rzecz, którą się użytkuje, a użytkując, nadaje duszę. Jak Dom w ogóle. 






Jak widać, łóżeczko zajmuje więcej miejsca niż kosz Mojżesza. Do teraz zagadką jest dla mnie, gdzie stanie choinka (poprzednio stała właśnie na miejscu łóżeczka), ale póki co lepszego miejsca na łóżeczko nie ma. Marion budzi się w nocy, a nam jest wygodniej mieć do niej bliżej; poza tym dzięki temu Mały John ma też spokojny sen... Kiedy młoda dorośnie na tyle, by samodzielnie wdrapywać się do łóżka i z niego schodzić, zostanie przydzielona do pokoju brata (który czeka już na łóżko piętrowe). Póki co, trochę nam może czasem ciasno, ale na pewno przytulnie.





Uwielbiam to połączenie kolorystyczne: cottonlightballs, książki, obrazki z ramkach, worek na zabawki uszyty przeze mnie (więcej o nim poniżej), ubranka Marion... Ten kącik jest wesoły!




tego ptaszka uszyła moja Mama



Na zdjęciach można zauważyć uszytą przeze mnie okrągłą poduszkę z tweedu: Tweeddy (post o niej znajdziesz TUTAJ). Na zdjęciu poniżej jest jeszcze Śniąca Luna (post o tej poduszce TUTAJ), ale Marion szczególnie upodobała sobie pompon, który namiętnie skubała, uszczuplając go. W celu ratowania Luny, przeniosłam ją do pokoju MJ-a...





Tak, jestem fetyszystą małych stópek... Co będzie widać jeszcze w tym wpisie... ;)
Nic nie poradzę... Podobno obcałowywałam maleńkie nóżki mojej siostrzyczki - tak samo robię ze stópkami swoich dzieci. Trochę zalatuję Szymonem Majewskim, co?


Jeden z minusów stawiania łóżeczka niemowlęcego w pokoju dziennym: bliskość telewizora. Wieczorem zasłaniamy go kocykiem, ale Marion jest sprytniejsza. Kiedy puszczają "jej" serial czy program, uparcie go ściąga, szczerząc się do nas bezczelnie. Innym razem nawet nie mrugnie, nawet nas nie zauważy - bo przecież co dziwnego w tym, że starszy brat już śpi, a ja oglądam?







Worek to wypadkowa chwili. Materializacja powiedzenia "Potrzeba matką wynalazków". W pewnym momencie skromniutki zbiór zabawek Marion urósł do rozmiarów większej kupki, której nie dało się nigdzie upchać w całości; zwyczajnie potrzebne było na niego miejsce. Wyciągnęłam z szafy surówkę bawełnianą i podomkę kupioną w secondhandzie z uwagi na sympatyczny wzór - nadała się idealnie!
Właśnie tak wymyśliłam sobie ten worek: z zewnątrz surowy, wewnątrz wzorzysty. Pomysł na wstążki narodził się w fazie produkcji i wdzięczna jestem głowie za ten pomysł - wygląda świetnie!