środa, 30 listopada 2016

patenty SuperMatki: farba kredowa i konceptów kilka w starciu z prezentem z rodziny "hihi-haha", czyli jak uratować coś, co chcesz wyrzucić

Mój mąż (wtedy jeszcze chłopak) podarował mi na osiemnaste urodziny (prócz innych prezentów, np. obrzucenia osiemnastoma balonami z wypisanymi na nich życzeniami)... prawo jazdy ze sklejki. Prezent z rodzaju tych "dowcipnych". Koncept przedmiotu zasadzał się na połączeniu ze sobą dwóch kawałków drewna i przyklejeniu wewnątrz przewrotnej historyjki szybkiego podrywu. W narrację wpleciono odpowiadające poszczególnym sytuacjom znaki drogowe (np. zwężenie ulicy symbolizowało rozchylanie niewieścich nóg), a całość zakończono mocną puentą i... prezerwatywą w prezencie. Ot, moje własne "prawko".

Książeczka była przeczytana(łamane przez)obejrzana dosłownie raz (liczbowo: 1). Tego samego dnia wylądowała na regale, na najwyższej półce, i przesiedziała tam... kilkanaście lat. Niedawno robiłam przegląd książek (po mniej więcej dekadzie warto sprawdzić, czy posiadane w księgozbiorze pozycje wciąż tak samo nas interesują, wciągają, pociągają... czy może dać im życie w rękach kogoś innego?) i natknęłam się na nią. Wyrzucić? - pierwotnie tak właśnie chciałam zrobić. Ale mąż był bardziej uważny i błyskotliwy. A może odklej środek, a deski wykorzystaj? - rzucił od razu. Że też sama na to nie wpadłam! Nie minęło pięć minut, a już cała rodzina była zaangażowana w zrywanie historii podrywu. (Dzieci miały największą frajdę - zwłaszcza najmłodsze!)


http://picasion.com/

 






Moi superbohaterowie w ilości trzech (TatoMąż, Marion oraz Mały John) dzielnie zdarli powłokę, pozostało zająć się resztą. Tutaj wspomogłam się magicznym artefaktem: farbą kredową (Benjamin Moore, kolor Swallow's Tale). Wyszło zacnie.







Ramkę można również wykonać samemu: wystarczą dwa kawałki drewna (sklejki, deski) oraz zawiasy (plus śrubki i narzędzia). Do tego farba, jeśli zamierzacie - jak ja - swoją pomalować. Jeśli macie palco-wkręty, pójdzie jeszcze szybciej.

Do czego można wykorzystać taką ramkę? Kilka pomysłów umieściłam TUTAJ, poniżej zaprezentuję swój ulubiony...

laptop analogowy dla dziecka
(czyli mówię "nie" elektronice w prezencie dla przedszkolaka, jednocześnie prezentując mu komputer ;))

Nie będę ukrywać - inspirowana TYM przedmiotem. Bardzo podoba mi się takie nietypowe podejście do gadżetów czy elektroniki, z którą trudno nam się rozstawać... Dzieci widzą nas podłączonych do komputera, telefonu, doszukują się w tym jakichś nieziemskich doświadczeń (mina Marion na widok mojego telefonu mówi sama za siebie), a tu proszę... Pobudzająca forma, ale przemycenie świata analogowego, o wiele bardziej kreatywnego. Co mnie urzekło: Mały John nie miał żadnego problemu z włączeniem się do zabawy - z miejsca zaczął udawać, że naprawdę gra w grę i steruje rakietą, a nasza nakręcana i szalona metalowa mysz to... myszka komputerowa!









sobota, 26 listopada 2016

Moi drodzy, jest robótka!

Zostałam zaproszona do wzięcia udziału w pewnej akcji, która - gdy poczytałam o niej więcej - po prostu mnie zauroczyła. Kapitalny, ciepły pomysł - w zasadzie nie można nie wziąć w tym udziału! Nie trzeba niczego kupować ekstra (chociaż można), nie trzeba przeszukiwać swojej szafy w poszukiwaniu rzeczy do oddania dobrej jakości (chociaż można), wystarczy... napisać list. Tylko tyle albo tyle. Taki list od serca. By ktoś, kto nie ma rodziny, nie czuł się samotny, ale poczuł, że na świecie jest ktoś, kto o nim myśli, kto napisał specjalnie do niego.




O szczegółach przeczytacie TUTAJ, ja w kilku słowach przedstawię tylko, o co chodzi... Piszemy listy do Dzieciaków-Starszaków z Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie - małych dziewczynek i Piotrusiów Panów zamkniętych w ciałach dorosłych ludzi. Często są oni zostawieni "sami sobie", tworzą wielkie rodziny w DePeeSie i zwyczajnie potrzebują ciepła, zainteresowania, uwagi. Dlatego w Robótce nie chodzi o obdarowywanie prezentami, ale... słowem. Uwagą, myślą - czymś bardzo indywidualnym, od serca, dającym poczucie, że ktoś nas kocha, a przynajmniej nie jesteśmy tak sami sobie. 

List (albo listy) można wysłać do wybranej przez siebie osoby - Kawalerowie (z krótką charakterystyką każdego) znajdują się TUTAJ, a Damy (również z kilkoma słowami opisu) TUTAJ. Wybiera się kogoś, kto z jakichś względów jest nam bliski i pisze do niego od serca. Na święta i nie tylko. Żeby czuł, że jest ważny...

