środa, 23 listopada 2016

aspekty samodzielności przedszkolaka

Ostatnio odbierając synka z przedszkola, zgarnęłam prócz pierworodnego ulotkę - biuletyn informacyjny dla rodziców. Już w ubiegłym roku miałam z podobną do czynienia, wiedziałam więc, czego mniej więcej się spodziewać: co ważniejszych danych, informacji o planowanych atrakcjach czy wydarzeniach plus informacje o różnym charakterze edukacyjnym. A to propozycje zabaw rodziców z dziećmi (z wykorzystaniem pór roku, na przykład), a to porady wychowawcze czy wskazówki. I właśnie te ostatnie mnie zastanowiły...

W biuletynie umieszczono fragment artykułu z Internetu, a źródła nie podano - szkoda, bo chętnie bym do niego dotarła i spróbowała wyjaśnić autorowi, dlaczego jego tekst - przez swoją formę - może być szkodliwy... Ale cóż. Nie dotrę tam, piszę więc tu.

Co znalazłam w ulotce? Tekst poświęcony "aspektom samodzielności" przedszkolaka, czyli w skrócie: co nasze dziecko powinno umieć.
Czytamy tam:

a) samodzielność praktyczna
Ujawnia się w wykonywaniu codziennych czynności na rzecz samego siebie lub potrzeb rodziny. Pozwala na radzenie sobie z czynnościami samoobsługowymi oraz wykonywanie obowiązków związanych z pracami porządkowymi i gospodarczymi.

b) samodzielność umysłowa
Polega na umiejętności podejmowania decyzji i rozwiązywania problemów podczas zabawy oraz nauki.

c) samodzielność społeczna
Przejawia się w umiejętności współdziałania z rówieśnikami i opiekunami, porozumiewania się z nimi oraz brania odpowiedzialności za podejmowane decyzje społeczne.

O co mi chodzi? - zapytacie. Odpowiem szybko.
O język.
Tekst został napisany jak fragment pracy licencjackiej lub magisterskiej - naukowo, sucho, w jakiejś mierze sztucznie, językiem nie dającym rodzicowi w zasadzie żadnych rzeczywistych wskazówek czy wyjaśnień. (Nie wiem, może to jest fragment rozprawy naukowej, dlatego wygląda jak wygląda, ale umieszczanie go w broszurce dla rodziców... Trochę zbyt "ambitnie".)
No dobrze. Ale o co ci chodzi? - powtórzycie.
O ile nie miałam problemów z przyjęciem dwóch pierwszych podpunktów ("b" broni się końcówką - dodaniem "podczas zabawy oraz nauki", chociaż z tą nauką to też bym nie przesadzała - czasem o rozwiązywanie problemów podczas nauki, która jest niedostosowana do poziomu dziecka, może być trudno), o tyle ostatni wzbudził moje i zdziwienie, i niezgodę.

To prawda, przedszkolak jest w stanie dogadać się z rówieśnikami, zrozumieć opiekunów i z nimi też się porozumiewać, ale już brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje społeczne? Oczywiście dziecko nie jest pępkiem świata, a jego zachowanie musi wiązać się z różnego rodzaju konsekwencjami (czy dobrymi, czy złymi), uczy się przez to odpowiedzialności właśnie i zasad społecznych, ale cały punkt trzeci brzmi bardzo... życzeniowo? Idealistycznie? Przecież zostało tam wyraźnie napisane, że przedszkolak (sic!) współdziała z rówieśnikami, opiekunami, porozumiewa się z nimi i bierze odpowiedzialność za podejmowane decyzje społeczne. Przedszkolak?! Często nawet wielu dorosłych tego nie potrafi! Rówieśnicy potrafią dokopać (chociażby znajomi w pracy, partnerzy albo rodzina), komunikacja z opiekunami (czyt. pokoleniem starszym) bywa, mówiąc krótko, problematyczna (teściowe, dziadkowie, rodzice - na różnych poziomach, w różnych sytuacjach), a odpowiedzialność za podejmowane decyzje... Och. Trzeba mieć w sobie wiele dojrzałości, żeby życiowe lekcje odrabiać tak jak należy. Rzucenie takiego sformułowania w tekście kierowanym do rodziców może przynieść fatalne skutki... Jeśli taki rodzic uzna, że jego dziecko powinno doskonale współpracować z rówieśnikami, z nim i innymi dogadywać się i komunikować bez przeszkód, a do tego jeszcze brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje... O matko. To zrzucanie odpowiedzialności na dziecko za niemalże wszystko! Jeśli pokłóci się z kolegą lub koleżanką - pewnie to jego wina, bo przecież ma te kompetencje. Jeśli coś nie zadziała na linii rodzic-dziecko, dziecko-przedszkolanka czy w ogóle dziecko-dorosły, to pewnie w części przypadków będzie to wina dziecka, bo przecież ma te kompetencje (a dorośli są z założenia mądrzejsi, dojrzalsi, bardziej obyci, więc im się winę przypisuje rzadziej - raczej "rozwydrzonemu" dziecku). Jeśli dziecko nie będzie rozumiało efektów swoich działań, będzie rozgoryczone porażką albo przybite innym niepowodzeniem, wściekłe, bo coś wydarzy się nie po jego myśli... nie powinno w zasadzie odczuwać tych emocji, ale dojrzale wziąć odpowiedzialność za podjęte decyzje, tak?
Toż to absurd!

Cały punkt trzeci (i w ogóle cytowany fragment) ratuje kolejne zdanie, dodane poniżej: "Wychowywać dziecko mądrze to stawiać mu wymagania, odpowiednie do wieku i możliwości." Oto klucz: odpowiednie do wieku i możliwości. Nie możemy wymagać od naszych dzieci, by były zawsze współdziałające z rówieśnikami, komunikujące się z nami bez przeszkód czy biorące pełną odpowiedzialność za podejmowane decyzje. W ogóle ostatnia część tego zdania powinna zostać złagodzona - jasne, niech dziecko uczy się konsekwencji, ale bez przesady z odpowiedzialnością - to bardzo mocne słowo, a za dzieci odpowiedzialni jesteśmy my - rodzice - więc decyzje dzieci podchodzą też pod naszą odpowiedzialność - przynajmniej jeśli mowa o dzieciach małych, w tym przedszkolakach. Komunikacja na linii dorosły-dziecko też nie będzie zawsze tak prosta i łatwa - my nosimy swoje zranienia, swój język bardzo daleki od osobistego, który ratowałby często relacje, a dziecko dopiero uczy się komunikacji interpersonalnej. Trudno wymagać od niego pełni kompetencji i stawiać go na równi ze sobą - tzn. inaczej: stawiać na równi ze sobą tak, bo powinniśmy być równymi partnerami w życiu i rozmowie, ale jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że ten młody człowiek ma o wiele mniej doświadczenia i często brak wpływu na emocje - które powinniśmy kontrolować my, dorośli. W ogóle jeśli komunikacja na linii dorosły-dziecko zawodzi, winien jest dorosły właśnie... I po trzecie - kłótnie z rówieśnikami, starcia, potyczki różnego rodzaju są potrzebne. One też uczą wspomnianego współdziałania, relacji społecznych, międzyludzkich. Oczekując wyłącznie zgodnej zabawy dziecka z rówieśnikami, blokujemy mu możliwość poznania siebie, własnej agresji (której okazywanie jest potrzebne, a czego trzeba się nauczyć, by nie krzywdziła ona innych, a jednocześnie znajdowała ujście). 

Niebezpiecznie tak generalizować, a jeszcze niebezpieczniej kolportować to wśród rodziców...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz