piątek, 2 września 2016

cytat miesiąca (wrzesień 2016)

(...) teraz dzielimy społeczeństwo na przegranych i zwycięzców. I oczywiście chcemy, żeby nasze dziecko było zwycięzcą. Dzisiaj „zwyciężenie” to osiągnięcia, a to oznacza bycie dobrym we wszystkim, zarabianie pieniędzy, robienie różnych rzeczy. To rodzice muszą pomyśleć o tym, czego chcą. Bo kiedy rozmawiam z takimi zwycięzcami, kiedy mają czterdzieści, czterdzieści pięć lat, wielu z nich czuje się wprost przeciwnie. Mają wrażenie, że coś ich w życiu ominęło.

Jesper Jull w rozmowie z Alicją Sajewicz z Radia Plus (źródło)



Rozpoczął się nowy rok szkolny.
Kiedy myślałam o cytacie na wrzesień, wiedziałam, że musi dotykać właśnie tej tematyki - bo wielu z nas (ja też, momentami - bo chociaż moje dzieci są jeszcze za małe na szkołę, już próbuję planować ich przyszłość - tak "na wszelki wypadek") zbyt łatwo wpada w pułapkę zajęć dodatkowych, bycia najlepszym, zwycięzcą właśnie...

Kilka razy w swoim życiu słyszałam: Dlaczego nie piątka?, gdy przynosiłam do domu czwórkę. Gdy upragniona piątka była, czasem padało pytanie o to, czy była możliwość zdobycia szóstki i dlaczego nie próbowałam albo co poszło nie tak. Na szczęście miałam na tyle oleju w głowie, że nie przejmowałam się zanadto wygórowanymi ambicjami rodziców (zresztą oni nie naciskali za każdym razem, non stop, co nie przeszkodziło temu, bym te wyjątki zapamiętała) - robiłam swoje, a że nauka niektórych przedmiotów sprawiała mi prawdziwą przyjemność, "jakoś" to szło. Dalej zdarzało się, że wszelkie "trójki" na świadectwie były niejako dowodem albo mojego lenistwa, albo za krótkiego czasu na poprawienie ocen - przynajmniej w ocenie innych - ale ja wiedziałam, że niektóre wywalczyłam (bo tak, mogła być "dwója"). Wiecie co? Dzisiaj - jako doktorantka, więc chyba nie tak całkiem najgorzej z tym moim pociągiem do nauki jako takiej - mogę z całą pewnością stwierdzić jedno: wyścig szczurów, wieczne porównywanie dziecka czy żądanie od niego samych najlepszych ocen jest GŁUPIE. Niesprawiedliwe, nie w porządku, poniżej pasa, do bani. (Inne określenia w tym duchu możecie przytoczyć we własnym zakresie.)

Co mi to dało? Nic.
Czy byłam dzięki temu lepszą uczennicą? Nie.
Czy czułam się lepiej jako dziecko, człowiek? Nie.

Uczyłam się dla siebie i swojej przyjemności. Jasne - oczekiwania innych sprawiły, że uzyskiwanie dobrych rezultatów dawało mi satysfakcję, ale to było krótkotrwałe uczucie. O wiele bardziej cieszyło mnie, kiedy sama wypracowałam sobie jakiś system, kiedy mnie samej zależało i zdobywałam to, co zaplanowałam. W gimnazjum byłam najlepsza w klasie z chemii i druga w kolejce z biologii - ja! Humanistka! Dlaczego? Raz, że miałam dobre nauczycielki, ale dwa: chciałam. Sama. Interesowało mnie to, więc czułam pociąg do wiedzy, a jej przyswajanie to była frajda. W międzyczasie gorzej było z fizyką czy matematyką, ale to wydawało mi się logiczne: coś za coś. Przecież trudno być zawsze najlepszym ze wszystkiego?

Tu jest chyba pies pogrzebany. Nie można być najlepszym we wszystkim. Co najwyżej dobrym, na jakimś tam przyzwoitym poziomie. Ale żeby zdobyć specjalizację, prawdziwy poziom wtajemniczenia, należy poświęcić czas, czasem dużo czasu. A tego nam zwykle brakuje. Zwyczajnie nie ma czasu na to, by w nieskończoność poszerzać wiedzę ze wszystkiego, wciąż się doskonalić w każdej dziedzinie. Dlatego też tak płynny jest dzisiejszy rynek pracy, tak trudno się utrzymać, tak niepewna jest nasza przyszłość - bo w miejsce jednego, porządnie wyuczonego zawodu, żąda się od nas nieustannego samodoskonalenia, bycia świetnym na wielu różnych poziomach. Wciąż coś, wciąż gdzieś... Bez ustanku, wytchnienia... Małe korpoludki biegają jak chomiki w kółko, byleby tylko szybciej i szybciej... Widzisz tu sens? Ja nie...

Więcej: chcesz tego dla swojego dziecka? (Wiem, wiem, jadę teraz na maksa, przyciskam do muru, psychologicznie celuję nieco poniżej pasa.) Poczucia, że zawsze będzie gdzieś z tyłu, bo przyniósł jakąś tam czwórkę, bo zdobył czwarte miejsce w wyścigu, bo ...................... (uzupełnij własnym przykładem)? Pozwól mu być najlepszym w tym, co kocha. Niech za przykład posłuży brat mojej znajomej: średni (by nie powiedzieć gorzej) uczeń ze wszystkich przedmiotów poza historią. Jak "skończył"? Jako prawnik - bo to fascynowało go od zawsze, bo wiedział, że będzie zdawał na prawo, a do tego potrzebna mu historia, nic więcej. Dzięki temu podejściu spełnił swoje marzenia!

Nie mam zamiaru bronić w tym miejscu lenistwa czy niechęci do szkoły jako takiej. Nauka jest świetna! Nim jednak zamarudzimy jako rodzice, sprawdźmy, jacy nauczyciele jak nauczają moje dziecko (jak kochałam chemię w gimnazjum, tak całkowicie straciłam do niej miętę w liceum - zmiana podejścia nauczycielki i bach! koniec całkiem dobrze zapowiadającego się związku); czasem złe wyniki są rezultatem złego podejścia, nieumiejętności pedagogicznych. Upewnijmy się, co nasza pociecha lubi, jakie ma mocne strony - i te w niej wzmacniajmy. Niech przede wszystkim robi to, co kocha - w ten sposób prawdopodobnie uda jej się osiągnąć sukces w wymarzonym zawodzie/zajęciu (które nie będzie pracą - bo jeśli ta jest naszym hobby, nie przepracujemy ani jednego dnia w życiu ;)).

Nie zmuszajmy też do zajęć pozalekcyjnych, które odbierają dziecku dzieciństwo. Nie znaczy to, że nie mamy dziecka na żadne posyłać. Ale z mnogości ofert wybierzmy te, które nie będą dla niego obowiązkiem, ale przyjemnością. Szanujmy wybór młodego człowieka - szanujmy go w ogóle.