To jak, napiszecie ze mną? :)

środa, 23 listopada 2016

aspekty samodzielności przedszkolaka

Ostatnio odbierając synka z przedszkola, zgarnęłam prócz pierworodnego ulotkę - biuletyn informacyjny dla rodziców. Już w ubiegłym roku miałam z podobną do czynienia, wiedziałam więc, czego mniej więcej się spodziewać: co ważniejszych danych, informacji o planowanych atrakcjach czy wydarzeniach plus informacje o różnym charakterze edukacyjnym. A to propozycje zabaw rodziców z dziećmi (z wykorzystaniem pór roku, na przykład), a to porady wychowawcze czy wskazówki. I właśnie te ostatnie mnie zastanowiły...

W biuletynie umieszczono fragment artykułu z Internetu, a źródła nie podano - szkoda, bo chętnie bym do niego dotarła i spróbowała wyjaśnić autorowi, dlaczego jego tekst - przez swoją formę - może być szkodliwy... Ale cóż. Nie dotrę tam, piszę więc tu.

Co znalazłam w ulotce? Tekst poświęcony "aspektom samodzielności" przedszkolaka, czyli w skrócie: co nasze dziecko powinno umieć.
Czytamy tam:

a) samodzielność praktyczna
Ujawnia się w wykonywaniu codziennych czynności na rzecz samego siebie lub potrzeb rodziny. Pozwala na radzenie sobie z czynnościami samoobsługowymi oraz wykonywanie obowiązków związanych z pracami porządkowymi i gospodarczymi.

b) samodzielność umysłowa
Polega na umiejętności podejmowania decyzji i rozwiązywania problemów podczas zabawy oraz nauki.

c) samodzielność społeczna
Przejawia się w umiejętności współdziałania z rówieśnikami i opiekunami, porozumiewania się z nimi oraz brania odpowiedzialności za podejmowane decyzje społeczne.

O co mi chodzi? - zapytacie. Odpowiem szybko.
O język.
Tekst został napisany jak fragment pracy licencjackiej lub magisterskiej - naukowo, sucho, w jakiejś mierze sztucznie, językiem nie dającym rodzicowi w zasadzie żadnych rzeczywistych wskazówek czy wyjaśnień. (Nie wiem, może to jest fragment rozprawy naukowej, dlatego wygląda jak wygląda, ale umieszczanie go w broszurce dla rodziców... Trochę zbyt "ambitnie".)
No dobrze. Ale o co ci chodzi? - powtórzycie.
O ile nie miałam problemów z przyjęciem dwóch pierwszych podpunktów ("b" broni się końcówką - dodaniem "podczas zabawy oraz nauki", chociaż z tą nauką to też bym nie przesadzała - czasem o rozwiązywanie problemów podczas nauki, która jest niedostosowana do poziomu dziecka, może być trudno), o tyle ostatni wzbudził moje i zdziwienie, i niezgodę.

To prawda, przedszkolak jest w stanie dogadać się z rówieśnikami, zrozumieć opiekunów i z nimi też się porozumiewać, ale już brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje społeczne? Oczywiście dziecko nie jest pępkiem świata, a jego zachowanie musi wiązać się z różnego rodzaju konsekwencjami (czy dobrymi, czy złymi), uczy się przez to odpowiedzialności właśnie i zasad społecznych, ale cały punkt trzeci brzmi bardzo... życzeniowo? Idealistycznie? Przecież zostało tam wyraźnie napisane, że przedszkolak (sic!) współdziała z rówieśnikami, opiekunami, porozumiewa się z nimi i bierze odpowiedzialność za podejmowane decyzje społeczne. Przedszkolak?! Często nawet wielu dorosłych tego nie potrafi! Rówieśnicy potrafią dokopać (chociażby znajomi w pracy, partnerzy albo rodzina), komunikacja z opiekunami (czyt. pokoleniem starszym) bywa, mówiąc krótko, problematyczna (teściowe, dziadkowie, rodzice - na różnych poziomach, w różnych sytuacjach), a odpowiedzialność za podejmowane decyzje... Och. Trzeba mieć w sobie wiele dojrzałości, żeby życiowe lekcje odrabiać tak jak należy. Rzucenie takiego sformułowania w tekście kierowanym do rodziców może przynieść fatalne skutki... Jeśli taki rodzic uzna, że jego dziecko powinno doskonale współpracować z rówieśnikami, z nim i innymi dogadywać się i komunikować bez przeszkód, a do tego jeszcze brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje... O matko. To zrzucanie odpowiedzialności na dziecko za niemalże wszystko! Jeśli pokłóci się z kolegą lub koleżanką - pewnie to jego wina, bo przecież ma te kompetencje. Jeśli coś nie zadziała na linii rodzic-dziecko, dziecko-przedszkolanka czy w ogóle dziecko-dorosły, to pewnie w części przypadków będzie to wina dziecka, bo przecież ma te kompetencje (a dorośli są z założenia mądrzejsi, dojrzalsi, bardziej obyci, więc im się winę przypisuje rzadziej - raczej "rozwydrzonemu" dziecku). Jeśli dziecko nie będzie rozumiało efektów swoich działań, będzie rozgoryczone porażką albo przybite innym niepowodzeniem, wściekłe, bo coś wydarzy się nie po jego myśli... nie powinno w zasadzie odczuwać tych emocji, ale dojrzale wziąć odpowiedzialność za podjęte decyzje, tak?
Toż to absurd!

Cały punkt trzeci (i w ogóle cytowany fragment) ratuje kolejne zdanie, dodane poniżej: "Wychowywać dziecko mądrze to stawiać mu wymagania, odpowiednie do wieku i możliwości." Oto klucz: odpowiednie do wieku i możliwości. Nie możemy wymagać od naszych dzieci, by były zawsze współdziałające z rówieśnikami, komunikujące się z nami bez przeszkód czy biorące pełną odpowiedzialność za podejmowane decyzje. W ogóle ostatnia część tego zdania powinna zostać złagodzona - jasne, niech dziecko uczy się konsekwencji, ale bez przesady z odpowiedzialnością - to bardzo mocne słowo, a za dzieci odpowiedzialni jesteśmy my - rodzice - więc decyzje dzieci podchodzą też pod naszą odpowiedzialność - przynajmniej jeśli mowa o dzieciach małych, w tym przedszkolakach. Komunikacja na linii dorosły-dziecko też nie będzie zawsze tak prosta i łatwa - my nosimy swoje zranienia, swój język bardzo daleki od osobistego, który ratowałby często relacje, a dziecko dopiero uczy się komunikacji interpersonalnej. Trudno wymagać od niego pełni kompetencji i stawiać go na równi ze sobą - tzn. inaczej: stawiać na równi ze sobą tak, bo powinniśmy być równymi partnerami w życiu i rozmowie, ale jednocześnie musimy zdawać sobie sprawę z tego, że ten młody człowiek ma o wiele mniej doświadczenia i często brak wpływu na emocje - które powinniśmy kontrolować my, dorośli. W ogóle jeśli komunikacja na linii dorosły-dziecko zawodzi, winien jest dorosły właśnie... I po trzecie - kłótnie z rówieśnikami, starcia, potyczki różnego rodzaju są potrzebne. One też uczą wspomnianego współdziałania, relacji społecznych, międzyludzkich. Oczekując wyłącznie zgodnej zabawy dziecka z rówieśnikami, blokujemy mu możliwość poznania siebie, własnej agresji (której okazywanie jest potrzebne, a czego trzeba się nauczyć, by nie krzywdziła ona innych, a jednocześnie znajdowała ujście). 

Niebezpiecznie tak generalizować, a jeszcze niebezpieczniej kolportować to wśród rodziców...

poniedziałek, 14 listopada 2016

nie chcę, żeby moje dzieci były "grzeczne"

 - Ona zawsze tak mocno okazuje swoje niezadowolenie? - zapytała (nie bez pewnego uśmiechu ni to rozbawienia, ni to rozczulenia) pielęgniarka, pobierając krew Marion (czyt. trzymając jej paluszek w sztywnym uścisku i wyciskając z niego krople krwi do probówki).
Podniosłam wzrok na kobietę i zamyśliłam się. Co takiej odpowiedzieć? Czy gdyby mnie ktoś najpierw nakłuł palec, a potem go ściskał, by czerwono-bordowe krople kapały (jeszcze usłyszałam: Proszę przesunąć nogi, żeby pani się spodnie nie pobrudziły!), kapały i kapały (bo odpowiednią ilość płynu należy pobrać)... cóż. Pewnie też nie byłabym zadowolona.
Marion nie wierzgała, nie wykręcała się, siedziała spokojnie. Ale krzyczała. Bez łez, ale wrzask był. A ja całkowicie ją rozumiałam. Mnie też nie podobałaby się taka sytuacja, a że córa młoda - osiem miesięcy wtedy miała - nie rozumiała jeszcze, że w takich miejscach powinna się silić na wyważone milczenie miejscami okraszane lekkim uśmiechem. Nieobyta, to wrzeszczała. A ja jej kibicowałam.
 - Tak. Ma silny charakter - powiedziałam w końcu. 

Kiedy jakiś czas później zawitaliśmy do placówki publicznej, ponownie usłyszałam, że mam "charakterną" córkę. Bo krzyczy, bo zaznacza głośno, jak coś jej się nie spodoba. Bo nie przyjmie wyrwania zabawki miną smutnego mopsa, ale się wydrze. Bo jak jej pokiwasz migającym telefonem przed oczami z bezczelnym rozmysłem jej go nie dając do rąk, nie powie "Ej, ale jesteś!", ale się wydrze. Bo jeszcze nie rozumie, że niektóre rzeczy nie są jej, że na inne jest za mała, że to, że tamto, że konwenanse, że umowy międzyludzkie... to wrzeszczy. 

