czwartek, 22 września 2016

Ta ustawa to działanie od cipy strony... | #czarnyprotest

...stąd się biorą same farmazony!

Powyższy dwuwers, dość wulgarny za sprawą niecenzuralnego słowa użytego w pierwszej linijce (tytule wpisu), to mój niewybredny (ale jak się czyta samą ustawę czy słucha tych, którzy bronią obecnego jej kształtu, trudno inaczej) komentarz do projektu ustawy antyaborcyjnej, która wpłynęła do rządu i która zostanie jutro odczytana w Sejmie.

Dlaczego "od cipy strony"? W pierwszej chwili chciałam rzucić "od dupy strony" - wskazując na sensowność tego wszystkiego - ale żeńska część ciała o wiele lepiej oddaje istotę sprawy.

Dużo już zostało w temacie powiedziane czy napisane. Z jednej strony miałam więc wrażenie, że mój wpis będzie powielaniem pewnych treści, z drugiej czuję przymus wyrzucenia z siebie swoich emocji i przemyśleń - już nie tylko w formie komentarza u kogoś pod postem, artykułem czy informacją na Facebooku.

Po pierwsze (co świetnie zauważyła Marta z Tosinkowo) to nie jest tak, że sprzeciwiając się ustawie antyaborcyjnej, z rozpędu jestem zwolenniczką aborcji. To wcale tak nie działa, to nie jest jednoznaczne. Jak w ogóle można zakładać, że jeśli aborcja nie będzie zakazana, to kobiety rzucą się na to rozwiązanie jak na przysłowiowe świeże bułeczki? Że aborcji przybędzie? Ich obecność nie jest wynikiem wygodnictwa kobiet, aborcja nie jest "lekiem na całe zło", szybkim i wygodnym rozwiązaniem. Takie patrzenie jest płytkie. Fakt, że aborcje się dokonują, wskazuje raczej na dramat kobiety - a to zmuszonej czy do seksu, czy do wyboru (kariera zawodowa czy kura domowa), czy do poparcia jakiejś ideologii - niekoniecznie tożsamej z jej odczuciami, ale na tyle wyrytej, że istotnej. Aborcja to wybór - bardzo często nie jest łatwy, podejrzewam, że to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu. Co skłania kobiety do tego, że się na nią decydują? - dlaczego to pytanie nigdzie nie pada? Dlaczego nikt się nad tym nie zastanawia? Najlepiej leczyć objawy, brać się za "patologiczne zjawisko" od drugiej strony - dup... cipy strony właśnie. Ale żeby realnie wpłynąć na zmniejszenie liczby aborcji, trzeba zadać sobie to podstawowe pytanie: dlaczego kobiety się na nią decydują? I proszę, w tym miejscu runie lawina kobiecych dramatów, sytuacji potencjalnie bez wyjścia, momentów poniżenia, poczucia obdarcia z wartości, godności. Gdzie był wtedy partner, rodzina, bliscy, przyjaciele? A dalej: opieka medyczna, rząd? W zasadzie nie ma w naszym kraju rozwiązań dla kobiet, które znajdą się w skrajnie trudnej sytuacji. Przyczyn tego jest wiele, według mnie jedną z ważniejszych brak edukacji i/lub zła edukacja. Seksualna znaczy się. Oraz ideologia, którą wciska się do głów młodym kobietom (i mężczyznom), trochę romantyczna, ale zupełnie niepraktyczna, nierealna. Że seks dopiero po ślubie, z jednym partnerem, do końca, na zawsze, miłość po grób, że happy end, że świergot skowronków, że w ogóle cud-miód. Młodzi ludzie czytają brednie o pierwszych miłościach trwających do śmierci, oglądają komedie romantyczne i budują sobie nierzeczywisty obraz świata, w tym związków. A rzeczywistość rzeczywistością - pojawiają się rozczarowania, pojawiają się potknięcia, nauka na własnych błędach, bo o błędach innych się nie słyszy - kto by się nimi chwalił? Rodzice nie rozmawiają ze swoimi dziećmi o seksualności, więc młodzi ludzie polegają na sobie: informacje czerpią od rówieśników albo z Internetu. A wiadomo, jakie tam kwiatki znaleźć można... Zawodzi nawet edukacja seksualna w szkole - kontrowersyjna (kiedy skończą się związane z tym kontrowersje? Takie zajęcia zwyczajnie są potrzebne na pewnym etapie rozwoju młodego człowieka - ich obecność nie powinna nikogo dziwić ani bulwersować - to przecież ludzka biologia, hormony, plus psychologia, ale głównie... chemia. Może przy okazji którejś z lekcji biol.-chem. jednym z tematów uczynić właśnie to zagadnienie?). Wracając, dlaczego edukacja seksualna w szkole zawodzi? Bo albo jest przeprowadzana "po łebkach" - dla "odrobienia" lekcji, albo przez osoby niekompetentne, niemające podejścia, albo zostaje sparaliżowana przez... młodzież sparaliżowaną wstydem (który objawia się zarówno jako milczenie, jak i jako śmiech czy niewybredne komentarze). Nigdy nie zapomnę kobiety, która pojawiła się pewnego dnia w naszym liceum, by przeprowadzić lekcję z edukacji seksualnej. Puściła nam książkę z pozycjami seksualnymi, byśmy sobie "pooglądali", po czym stwierdziła, że opisu pierwszego razu nie przeczyta, bo "jesteśmy na to za młodzi". WTF?!
Dopóki więc tak to będzie wyglądało - sorry, ale kobiece dramaty będą miały miejsce. Praca u podstaw, głupcze! Praca u podstaw!

