poniedziałek, 14 listopada 2016

nie chcę, żeby moje dzieci były "grzeczne"

 - Ona zawsze tak mocno okazuje swoje niezadowolenie? - zapytała (nie bez pewnego uśmiechu ni to rozbawienia, ni to rozczulenia) pielęgniarka, pobierając krew Marion (czyt. trzymając jej paluszek w sztywnym uścisku i wyciskając z niego krople krwi do probówki).
Podniosłam wzrok na kobietę i zamyśliłam się. Co takiej odpowiedzieć? Czy gdyby mnie ktoś najpierw nakłuł palec, a potem go ściskał, by czerwono-bordowe krople kapały (jeszcze usłyszałam: Proszę przesunąć nogi, żeby pani się spodnie nie pobrudziły!), kapały i kapały (bo odpowiednią ilość płynu należy pobrać)... cóż. Pewnie też nie byłabym zadowolona.
Marion nie wierzgała, nie wykręcała się, siedziała spokojnie. Ale krzyczała. Bez łez, ale wrzask był. A ja całkowicie ją rozumiałam. Mnie też nie podobałaby się taka sytuacja, a że córa młoda - osiem miesięcy wtedy miała - nie rozumiała jeszcze, że w takich miejscach powinna się silić na wyważone milczenie miejscami okraszane lekkim uśmiechem. Nieobyta, to wrzeszczała. A ja jej kibicowałam.
 - Tak. Ma silny charakter - powiedziałam w końcu. 

Kiedy jakiś czas później zawitaliśmy do placówki publicznej, ponownie usłyszałam, że mam "charakterną" córkę. Bo krzyczy, bo zaznacza głośno, jak coś jej się nie spodoba. Bo nie przyjmie wyrwania zabawki miną smutnego mopsa, ale się wydrze. Bo jak jej pokiwasz migającym telefonem przed oczami z bezczelnym rozmysłem jej go nie dając do rąk, nie powie "Ej, ale jesteś!", ale się wydrze. Bo jeszcze nie rozumie, że niektóre rzeczy nie są jej, że na inne jest za mała, że to, że tamto, że konwenanse, że umowy międzyludzkie... to wrzeszczy. 

I niech wrzeszczy, a co.
Kiedy nie bardzo jest to na miejscu albo ma sens (bo jest wyrazem niemowlęcego egoizmu, naturalnego - charakteryzującego dzieciaki do 4 albo 5 lat), tłumaczę Marion spokojnie, dlaczego nie może czegoś dostać, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Nie neguję jej złości, nie zabraniam jej jej odczuwać. Ale wyjaśniam, że telefon jest mój i go nie dam (nie macham nim też przed jej oczami, bo nie traktuję go jak zabawka dla dziecka - dobrze by było, żeby inni też o tym pamiętali). Że zabawki brata to jego zabawki i jeśli on jej pozwoli, to wtedy może sobie jakąś do ręki wziąć - ale to Mały John musi się zgodzić.
A w innych przypadkach... Niech wrzeszczy, niech będzie charakterna! Niech walczy o swoje i nie daje sobie zamknąć ust, bo "nie wypada", bo trzeba być "grzeczną", "ułożoną" dziewczynką. Bo dziewczynki się tak nie drą, bo cichutko siedzą w kąciku, uśmiechają się od czasu do czasu, pozwalają jako panienki pocałować w rączkę, a potem pod ołtarz zaciągnąć, dzieci rodzić, dom sprzątać i... uff. Zagalopowałam się nieco. Ale rozumiecie mniej więcej kierunek moich myśli?

Wychowano mnie (tak myślę) jako grzeczną dziewczynkę. Nauczono, że w towarzystwie dorosłych mówić można, ale nie wszystko, że dorosłym należy się szacunek, że trzeba się witać, dziękować, prosić... Wszystko pięknie, ale do czasu.
Do dzisiaj problemem jest dla mnie zwrócenie uwagi komuś na ulicy, gdy robi coś niezgodnego z normami (moralnymi, społecznymi) - kiedy jego pies robi kupę, a właściciel udaje, że to niewidzialny bobek podlegający natychmiastowej biodegradacji; kiedy koleś na przystanku z wielką naklejką zakazu palenia stoi pod wiatą - na środku - i jara, a reszta ludzi utworzyła wianek dookoła wiaty i marznie, bo nic nie powie, ale nie chce wdychać smrodu; kiedy matka straszy dziecko w tramwaju tym, że jak się nie zamknie, to ona wysiądzie i potem robi przy najbliższym przystanku scenę, że niby wysiada, a dziecko w ryk, przerażone; kiedy jestem w ósmym miesiącu ciąży, stoję w kolejce u lekarza, a przede mnie wbija się facet i na moje upomnienie wydziera się na mnie... Przykłady mogłabym mnożyć. Chamstwa nie brakuje. Irytuje mnie jednak, że nie potrafię zareagować - że najczęściej duszę w sobie wszelkiego rodzaju komentarze czy odzywki - a nawet jeśli, przeżywam potem tę scenę, trzęsę się w środku i długo dochodzę do siebie.

Jak wtedy, w tej kolejce. Kiedy tamten mężczyzna w ogóle mnie nie przeprosił, że wszedł przede mnie, ale jeszcze zaczął na mnie napadać. Że za daleko stałam, że to, że tamto... Pod nosem rzucał wściekłe komentarze pod moim adresem, a ja - w zasadzie wygrana, bo swoje miejsce w kolejce odzyskałam - czułam się dziwnie nieswojo, wcale nie zadowolona czy usatysfakcjonowana, ale zażenowana, że w ogóle musiałam się odzywać... Że ta wymiana zdań tak wyglądała...

Jak wtedy, kiedy postanowiłam zareagować, widząc ludzi dokarmiających zwierzęta w zoo goframi (przypomnij sobie TUTAJ). Postąpiłam tak, jak należało, jak chciałam, byłam dumna ze swojej odwagi. Ale co z tego, skoro nikt nie stanął w mojej obronie, gapie kibicowali "tamtym", a ja musiałam z dziećmi "uciekać" z tamtego miejsca? Żegnana śmiechem, bo jakaś "wariatka"?

Jak wtedy, kiedy wywiesiłam karteczkę na korytarzu informującą, by nie dzwonić do naszego mieszkania z każdą pierdołą (nasz numer jest pierwszy na liście, więc był machinalnie i z automatu wybierany jako pierwszy przez domokrążców, ekologów, Świadków Jehowy, jak również wszelkiego rodzaju fachowców - również tych nie wzywanych przez spółdzielnię, a przez... sąsiadów). Było to w nieco innych słowach, wspomniałam też o budzeniu dzwonieniem maleńkiego wtedy jeszcze Małego Johna... Powstała po przelaniu się czary goryczy, gdy po 1,5 godzinie usypiania MJ-a, ktoś zadzwonił do drzwi. Młody się budzi, ja wzdycham. Otwieram, a tam panowie hydraulicy. O kurka, przegapiłam przegląd, myślę, ale nic. Wzdycham w duchu (ech, życie), uśmiecham się, chcę ich wpuścić do mieszkania, a oni przechodząc obok mnie rzucają tylko: A nie! My nie do pani, my do mieszkania numer dalej! Ale wie pani, sąsiadka nie otwiera, to pomyśleliśmy, że zadzwonimy do pani... W sumie to nie wiemy, dlaczego... Ale... Oooo! No, sąsiadka właśnie otwarła. To nic, dziękujemy za wpuszczenie na klatkę! Miłego dnia! O, jakie ładne dziecko! Wtedy, w tamtej chwili mnie wmurowało. Nie muszę chyba dodawać, że John oczywiście nie dał się uspać ponownie. Przez jeden głupi dzwonek "po nic", dwie godziny mojej pracy poszły na marne. Trudno było jednak kogoś jawnie winić - kto mógł wiedzieć. Dlatego wywiesiłam kartkę. Reakcje na nią były dość różne, w przeważającej mierze takie, że chyba ostro było, że chyba ciężko ze mną, że łatwo się denerwuję, że twarda ze mnie sztuka. Wszystko z sympatycznymi uśmiechami, ale cholera wie, co kto naprawdę myślał.