I niech wrzeszczy, a co.
Kiedy nie bardzo jest to na miejscu albo ma sens (bo jest wyrazem niemowlęcego egoizmu, naturalnego - charakteryzującego dzieciaki do 4 albo 5 lat), tłumaczę Marion spokojnie, dlaczego nie może czegoś dostać, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Nie neguję jej złości, nie zabraniam jej jej odczuwać. Ale wyjaśniam, że telefon jest mój i go nie dam (nie macham nim też przed jej oczami, bo nie traktuję go jak zabawka dla dziecka - dobrze by było, żeby inni też o tym pamiętali). Że zabawki brata to jego zabawki i jeśli on jej pozwoli, to wtedy może sobie jakąś do ręki wziąć - ale to Mały John musi się zgodzić.
A w innych przypadkach... Niech wrzeszczy, niech będzie charakterna! Niech walczy o swoje i nie daje sobie zamknąć ust, bo "nie wypada", bo trzeba być "grzeczną", "ułożoną" dziewczynką. Bo dziewczynki się tak nie drą, bo cichutko siedzą w kąciku, uśmiechają się od czasu do czasu, pozwalają jako panienki pocałować w rączkę, a potem pod ołtarz zaciągnąć, dzieci rodzić, dom sprzątać i... uff. Zagalopowałam się nieco. Ale rozumiecie mniej więcej kierunek moich myśli?

Wychowano mnie (tak myślę) jako grzeczną dziewczynkę. Nauczono, że w towarzystwie dorosłych mówić można, ale nie wszystko, że dorosłym należy się szacunek, że trzeba się witać, dziękować, prosić... Wszystko pięknie, ale do czasu.
Do dzisiaj problemem jest dla mnie zwrócenie uwagi komuś na ulicy, gdy robi coś niezgodnego z normami (moralnymi, społecznymi) - kiedy jego pies robi kupę, a właściciel udaje, że to niewidzialny bobek podlegający natychmiastowej biodegradacji; kiedy koleś na przystanku z wielką naklejką zakazu palenia stoi pod wiatą - na środku - i jara, a reszta ludzi utworzyła wianek dookoła wiaty i marznie, bo nic nie powie, ale nie chce wdychać smrodu; kiedy matka straszy dziecko w tramwaju tym, że jak się nie zamknie, to ona wysiądzie i potem robi przy najbliższym przystanku scenę, że niby wysiada, a dziecko w ryk, przerażone; kiedy jestem w ósmym miesiącu ciąży, stoję w kolejce u lekarza, a przede mnie wbija się facet i na moje upomnienie wydziera się na mnie... Przykłady mogłabym mnożyć. Chamstwa nie brakuje. Irytuje mnie jednak, że nie potrafię zareagować - że najczęściej duszę w sobie wszelkiego rodzaju komentarze czy odzywki - a nawet jeśli, przeżywam potem tę scenę, trzęsę się w środku i długo dochodzę do siebie.

Jak wtedy, w tej kolejce. Kiedy tamten mężczyzna w ogóle mnie nie przeprosił, że wszedł przede mnie, ale jeszcze zaczął na mnie napadać. Że za daleko stałam, że to, że tamto... Pod nosem rzucał wściekłe komentarze pod moim adresem, a ja - w zasadzie wygrana, bo swoje miejsce w kolejce odzyskałam - czułam się dziwnie nieswojo, wcale nie zadowolona czy usatysfakcjonowana, ale zażenowana, że w ogóle musiałam się odzywać... Że ta wymiana zdań tak wyglądała...

Jak wtedy, kiedy postanowiłam zareagować, widząc ludzi dokarmiających zwierzęta w zoo goframi (przypomnij sobie TUTAJ). Postąpiłam tak, jak należało, jak chciałam, byłam dumna ze swojej odwagi. Ale co z tego, skoro nikt nie stanął w mojej obronie, gapie kibicowali "tamtym", a ja musiałam z dziećmi "uciekać" z tamtego miejsca? Żegnana śmiechem, bo jakaś "wariatka"?

Jak wtedy, kiedy wywiesiłam karteczkę na korytarzu informującą, by nie dzwonić do naszego mieszkania z każdą pierdołą (nasz numer jest pierwszy na liście, więc był machinalnie i z automatu wybierany jako pierwszy przez domokrążców, ekologów, Świadków Jehowy, jak również wszelkiego rodzaju fachowców - również tych nie wzywanych przez spółdzielnię, a przez... sąsiadów). Było to w nieco innych słowach, wspomniałam też o budzeniu dzwonieniem maleńkiego wtedy jeszcze Małego Johna... Powstała po przelaniu się czary goryczy, gdy po 1,5 godzinie usypiania MJ-a, ktoś zadzwonił do drzwi. Młody się budzi, ja wzdycham. Otwieram, a tam panowie hydraulicy. O kurka, przegapiłam przegląd, myślę, ale nic. Wzdycham w duchu (ech, życie), uśmiecham się, chcę ich wpuścić do mieszkania, a oni przechodząc obok mnie rzucają tylko: A nie! My nie do pani, my do mieszkania numer dalej! Ale wie pani, sąsiadka nie otwiera, to pomyśleliśmy, że zadzwonimy do pani... W sumie to nie wiemy, dlaczego... Ale... Oooo! No, sąsiadka właśnie otwarła. To nic, dziękujemy za wpuszczenie na klatkę! Miłego dnia! O, jakie ładne dziecko! Wtedy, w tamtej chwili mnie wmurowało. Nie muszę chyba dodawać, że John oczywiście nie dał się uspać ponownie. Przez jeden głupi dzwonek "po nic", dwie godziny mojej pracy poszły na marne. Trudno było jednak kogoś jawnie winić - kto mógł wiedzieć. Dlatego wywiesiłam kartkę. Reakcje na nią były dość różne, w przeważającej mierze takie, że chyba ostro było, że chyba ciężko ze mną, że łatwo się denerwuję, że twarda ze mnie sztuka. Wszystko z sympatycznymi uśmiechami, ale cholera wie, co kto naprawdę myślał.

Kiedy więc teraz siedzę i analizuję to nasze babskie "okazywanie niezadowolenia", bycie "charakterną"... szlag mnie trafia. Patrząc na te wszystkie sytuacje, wydaje się, że jako kobieta nie mam prawa oficjalnie i głośno powiedzieć, że coś mi się nie podoba. Nie zgodzić się na coś, zaprotestować. Bo od razu zdziwienie. Nie, nie musi to być atak czy brak akceptacji. Ale samo już zdziwienie: ojej, naprawdę? No coś ty! Chyba przesadzasz, nie sądzisz? Nawet dobroduszne, z całkiem pozytywnych pobudek...

Czy to nie jest tak, że wychowuje się dziewczynki, a potem kobiety, na stworzenia uległe, grzeczne, bierne, ze swoim zdaniem, ale broń Boże wyrażonym na głos? Taka powinna dygać na widok wujków i cioć, podawać rękę, nadstawiać policzek, pomagać w kuchni, nie przeklinać, nie tatuować się, ładnie ubierać, schludnie, nie łazić po drzewach ani bawić na trzepaku, nie ruszać resoraków, ale wybierać lalki i drewnianą kuchenkę... Sporo w tym moim wymienianiu generalizowania, ogólników, ale kiedy przyglądam się bardziej uważnie otoczeniu, zwłaszcza najbliższemu, zauważam te tendencje, a te niepokoją mnie coraz bardziej...
 - Zostaw te samochody, Marion! Dziewczyna i autami się będzie bawić? No coś ty! Dajcie jej jakieś maskotki! - usłyszałam całkiem niedawno reakcję pewnej bliskiej osoby z naszej rodziny na widok Młodej bawiącej się z bratem w jego pokoju.
 - Ale ty grzeczna jesteś, śliczna dziewczynka! Nie płaczesz, nie krzyczysz... (Abstrahując od tego, że nie można powiedzieć o dziecku, by było grzeczne czy niegrzeczne - zwłaszcza kiedy jest tak małe, a krzyk jest jego jedyną metodą komunikacji.)

Pamiętam pewnego wujka, który gdy przyjeżdżał do nas w odwiedziny, lubił brać na na kolana i trzymać tak w kurczowym uścisku. Nie było w tym nic złego i zdrożnego poza pewnego rodzaju unieruchomieniem, które powodowało irytację moją, mojej siostry i kuzynki, a wujka bawiło. Cóż, taka dziwna i nie-śmieszna zabawa z dzieciakami. Do czasu, kiedy kilka lat później ten sam wujek na powitanie oblizał moje ucho. Poczułam się molestowana, dosłownie. Poskarżyłam się innym dorosłym, którzy nieszczególnie serio potraktowali to zdarzenie. "Ach, wiesz jaki on jest.", "Droczył się." - przekonywali. A ja czułam, że przekroczono pewną granicę, że zostałam "zbrukana". Dotyk języka wujka na płatku ucha czułam jeszcze przez całe popołudnie i wieczór. Ohyda. I nie wypadało nic powiedzieć, bo to przecież rodzina, bo na pewno "nie chciał niczego złego"... Byłam bezsilna i zostawiona z tym sama sobie.

Dlatego teraz, kiedy przyglądam się swoim dzieciom, przypominam sobie własne dzieciństwo, a teksty dorosłych wybrzmiewają na nowo. Niektóre stare hasła słyszę z moich ust (przepraszam was, dzieci), inne mnie denerwują, bo przypominam sobie własną frustrację, gdy mnie nimi częstowano. 
Wiem jedno: nie chcę, by moje dzieci były grzeczne, uniżone, posłuszne tylko dlatego, że wynika to z obowiązków kultury/normy społecznej wobec dorosłych (nawet obcych). Jeśli nie chcą witać się z ciocią całusem - niech się nie witają, mają do tego prawo. Jeśli nie spodoba im się czyjeś zachowanie, mają prawo wyrazić swoją opinię i być potraktowane poważnie, z szacunkiem. Ich zdanie jest dla mnie ważne, bo one są dla mnie ważne. 

Przykład sprzed kilku miesięcy: urodziny prababci. Marion rozpłakała się dość mocno: a to sporo ludzi, a to pora popołudniowej drzemki, a to wychodzące ząbki... Wyszłam z nią do innego pokoju, chcę uspokoić, ale przyszedł pradziadek zaniepokojony krzykiem. I wypytuje, dlaczego to tak, skąd taki wrzask, co się stało, czy ona tak często, dlaczego, że może na ręce weźmie, a może babcia weźmie, że przecież to nienormalne, żeby dziecko tak płakało, że to, że tamto... Wiem, że chciał dobrze, że się martwił, ale cisza i spokój oraz wyłącznie moja obecność przyniosłyby o wiele więcej korzyści. Nic to, Marion uspokoiła się, kryzys zażegnany. Ale po pięciu minutach wołano do wspólnego zdjęcia, a że wnusia najmłodsza, miała wylądować na kolanach solenizantki. Nie zgodziłam się oddać córki w wyciągnięte ku mnie ramiona dziadka - Przecież dopiero co płakała i ją uspokoiłam, tłumaczyłam. 
 - Co, nie wytrzyma pięciu minut? - usłyszałam w odpowiedzi. Głos tego samego dziadka, który chwilę wcześniej tak martwił się tym "nienormalnym" płaczem dziecka i za wszelką cenę chciał ukoić ból maleństwa...

Taka podwójna może nie moralność, ale traktowanie... Dziecko ma być na zawołanie. Grzeczne, usłużne, uczynne, pomocne... Na zawołanie ma piosenkę zaśpiewać dla gości (nie znosiłam tego), pozdrowić sąsiada, pomóc w domu, posprzątać po sobie, wykonać szereg czynności, których od niego wymagamy. Jednocześnie dobrze, by znało swoje prawa i nie dało się manipulować obcym. By było samodzielne, świetnie sobie radziło w życiu dorosłym.

Kończąc ten wpis, prychnęłam.

piątek, 11 listopada 2016

5 postów, które napisałabym, gdyby nie to, że mnie ubiegli


O gumowych kaczuszkach i tym, co zwykle kryją w środku. Miałam podobne uwagi i wątpliwości, gdy sama zauważyłam czarne plamy na powierzchni zabawki kąpielowej Małego Johna. Moja mina była nieszczególna... Od tego czasu miałam w zwyczaju chować kaczkę, nim do kąpieli szykował się Młody. Potem trafiłam na post powyżej - znalazłam go przypadkiem, szukając alternatyw i opinii na temat koronowanych głów Lullalove. W ciągu miesiąca podjęłam decyzję i miejsce żółtej kaczki (wyrzuconej przeze mnie bestialsko na śmietnik) pojawiła się w naszym domu... czarna. MJ był zachwycony! ;D

Poniżej zdjęcia naszego brzydkiego kaczątka:


 



Marion zaczyna uczyć się chodzić - na razie ćwiczy stanie, wsparta o łóżeczko czy kanapę, ale widać, że ma chęci na więcej. Ponieważ jej stopy coraz sprawniej pracują, pojawiło się już pytanie ze strony rodziny: To co, kiedy buciki? Przecież to już czas! No właśnie nie. Po pierwsze, ona jeszcze nie chodzi. Po drugie, unieruchamianie stóp dziecka w bucikach może im zaszkodzić - m.in. wpłynąć na rozwój płaskostopia. Stopa musi nauczyć się sama pracować, ćwiczyć powierzchnie - tylko wtedy dziecko szybciej i sprawniej zacznie chodzić. Jedna mała uwaga: nie dotyczy to powierzchni bardzo prostych i twardych jak podłoga. Jeśli dziecko tylko taką powierzchnię będzie znało, płaskostopie również jest możliwe. Najlepsze są podłoża różne, nieregularne: najlepiej puścić dziecko boso w ogrodzie albo parku (oczywiście mając je na uwadze, bo wiadomo, jakie "kwiatki" można czasem znaleźć); ponieważ aura nie zachęca do tego typu rozwiązań, można dziecku zbudować "tor przeszkód" w mieszkaniu. 


3. Inny znaczy wyjątkowy – najnowszy film Monster High uczy akceptacji dla odmienności + KONKURS - swiatkarinki.pl

Od kiedy zobaczyłam te lalki - jakieś kilka lat temu, gdy usadowiły się na półkach sklepowych - zdziwiłam się co prawda na ich widok, ale tylko na chwilę. Niemal od razu przypomniałam sobie pełnometrażowy odcinek przygód Scooby Doo o szkole dla dzieci potworów - a Monster High w zasadzie na nim bazuje (zamierzenie czy nie, to nie jest istotne). Wszystko sprowadza się do poczucia odrzucenia, tematu nietolerancji i potrzeby "odczarowania" świata, a przynajmniej patrzenia.
Oto mamy dzieci znanych potworów - Draculi, wilkołaka, mumii, zombie i wielu, wielu innych - które cierpią przez czarny PR rodziców. Te postaci są postrzegane przez pryzmat tego, w jaki sposób w kulturze i ludzkiej świadomości funkcjonują wymienione potwory. Nikt nie zadaje sobie trudu ich poznania - są odrzucane na wstępie, bo... potwory. Tymczasem świat dawno przestał być tak jednoznaczny, jak pokazywany jest w bajkach czy różnego rodzaju narracjach. Potwory pociągają (że wspomnę chociażby Zmierzch, który w odczarowaniu wampirów odegrał ogromną rolę), wydają się ciekawe, bo nie są nijakie. Nie znaczy to, że dobro jako takie nie pociąga, jest mniej interesujące, ale kategoria ładne-brzydkie uległa przemianie. Dzisiaj estetyczne może być i to, co brzydkie - bo estetyczne to nie to samo, co piękne - mówi się raczej o tym, że estetyczne jest wszystko to, co wzbudza nasze emocje (a więc coś brzydkiego, ohydnego także!) - przeciwstawia się temu anestetykę - to, na co reagujemy... nijak. Co w ogóle nie wywołuje w nas żadnych emocji, przemyśleń, pozostawia po sobie pustkę. (Trochę wybiegłam w kierunku zajęć ze sztuki i estetyki, ale musiałam wyjaśnić tę kwestię.) To, co inne, poza schematami, intryguje - nieprzypadkowo Diane Arbus fotografowała "odmieńców" - "dziwadła" przyciągały ją do siebie, szukała w nich elementu, który inni im odbierali (często niemal automatycznie): człowieczeństwa...
Brak tutaj kategorii dobry-zły jako takiej: dzieci potworów są dobre, to takie same dzieci jak inne. Tylko rodzice nietypowi. A ci rodzice też często aż tacy źli nie są, bo przecież... mają dzieci! Które kochają i dla których chcą wszystkiego, co najlepsze. To przecież normalne, prawda? Ktoś może sprzeciwić się "wybielaniu" potworów, bo to może zaciemnić rozpoznanie dziecku, ale ja się pytam: co jest złego w pokazywaniu, że w każdym z nas znajduje się dobro? Że każdy ma jakąś dobrą cechę?
Ale wracając do Monster High, bo zaczynamy wikłać się w jakiś poważniejszy dyskurs.
Wielu atakuje je dlatego, że są brzydkie. Straszne. Że potwory właśnie. Moja mama stwierdziła wprost: to gloryfikowanie brzydoty, a my powinniśmy zachwycać się pięknem. Ale czy mało nam dzisiaj uwznioślania piękna? Mamy kolorowe magazyny, piękne aktorki w kinie i telewizji, PhotoShopa i tak dalej, i tym podobne. Kult piękna istnieje i ma się dobrze. A ci, którzy w jakiś sposób nie chcą w tym uczestniczyć albo z różnych względów nie mogą? No właśnie. Co z nastolatkami, które odbiegają od "normy" (celowo zastosowałam cudzysłów)? Co z tymi, którzy wyglądają inaczej? Bez ręki, bez nogi, z odstającymi uszami, krzywymi zębami, jakąś uwidocznioną chorobą, trądzikiem na twarzy i plecach...? Są na świecie ludzie brzydcy, są ludzie niezadbani, są ludzie chorzy - i oni wszyscy mogą być jednocześnie piękni, bo przecież o czyimś pięknie nie decyduje powierzchowność, fizjonomia - czy nie uczy się nas tego, że najważniejsze jest niewidzialne dla oczu? Monster High właśnie to pokazują i pozwalają wprowadzić w życie dzieciaków - nieprzypadkowo zresztą dziewczynek - myślenie, że każdy jest wyjątkowy, nawet jeśli inny. Każdy ma prawo do wyrażania siebie, do bycia sobą. Nikt nie powinien zmieniać się na siłę, by przypodobać się innym - nie tędy droga! Ja to kupuję! (BTW, o wiele większymi "potworkami" są dla mnie lalki Bratz, które wyglądają zwyczajnie szpetnie, jak panny lekkich obyczajów, a ich wyglądu nie wyjaśnia nic poza imprezami, dobrą zabawą, koncertami itp.)


4. TOP 21 najlepszych bajek! - szafeczka.com

Tu się wyłamię i zrobię własne zestawienie, bo świerzbi mnie bardzo! ;) Kilka z bajek z listy szafeczki znalazłoby się i na mojej - ot, zwyczajnie kapitalne filmy animowane!

Znów szafeczka. Trudno, mam kilka blogów, które obserwuję w miarę regularnie i które są dla mnie inspiracją albo wpisują się w "mój świat". Prawdopodobnie na tym jednym zestawieniu postów nie poprzestanę, bo blogów masa, tematów poruszanych też ;). 
Wracając konkretnie do punktu piątego - i ja się na tym łapałam - zamiast pozwolić wypowiedzieć się dziecku, widząc czasem jego być może nieśmiałość, nie czekałam na reakcję młodego, ale od razu działałam. A może nie powinnam właśnie? Może w ten sposób wcale go nie ośmielałam, a wręcz odwrotnie? Nie wiem, co czuł i co myślał, kiedy na pytanie skierowane do niego odpowiadałam ja. Nie powie mi tego, nie wiem, czy nawet świadomie byłby w stanie na tym etapie uzmysłowić sobie, czy coś jest nie tak i co. Może tylko poczuł się trochę inaczej...? Nie wiem. I chyba lepiej nie mieć tego rodzaju wątpliwości i zwyczajnie nie wpychać się przed szereg. A jak dziecko nie chce odpowiedzieć - nie musi!

wtorek, 8 listopada 2016

cytat miesiąca (listopad 2016)

Co nas tak totalnie załatwia? To, że prawie wszystkie byłyśmy wychowywane neurotycznie, co oznacza: "Nie wystarczy, że jestem." Zdrowe kochanie wyposaża nas w poczucie: "Wystarczy, że jestem." Mogę iść na krawcową, mogę być szewcem, pracować w zieleni miejskiej. Rozumiecie?  Chodzi o to, jakich nas chcą rodzice. Jeśli nas kochają, to cokolwiek robimy, dla nich jesteśmy w porządku. Jakiekolwiek stopnie przyniosę, jestem w porządku. Czegokolwiek się nauczę i w jakimkolwiek tempie, jestem w porządku. Kto miał tak w domu? Ja nie, a wy?

Katarzyna Miller (z Moniką Pawluczuk), Być kobietą i nie zwariować
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010, s. 34-35

sobota, 5 listopada 2016

zdrowe przekąski: mus owocowy (albo smoothie)

W cyklu zdrowe przekąski przeistaczam się w poszukiwacza skarbów i łowcę. Postawiłam sobie za cel udowodnienie, że można jeść smacznie i zdrowo - i nie przy okazji posiłków właściwych, co do których jest w gruncie rzeczy łatwiej, ale w odniesieniu do przekąsek - to przecież przy nich najczęściej zdajemy się na rzeczy kupne, które (też mi nowina) nierzadko mało mają wspólnego ze zdrowym odżywianiem się. Moje wytyczne? Smacznie i bez cukru (sic!), a także innych dodatkowych substancji, tzw. "polepszaczy smaku"! Da się? Jasne!

Dzisiejszy post poświęcam musom owocowym. Pożywne, zdrowe, kolorowe, smaczne. Nie trzeba mieć jakichś szczególnych umiejętności, żeby je wykonać: wystarczą owoce (albo jeden, albo kilka dla wzbogacenia smaku), ewentualnie dodatki (np. nasiona chia albo jakieś zboża). Nie trzeba ich dosładzać, bo cukier zawarty w owocach wystarczy - a jeśli lubimy słodkie, do musu dodajmy np. banana - przy okazji konsystencja będzie bardziej kremowa. Wystarczy blender albo inne urządzenie z mocą odpowiedniego rozdrobnienia składników. Po chwili zdrowa przekąska jest gotowa!
W sieci można znaleźć wiele przepisów na tzw. smoothie - koktajle czy musy owocowe do picia. Możliwych kombinacji jest wielość i w zasadzie każdy może dodać coś od siebie, zindywidualizować każdą recepturę!

Co jednak zrobić w przypadku, kiedy nie mamy ochoty bawić się w twórcze mieszanie smaków albo potrzebujemy czegoś "na ząb", będąc poza domem? Nawet jeśli zrobilibyśmy sobie mus owocowy - do czego go zapakować, by móc wrzucić do torebki na "wszelki wypadek" i "mały głód"?

Niedawno znalazłam na półce w sklepie saszetki z całkiem sympatyczną zawartością: to wyłącznie owoce plus zboża lub nasiona. NIC dodatkowego, niepotrzebnego, zero cukru, bo przecież fruktoza z owoców w zupełności wystarczy.




Kubuś baby - mus jabłko-dynia
Do Kubusia podchodzę z rezerwą i podejrzliwością, od kiedy analizowałam zawartość soków dedykowanych dzieciom. Soki Kubusiowe zawierają cukier - nigdy nie potraktowałabym ich jako zdrowego napoju dla maluchów, chociaż tak się je reklamuje. Co innego mus - prześwietliłam skład i nie ma tam nic poza owocami (poza naturalnym aromatem z jabłek i witaminą C, ale to chyba dobrze, prawda? ;)). Mały John był zachwycony, bo opakowanie jest większe niż Hipp Wesołe Owoce czy BoboVita Przyjaciele, czyli przyjemności więcej ;). Jest też o wiele tańsze - w zasadzie o połowę! Za tubkę musu Kubuś baby zapłaciłam 2,29 PLN.

Musy owocowo-zbożowe o różnych kolorach, z których każdy odpowiada danemu smakowi. Ja wybrałam blue - z przewagą banana w składzie. Ponieważ firma stawia na zero ściemy, skład ich produktów jest dosłownie bez zarzutu. Z czystą przyjemnością wrzucałam tubki do koszyka. Zwłaszcza że jedna kosztowała 2,95 PLN (normalnie ich cena może dojść nawet do 3,99, ale to i tak taniej niż wspomniane musy dla maluszków: Hipp czy BoboVita).





Dlaczego tak lubię (lubimy) musy w tubkach?
Można je zabrać wszędzie - ważą niewiele, a jeśli nie zechcemy zjeść wszystkiego od razu, można zakręcić tubkę i na powrót wrzucić ją do torebki czy wózka. Szybko, praktycznie, smacznie i zdrowo. Czasem różnie bywa z ceną, ale akurat te dwa dziś wspomniane mają cenę całkiem przyzwoitą. Idealne przekąski, gdy napotka nas na mieście "mały głód". Oczywiście można je też spożywać w domu, kto nam zabroni ;), ale to głównie bytność poza nim zmusza nas często do sięgania po przekąski, którym daleko do doskonałości. Musy w tubkach są rozwiązaniem idealnym!


Wiadomość z ostatniej chwili (publikacja ósmego listopada): można przygotowywać swoje musy w domu, a później przekładać je - wedle życzenia - do przenośnych tubek, na przykład chcąc zjeść przekąskę podczas spaceru. Umożliwia to np. zestaw Fill'n Squeeze, który można nabyć np. TUTAJ. Kosztuje co prawda 129 złotych, ale jeśli saszetki można byłoby myć w zmywarce... Całkiem niezła inwestycja, nie sądzicie?


Post NIE JEST sponsorowany, chociaż z przyjemnością przygarnęłabym kilkukilową paczkę wypełnioną w/w musami owocowymi. Wpis - jak i inne z cyklu - powstał z chęci dzielenia się tymi produktami, które faktycznie nie ściemniają jeśli chodzi o skład, a ten nie zawiera ŻADNYCH niepotrzebnych dodatków. Jak pisałam we wstępie, stałam się sama dla siebie (i mojej rodziny, i dla Was) poszukiwaczem żywności jak najmniej przetworzonej, ale smacznej i ogólnodostępnej ;) - by udowodnić, że można zjeść całkiem fajne przekąski, które nie będą miały nic wspólnego ze śmieciowym żarciem!