Jakiś czas temu na Facebooku moja koleżanka udostępniła opis takiej sytuacji (jako dowód poparcia dla ustawy antyaborcyjnej):

Zmartwiona kobieta poszła do ginekologa i powiedziała:
- Doktorze, mam poważny problem i bardzo potrzebuje pańskiej pomocy. Mam dziecko, które ma niecały roczek, a ponownie zaszłam w ciążę. Nie chce mieć dziecka tak szybko.
Na to doktor się spytał:
- No dobrze, ale co ja mam zrobić?
- Chciała bym, żeby pan przerwał moją ciąże. Mam nadzieję, że mi pan pomoże.
Lekarz pomyślał przez chwilę i powiedział:
- Chyba mam lepsze rozwiązanie tego problemu, zresztą dużo bezpieczniejsze dla pani.
Kobieta uśmiechnęła się, myśląc że lekarz zgodzi się na jej prośbę.
- Widzi pani, skoro nie chce pani się zajmować dwojgiem dzieci jednocześnie - kontynuował lekarz - zabijmy to pierwsze które trzyma pani teraz w rękach. W ten sposób będzie pani mogła trochę odpocząć zanim pojawi się kolejne. Skoro mamy zabić jedno z nich to chyba obojętne które. Poza tym, nie będzie ryzyka jakie niesie za sobą aborcja.
Kobieta mocno zaniepokojona słowami doktora krzyknęła:
- Ależ to okropne co pan mówi! Przecież to zbrodnia zabić dziecko!
- Zgadzam się - odparł ginekolog - Ale przecież wydawało mi się że nie ma pani nic przeciwko, więc pomyślałem że to lepsze rozwiązanie.
Lekarz uśmiechnął się widząc, że kobieta chyba zrozumiała do czego zmierza.
Przekonał matkę, że to nie ma różnicy które dziecko chce zabić. Zbrodnia jest ta sama!

(źródło TUTAJ)

Przeczytałam to i zrobiło mi się niedobrze. Bo, po pierwsze, to była ze strony lekarza manipulacja. Kolejny mit - tym razem o tym, że dziecko kocha się już od samego początku. Mit, który wmawia się wszystkim kobietom, budując w nich obraz Matki Polki (która to nie ma własnego zdania, które żyje wyłącznie dla dziecka, która... nie istnieje). Że dziecko to największy cud, niesamowite szczęście i tak dalej. Żeby była jasność - nie neguję w żadnym miejscu tego, że dziecko faktycznie jest pewnego rodzaju cudem, że to niesamowite, jak rozwija się w nas życie, jak wybucha, jak potem rośnie nam człowiek. Ale obdzieranie macierzyństwa (czy rodzicielstwa w ogóle, ale dotkliwie dotyka to kobiet) z realności, goryczy, chwil zwątpienia i momentów, gdy po prostu ma się dość (tak, tak, tego cudownego i wspaniałego dziecka również, a może przede wszystkim), jest aktem przemocy, kłamstwem! Z jednej strony rozumiem tę ideologię lukru - łatwiej dzięki niej przetrwać, nie skupiając się na negatywach. Łatwiej opowiadać wtedy koleżankom, jak to jest fajnie. (Bo i samemu się wtedy czuje lepiej - taka psychologiczna zagrywka.) Z drugiej jednak, to wielce niebezpieczne - jeśli nie dam gdzieś ujścia złym emocjom, te mnie zniszczą, będą wyżerały od środka jak jad, będę w efekcie matką-frustratką, zupełnie niemieszczącą się w "kanonie" matczynych postaw (zabawne, prawda?). Niektóre matki kochają swoje dzieci od samego początku - bo zawsze chciały być mamami, na przykład. Inne mogą do tego dorastać - jak ja. Zakładanie, że kocha się tak samo nieokreśloną fasolkę w brzuchu i dziecko, które już jest ze mną na świecie, nazwane, "odchowane" jest brutalnością, barbarzyństwem, przemocą psychiczną zadaną kobiecie. Skuteczną, to fakt. Bo taka broń ma największą siłę rażenia. Takie skrajne obrazki/sytuacje mają moc - niedawno znalazłam naklejki, które jako zapalona nastoletnia wegetarianka rozlepiałam na mieście; na jednej z nich widniały słowa Theodora Adorno: "Oświęcim zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: To tylko zwierzęta." - mocne, prawda? (Po cytacie powinno paść pełne wyrzutu pytanie: "Jesz mięso?" - łapiecie teraz tę logikę?)
Po drugie, wspomniany przeze mnie brak edukacji. Gdyby ta kobieta miała odpowiednią wiedzę czy środki, wiedziałaby, jak się zabezpieczyć. Nie byłoby "wpadki", nie byłoby tej wizyty. Ale nie, wiedzy nie ma, dostęp do antykoncepcji też bywa utrudniony (a nawet jeśli nie, młodzież polega na swojej wiedzy, nie sięga po np. tabletki, bo wystarczy "gumka" itp.). Ideologia również robi swoje: zabezpieczanie się jest złe, wizyty u ginekologa przed zawarciem małżeństwa? Ale po co? Konserwatywne podejście - mimo swoich wielce górnolotnych dążeń - nie przynosi niczego dobrego. Metoda kalendarzykowa, ktoś rzuci. Znam ją, wiem, jak działa i powiem jedno: nie jest pewna. Samo codzienne mierzenie temperatury: wystarczy jednodniowe przeziębienie ze stanem podgorączkowym i już w danym miesiącu wyniki temperatur są nieważne, bezpiecznego seksu uprawiać nie można. Ot, prokreacja - temu to ma głównie służyć. Oczywiście metoda ta sprawi, że kobieta lepiej pozna swoje ciało, ale nie dla każdej ona jest - cykle powinny być regularne, każda anomalia w zasadzie to utrudnia.