Kiedy więc teraz siedzę i analizuję to nasze babskie "okazywanie niezadowolenia", bycie "charakterną"... szlag mnie trafia. Patrząc na te wszystkie sytuacje, wydaje się, że jako kobieta nie mam prawa oficjalnie i głośno powiedzieć, że coś mi się nie podoba. Nie zgodzić się na coś, zaprotestować. Bo od razu zdziwienie. Nie, nie musi to być atak czy brak akceptacji. Ale samo już zdziwienie: ojej, naprawdę? No coś ty! Chyba przesadzasz, nie sądzisz? Nawet dobroduszne, z całkiem pozytywnych pobudek...

Czy to nie jest tak, że wychowuje się dziewczynki, a potem kobiety, na stworzenia uległe, grzeczne, bierne, ze swoim zdaniem, ale broń Boże wyrażonym na głos? Taka powinna dygać na widok wujków i cioć, podawać rękę, nadstawiać policzek, pomagać w kuchni, nie przeklinać, nie tatuować się, ładnie ubierać, schludnie, nie łazić po drzewach ani bawić na trzepaku, nie ruszać resoraków, ale wybierać lalki i drewnianą kuchenkę... Sporo w tym moim wymienianiu generalizowania, ogólników, ale kiedy przyglądam się bardziej uważnie otoczeniu, zwłaszcza najbliższemu, zauważam te tendencje, a te niepokoją mnie coraz bardziej...
 - Zostaw te samochody, Marion! Dziewczyna i autami się będzie bawić? No coś ty! Dajcie jej jakieś maskotki! - usłyszałam całkiem niedawno reakcję pewnej bliskiej osoby z naszej rodziny na widok Młodej bawiącej się z bratem w jego pokoju.
 - Ale ty grzeczna jesteś, śliczna dziewczynka! Nie płaczesz, nie krzyczysz... (Abstrahując od tego, że nie można powiedzieć o dziecku, by było grzeczne czy niegrzeczne - zwłaszcza kiedy jest tak małe, a krzyk jest jego jedyną metodą komunikacji.)

Pamiętam pewnego wujka, który gdy przyjeżdżał do nas w odwiedziny, lubił brać na na kolana i trzymać tak w kurczowym uścisku. Nie było w tym nic złego i zdrożnego poza pewnego rodzaju unieruchomieniem, które powodowało irytację moją, mojej siostry i kuzynki, a wujka bawiło. Cóż, taka dziwna i nie-śmieszna zabawa z dzieciakami. Do czasu, kiedy kilka lat później ten sam wujek na powitanie oblizał moje ucho. Poczułam się molestowana, dosłownie. Poskarżyłam się innym dorosłym, którzy nieszczególnie serio potraktowali to zdarzenie. "Ach, wiesz jaki on jest.", "Droczył się." - przekonywali. A ja czułam, że przekroczono pewną granicę, że zostałam "zbrukana". Dotyk języka wujka na płatku ucha czułam jeszcze przez całe popołudnie i wieczór. Ohyda. I nie wypadało nic powiedzieć, bo to przecież rodzina, bo na pewno "nie chciał niczego złego"... Byłam bezsilna i zostawiona z tym sama sobie.

Dlatego teraz, kiedy przyglądam się swoim dzieciom, przypominam sobie własne dzieciństwo, a teksty dorosłych wybrzmiewają na nowo. Niektóre stare hasła słyszę z moich ust (przepraszam was, dzieci), inne mnie denerwują, bo przypominam sobie własną frustrację, gdy mnie nimi częstowano. 
Wiem jedno: nie chcę, by moje dzieci były grzeczne, uniżone, posłuszne tylko dlatego, że wynika to z obowiązków kultury/normy społecznej wobec dorosłych (nawet obcych). Jeśli nie chcą witać się z ciocią całusem - niech się nie witają, mają do tego prawo. Jeśli nie spodoba im się czyjeś zachowanie, mają prawo wyrazić swoją opinię i być potraktowane poważnie, z szacunkiem. Ich zdanie jest dla mnie ważne, bo one są dla mnie ważne. 

Przykład sprzed kilku miesięcy: urodziny prababci. Marion rozpłakała się dość mocno: a to sporo ludzi, a to pora popołudniowej drzemki, a to wychodzące ząbki... Wyszłam z nią do innego pokoju, chcę uspokoić, ale przyszedł pradziadek zaniepokojony krzykiem. I wypytuje, dlaczego to tak, skąd taki wrzask, co się stało, czy ona tak często, dlaczego, że może na ręce weźmie, a może babcia weźmie, że przecież to nienormalne, żeby dziecko tak płakało, że to, że tamto... Wiem, że chciał dobrze, że się martwił, ale cisza i spokój oraz wyłącznie moja obecność przyniosłyby o wiele więcej korzyści. Nic to, Marion uspokoiła się, kryzys zażegnany. Ale po pięciu minutach wołano do wspólnego zdjęcia, a że wnusia najmłodsza, miała wylądować na kolanach solenizantki. Nie zgodziłam się oddać córki w wyciągnięte ku mnie ramiona dziadka - Przecież dopiero co płakała i ją uspokoiłam, tłumaczyłam. 
 - Co, nie wytrzyma pięciu minut? - usłyszałam w odpowiedzi. Głos tego samego dziadka, który chwilę wcześniej tak martwił się tym "nienormalnym" płaczem dziecka i za wszelką cenę chciał ukoić ból maleństwa...

Taka podwójna może nie moralność, ale traktowanie... Dziecko ma być na zawołanie. Grzeczne, usłużne, uczynne, pomocne... Na zawołanie ma piosenkę zaśpiewać dla gości (nie znosiłam tego), pozdrowić sąsiada, pomóc w domu, posprzątać po sobie, wykonać szereg czynności, których od niego wymagamy. Jednocześnie dobrze, by znało swoje prawa i nie dało się manipulować obcym. By było samodzielne, świetnie sobie radziło w życiu dorosłym.

Kończąc ten wpis, prychnęłam.

4 komentarze:

  1. Dobry tekst! Też mam problem, by upomnieć się o swoje i gdy ktoś się zachowa wobec mnie wyjątkowo chamsko potrafię zszokowana znieruchomieć i w swoim zadziwieniu nie pisnąć słowem.
    A dwie pierwsze wizyty u moich rodziców z synem to było ciągłe wysłuchiwanie "Co on tak płacze? Wy tak nie płakałyście" a nawet komentarzy sąsiadów rzucanych przez płot. Na szczęście już z nim lepiej, ale koło domu jednej sąsiadki staram się po prostu już nie przechodzić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie - jesteś w szoku i nieruchomiejesz, kiedy potrzebna byłaby reakcja... Mam to samo... A potem po fakcie przychodzą mi do głowy świetne puenty i komentarze - aż szkoda, że po czasie...
      Och, dokładnie... Gdy urodził nam się syn, sąsiedzi też pytali, co on tak płacze. Na szczęście szwagier kiedyś nie wytrzymał (akurat wychodziliśmy razem) i rzucił: "To dziecko, a one płaczą!" To zamknęło sąsiadom usta, no bo przecież.... przecież :P Dziecko inaczej nie potrafi komunikować, że coś się dzieje. Że dzieje się cokolwiek!
      Tak, to jest jakieś rozwiązanie ;) Czasem dobrze podarować sobie nieco świętego spokoju i unikać spotkań, nawet przypadkowych, które mogłyby być kłopotliwe...
      Ech, jak ja nie lubię komentarzy typu "my nie...", "ja w twoim wieku...", "wy nigdy..." - a może rodzice już tego nie pamiętają? Nie wszystko się zapamiętuje, a nieprzyjemne sytuacje chętniej po czasie ulatują z głowy ;) Moja teściowa twierdzi np., że dziecko nigdy jej nie spadło - czy z kanapy, czy z czegokolwiek - (a ma trójkę) kiedy i mnie, i szwagierce zdarzyło się, że upadek był... Nie wiem, na co wtedy są takie komentarze... Żeby mama poczuła się gorzej? Bo żadnej pociechy z tego ani pomocy...
      No nic. Musimy być twarde ;) I nie dać się...

      Trzymam kciuki za nas! ;)
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam ciepło!

      Usuń
    2. Ja swojej mamie nie powiedziałam nawet, że syn mi spadł z kanapy, bo jeszcze byłaby gotowa rzucić wszystko i przyjechać 100 km :)
      Na szczęście na naszym osiedlu, gdzie z powodu każdej głupoty ludzie robią afery, wołają ochronę i straż miejską, jeszcze nie było żadnej interwencji z powodu głośnego płaczu :)

      Usuń
    3. Niektórych rzeczy nie należy mówić :P (głośno albo wcale :P)
      Uff, na całe szczęście :)

      Usuń