Moje dwie znajome znalazły się w podobnej sytuacji - również zaszły w ciążę, mając półroczne dziecko w domu. Nie, do lekarza z prośbą o aborcję nie poszły, ale miały na początku trudność z zaakceptowaniem sytuacji. Powodem "zaciążenia" były opowieści o tym, że karmiąc piersią, w ciążę zajść nie można. Co prawdą, oczywiście, nie jest. (Działa to, podobno, jeśli karmi się co 3 godziny, ale - litości! - przy dziecku, żywym organizmie z własnym cyklem bycia/życia, nie da się wszystkiego idealnie wymierzyć, więc karmienie piersią nie może być w żadnej mierze metodą antykoncepcji!) Edukacja, powtórzę po raz kolejny.

Ta ustawa to takie "pińćset plus". Gotowe rozwiązanie problemu, bez konieczności namysłu nad nim. Aborcje są? Zakazać, to nie będzie! Rodziny nie mają na dzieci, bywa źle? Dać kasę! Nikt nie myśli o tym, żeby np. przedszkola były całkowicie bezpłatne (a nie tylko 5 godzin), żeby podręcznik był na lata, żeby w miejscach publicznych powstawały pokoje dla matki z dzieckiem (co by w spokoju nakarmić cycem mogła czy obrzydliwą pieluchę wymieniła), żeby żłobki pootwierać... Żeby kobiety edukować, dać dostęp do mądrej i bezpiecznej antykoncepcji... Ale nie, to wymaga większego namysłu, szeregu rozwiązań. Łatwiej wymyślić coś prostego i - kontrowersyjnego. Będzie spokój.

Całkowity zakaz aborcji w niczym nie pomoże. Jak wskazywała Agnieszka Graff w "Świecie bez kobiet", ci sami lekarze zasłaniają się klauzulą sumienia i - gdy ustawowo można - zabiegu nie wykonają, ale gdy pojawi się odpowiednia kwota i zgoda na wejście do podziemia... ochoczo wyskubią, co trzeba. Nie wiem, nigdy nie szukałam, podejrzewam też, że proceder ten nie dotyczy wszystkich lekarzy, a jedynie jakiejś części, ale sam fakt, że to ma miejsce jasno o czymś świadczy. Kto ma kasę - będzie mógł sobie pozwolić na aborcję. Kto jej nie ma - albo na dramat porodu i wszystkiego, co z tym związane (chodzi mi o te ustawowo dopuszczone sytuacje: gdy życie matki jest zagrożone, gdy ciąża jest z gwałtu lub gdy dziecko jest nieuleczalnie lub ciężko chore), albo na szukanie innego rozwiązania na własną rękę (Internecie i zagraniczne tabletki poronne - witajcie!). To nie jest rozwiązaniem niczego! Jak wspominałam - rozwiązań trzeba szukać gdzie indziej! To tylko podawanie kobiecie chusteczki (z ironicznym hasłem "na zdrowie"), gdy ma katar sienny, alergiczny - czyt. rozwiązanie do dupy, no! Aż płakać się chce, smarkając!

Jest jeszcze coś - coś, co wstrząsnęło mną bodaj najbardziej. Karanie za nieumyślne spowodowanie śmierci płodu. Karanie więzieniem.
Po pierwsze i najważniejsze: jak można karać za coś, co zostało popełnione nieumyślnie? Już pal licho czyn zamierzony, ale... przypadek? I co, w sytuacji, gdy kobieta poroni, odmówi się jej wsparcia, a zamiast niego zaprosi na przesłuchanie, żeby orzec, czy przypadkiem nie jest winna śmierci? Traktowanie jak podejrzanego? A potem może jeszcze więzienie? To się może skończyć groteskowo, jak tutaj:



Wiecie co? Wcale nie jest mi do śmiechu. Takie rzeczy działy się w naszym kraju, że powyższy scenariusz wcale nie jest nieprawdopodobny... A ustawa otwiera drzwi do takich przeinaczeń, chorego rozumienia prawa. Prawa, które nie szanuje kobiety, które jest bestialskie... I, co śmieszne (a może właśnie wcale nie jest śmieszne), ci wszyscy chroniący życie, chronią tak naprawdę jakąś ideę, bo życia jako takiego na pewno nie. Nie interesuje ich życie kobiety, nie interesuje ich płód po porodzie. Gdyby było inaczej, kobiety już teraz otrzymywałyby wsparcie. Gdyby było inaczej, dzieci z problemami, chore albo porzucone też miałyby to wsparcie. Społeczeństwo by o nich dbało, rząd by o nich dbał, byłaby jakaś taka... może nie czułość, ale na pewno wyczulenie na pewnego rodzaju sytuacje. Człowiek podawałby drugiemu człowiekowi pomocną dłoń. Ale nie - w miejsce tego oskarża się, wytyka palcami, ocenia. Brakuje tu próby zrozumienia, "zygotarianie" zasłaniają się wielką ideą ochrony życia, ale ich słowa są na dobrą sprawę puste.

Boję się.
Zwyczajnie się boję.
O siebie, o swoją córkę.
Gdy ją rodziłam w styczniu tego roku, usłyszałam (jeszcze na sali operacyjnej), że miałyśmy dużo szczęścia, że to właściwie ostatni moment... Moja macica prawie się nie rozeszła, w zasadzie cudem donosiłam ciążę. Zakazano mi też od razu zachodzenia w kolejną. Za duże ryzyko, następnym razem może się nie udać...
I teraz co: zabezpieczam się, świadomie i odpowiedzialnie podchodzę do swojego ciała, do dwóch żyć, które powołałam na świat. Ale los płata figle. Bywa, że nawet tabletka antykoncepcyjna zawiedzie. Co wtedy?
Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której moje życie będzie zagrożone, a ja nie będę mogła niczego zrobić. Co będzie z moimi dziećmi - tymi już istniejącymi? Będę miała je porzucić na kilka miesięcy ewentualnego pobytu w szpitalu albo - najgorzej - na zawsze? Bo ktoś zadecydował za mnie i postanowił, że ideologia jest ważniejsza?

Nie chcę takiej ideologii. Nie utożsamiam się z nią.


#CzarnyProtest


Dodatek-komentarz do filmiku Weroniki Zaguły "4 kłamstwa o ustawie Stop Aborcji" (można obejrzeć TUTAJ), opublikowany przeze mnie 27 września 2016 roku:

W Facebookowej dyskusji na moim profilu prywatnym, powyższy filmik pojawił się jako swego rodzaju argument, próba wyjaśnienia mi w inny sposób tego, czego niby nie pojmowałam.
Obejrzałam go więc i poczułam się w obowiązku jakoś do niego odnieść. Ponieważ część moich rozważań na ten temat znalazła się w powyższym poście, uznałam, że mój komentarz powinien znaleźć się właśnie tutaj, bo w tej całej dyskusji o aborcji w Polsce wiele jest przekłamań i niedo- albo nad-interpretacji.

Po pierwsze, dość sarkastyczny ten filmik. Ale nie dziwi mnie to. Gdy byłam wojującą wegetarianką (czyli walczyłam o swoje poglądy, a każdy, kto chciał mnie z powrotem przekabacić na stronę "mięsa", musiał liczyć się z długą dyskusją obfitującą w podobne co zabiegi oratorskie), często emocje brały górę, a wtedy ironia okazywała się dość dobrym sprzymierzeńcem. Hiperbolizacja również - pomagały w rozmowach z kimś, kto nie przywykł do przyjmowania rozsądnych argumentów. Dość wygodne, choć może budzić emocje.

No właśnie: emocje...
To chyba one odpowiedzialne są za wszelkie przekłamania dotyczące całej tej ustawy. I tak przekłamań (nie kłamstw! ale przekłamań właśnie - kłamstwo zakłada pewnego rodzaju premedytację, a tutaj - jak podejrzewam - najczęściej ktoś powiela czyjąś "prawdę", jakiś ogólny wniosek, co - oczywiście - musi dalej prowadzić do rozmydlenia niuansów czy szczegółów i niejednego wprowadzić w maliny. Tak też było ze mną, ale o tym za chwilę) - po jednej, i po drugiej stronie. Bo nikt nie ma monopolu na Prawdę. Nawet Weronika Zaguła.

Przechodząc do sedna, czyli komentując każde z poszczególnych kłamstw przytoczonych w materiale:
 
1. Faktycznie, ten zapis istotnie tam jest. I choć ustawę czytałam, i choć to zdanie widziałam, w kontekście całości wcale nie miało ono dla mnie tego wydźwięku, który mieć powinno. Dlatego też gdy obejrzałam filmik i usłyszałam cytat z ustawy, zastopowałam go i szybko prześledziłam kolejne artykuły. Faktycznie, jest! - rzuciłam. Wtedy też poczułam się nieco głupio, bo pozwoliłam, by emocje w jakiś sposób zniekształciły obraz sytuacji. Z drugiej strony zastanowiłam się: Hej! Jak to jest, że czytając tę ustawę, nie odczytałam tego zapisu tak, jak powinnam? Przecież zwykle jestem dociekliwa w takich kwestiach, lubię analizować! Sprawa nie dawała mi spokoju, bo poczułam się wpuszczona przez samą siebie w maliny, w dodatku do tańca w tym krzaku pełnym kolców zaprosiłam innych. Myślałam i wymyśliłam: język ustawy. Po pierwsze konstrukcja - jak to język prawnych zapisków - miejscami utrudnia szybkie i bezproblemowe zrozumienie istoty rzeczy. Cytowany zapis znalazł się pod innymi traktującymi o kwestiach karnych, więc człowiek chcąc-nie-chcąc wkręcał się w temat. Po drugie terminologia. Poprzez zastosowanie kilku "nieszczęśliwych" sformułowań, rozmyło się właściwe odczytanie zapisku o tym, że kobieta, która poroniła, nie jest temu winna. Dlaczego? Po pierwsze, poronienie - czyn w zasadzie samoistny (jeśli nie jest niczym wywołany) - zostało nazwane "śmiercią dziecka poczętego", a w dalszej partii tekstu "czynem" - czyli zakłada pewnego rodzaju działanie intencjonalne. I tutaj nastąpiło wspomniane nieszczęśliwe zestawienie określeń: "§ 2. Jeżeli  sprawca  czynu  określonego  w  §  1  działa  nieumyślnie,  podlega  karze  pozbawienia wolności do lat 3." i dalej: "§ 6. Nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2." Jeśli poronienie jest samoistne, tzn. nie było tutaj działania intencjonalnego, jak można nazwać je "czynem"? Jeśli ktoś "działał" nieumyślnie, czego efektem było poronienie, jak może być sprawcą czynu albo dopuścić się czynu? Oczywiście, paść tutaj mogą argumenty o matkach palących, nadużywających alkoholu, przesadzających z aktywnością w ciąży itp., ale to nie zmienia faktu, że zastosowana terminologia już na wstępie skomplikowała klarowność niby jasnego wywodu. Poza tym... kto uzna, że konkretne poronienie było "czynem niezamierzonym"? Czy nie otwiera to pola do ewentualnych nadużyć, np. właśnie przesłuchania kobiety, by ustalić, co się tak naprawdę stało? W końcu chodzi o śmierć człowieka - tutaj najbliżsi zazwyczaj są podejrzanymi, brak winy trzeba dopiero udowodnić! Kto da nam tutaj - teraz - stuprocentową pewność, że sprawa nie będzie rozwlekana?

2. "Życie matki nie będzie ratowane" to kłamstwo numer dwa. Ok, dobrze. Przy tak postawionej sprawie - kłamstwo. Ale z drugiej strony - przy groźbie więzienia dla lekarza - który z nich podejmie się zabiegu ratującego czy to matkę, czy dziecko wcześniej niż bezpośrednie zagrożenie życia, czyli sytuacja już naprawdę poważna, ostateczna w zasadzie? No właśnie. Niby nikt nikomu drogi nie zamyka, niby wszystko jest "pięknie i ładnie", ale zapisy o umyślnym i nieumyślnym spowodowaniu porodzenia/śmierci dziecka poczętego ZAWSZE (poza odniesieniem do samej matki, o czym było w punkcie pierwszym) kierują w stronę procesu i wymierzenia kary - różnej, zależnie od winy. ZAWSZE. Kto z lekarzy zaryzykuje? Oczywiście - życie matki będzie ratowane. Ale mój (i wielu moich koleżanek) strach wiąże się z tym, że to ratowanie odbędzie się za późno. Że można by wcześniej, ale z kolei ktoś inny będzie się bał. I może skończy się szczęśliwie, nie mówię, że nie. A może nie. I co wtedy?

3. Badania prenatalne, o których w ustawie nie ma mowy, bo ustawa o nich nie traktuje. Prawda. Nie ma w niej ANI SŁOWA o badaniach prenatalnych. Ale - i tu wracamy do punktu drugiego moich komentarzy - pojawia się wątpliwość. Skoro zabiegi prenatalne - bo o nich mowa (nie o badaniach samych w sobie, typowym USG dajmy na to, ale badaniach inwazyjnych, służących pobraniu tkanek, wody płodowej, by móc następnie wyleczyć ewentualną chorobę czy wadę dziecka poczętego) - wiążą się (Jak każdy zabieg czy operacja!) z ryzykiem, kto z lekarzy podejmie się ich przeprowadzenia, gdy grozić mu będzie proces i ograniczenie wolności? No właśnie. Albo będziemy mieć prawdziwie odważnych lekarzy, albo... brak badań prenatalnych - przynajmniej w takim wymiarze, w jakim dostępne są one teraz.

4. Dobrze, nie każda pójdzie - więc mowa o tym, że każda, to kłamstwo. Zgodzę się. Ale nie przeczy to temu, że proces będzie. Że przesłuchania będą. Że kobieta, która wcześniej przeżyje jakiś dramat (np. gwałt), która potem przeżyje kolejny (aborcja albo w gabinecie lekarza z podziemia, albo wykonana nielegalnie metodami niemającymi wiele wspólnego z medycyną), będzie przeżywała kolejny: w sądzie. Jasne, można mówić o tym, że te z kobiet, które aborcję traktują lekko będą surowiej traktowane niż te, które miały rzeczywiste powody, by jej dokonać. Ale to będzie dla tej drugiej grupy dramat, niekoniecznie zresztą niezakończony więzieniem, bo o tym zdecyduje sędzia. Jeśli już teraz Weronika Zaguła zwraca uwagę na fakt, że powinno być inne traktowanie kobiet popełniających ten czyn w zależności od motywów, czy nie lepiej zostawić zapisów ustawy aborcyjnej w jej - przynajmniej w 1/3 - w niezmienionej formie? Żeby np. kobieta, która została zgwałcona i przez to zaszła w ciążę, mogła bez konsekwencji karnych usunąć ciążę. Nie byłoby problemu! Byłaby jasność!

Nie rozumiem w ogóle podejścia, które próbuje się nam wmówić: że obecna ustawa (dopuszczająca aborcję w trzech przypadkach: gdy ciąża zagraża życiu matki, gdy jest wynikiem gwałtu i gdy dziecko jest ciężko albo nieuleczalnie chore) jest dla kobiet brakiem wyboru, przymusem do czegoś. Że nowa ustawa ma dać wolność. Przecież do odwrócenie sytuacji! Obecnie nikt żadnej kobiety do aborcji nie zmusza! Jeśli nawet zostałam zgwałcona, mam prawo urodzić to dziecko, jeśli tak mówi mi serce czy wyznanie! Dlaczego więc posuwać się dalej? Komu przeszkadza obecny stan rzeczy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz