środa, 7 września 2016

cała prawda o: wielorazowe wkładki laktacyjne Close (plus o jednorazowych wkładkach laktacyjnych słów kilka)

Wkładki laktacyjne - maminy must have. Kiedy urodził się Mały John, testowałam kilka firm oferujących jednorazowe wkładki - z różnym wynikiem. Żałuję, że nie wynotowywałam wówczas swoich spostrzeżeń, uparcie - marka za marką - szukając takich, które spełniłyby moje oczekiwania. Pamiętam, że używałam Lovi i jeszcze przynajmniej dwóch innych, ale dopiero te od Johnson & Johnson okazały się strzałem w dziesiątkę i to z nimi porównywać będę wielorazowe wkładki laktacyjne Close. Ale od początku...

Moje wymagania były dość proste: wkładka miała być chłonna i nie mogła się przemieszczać. Stosunkowo proste, prawda? Okazało się, że trudne do spełnienia... Niemal od razu mogłam wykreślić wszystkie bawełniane wkładki jednorazowe - jasne, miały naturalną powłoczkę i super, ale to sprawiało, że przy mojej laktacji musiałam zmieniać wkładki kilka razy dziennie. Z ekonomicznego punktu widzenia: kiepski interes. Pozostało szukanie chłonnych. I tutaj też zaliczyłam kilka razy zawód - jeśli już moje mleko wsiąkało tak, jak powinno, wkładka przemieszczała się, bo klej był za słaby. Innym razem (innej firmy) był za mocny i zostawał na staniku już po oderwaniu wkładki (sic!). Co więcej: nie dało się go doprać ani nawet zdrapać czy oderwać siłą! W ten sposób zniszczyłam sobie dwa cyckonosze... Słabo, nie?

Zmęczona, zniechęcona, przeglądałam fora internetowe w poszukiwaniu odpowiedzi: Ideale, gdzie jesteś!? Kilka osób zachwalało właśnie J&J, do którego wcześniej podchodziłam z nieufnością, zaniepokojona doniesieniami o odczynach alergicznych u dzieci (chodziło o inne produkty marki, kierowane do najmłodszych tym razem). Skoro już zaliczałam i zmoczone ubrania (kilka razy mogłam rywalizować o miano Miss Mlecznego Podkoszulka), i zniszczone biustonosze, stwierdziłam, że nie ma tego złego, co by... Kupiłam różowe pudełko od braci Johnson, a w domu krzyknęłam: Eureka!
Nic nie kapało, nic się nie przesuwało, nic nie brudziło mi ubrań klejem. Świetnie wyprofilowane (z wgłębieniem na sutek), niewielkie, idealnie mieściły się w staniku, a jedna para wystarczała na cały dzień lub nawet dwa-trzy, w zależności od zwariowania mojej laktacji. Dlatego bez zająknięcia, zawahania, najmniejszego nawet nerwowego tiku powieki, przygotowując się do narodzin Marion, zaopatrzyłam się we wkładki laktacyjne Johnson's Baby.

Jak więc doszło do tego, że obecnie noszę wielorazowe?

Idea produktów wielorazowych jest mi dość bliska: zawsze mam w torebce bawełnianą torbę na zakupy (a kupowane na straganie warzywa czy owoce uparcie wypakowuję z podsuwanych mi machinalnie jednorazówek i do niej pakuję), a gdy Johnek był jeszcze w brzuchu, rozważaliśmy z mężem zakup pieluszek wielorazowych. Niestety, nasza świeżość w temacie (i rodzicielstwie, i dotyczącym tego rodzaju pieluszek) sprawiła, że nie byliśmy pewni własnych kalkulacji i w efekcie poszliśmy na łatwiznę, kupując pampersiaki.
O wielorazowych wkładkach laktacyjnych dowiedziałam się przypadkiem całkiem niedawno. Szwagierka kupiła sobie chusto-nosidełko Caboo od marki Close, a ja - łasa na takie cacko - zaczęłam przeszukiwać sieć w poszukiwaniu jakiś promocji, orientować się w cenach. Tak trafiłam do jednego ze sklepów internetowych oferującego produkty marki Close. A tam pieluszki wielorazowe, majtki treningowe (O co chodzi? - zastanawiałam się - otóż to majtasy z wkładką, które pomagają dziecku w odpieluszkowaniu ;)) i... wielorazowe wkładki laktacyjne. WTF? - rzucam w myślach i szybko klikam w szczegóły. Potem czytam opinie na forach internetowych. I przepadam. Jeszcze tylko dobieram jakieś inne produkty, by jakoś tak łatwiej przełknąć koszty przesyłki i... zamawiam.

Tak oto trafiły do mnie wielorazowe wkładki laktacyjne marki Close.








Widzicie tę gładką, połyskującą otoczkę? Jest śliska i, jak mniemam, to ona odpowiada za pewnego rodzaju przyczepność wkładki wewnątrz stanika, tj. fakt, że wkładka nie przesuwa się tak bardzo.





Jak wygląda pielęgnacja? Wymiana wkładek? (W końcu wielorazowych nie wyrzucimy do kosza, kiedy przemokną. Trzeba o nie zadbać...) Pranie robię średnio co 4-5 dni, a zestaw 6 wkładek (3 komplety) doskonale wystarcza. Użytkuję je już ponad miesiąc i zauważyłam, że zwykle kiedy zakładam ostatnią świeżą parę, nastawiam jakieś pranie, więc zabrudzone wkładki od razu wrzucam do dołączonego do nich woreczka i do pralki! Suszą się szybko, więc naprawdę nie ma z nimi żadnego problemu. 
Co ciekawe, zużyte nie są ani cięższe, ani grubsze, a jedynie momentami (zwłaszcza zaraz po karmieniu) dłużej wilgotne i pachnące wsiąkniętym mlekiem. To właśnie zwykle po zapachu poznaję, kiedy nadszedł moment, by je wymienić.




Jak wypadają w porównaniu z moim dotychczasowym faworytem, czyli jednorazowymi wkładkami Johnson's Baby?

Nie da się ukryć, że jednorazowe wkładki są mniejsze. Nie miałam więc żadnych problemów, by ukryć je pod stanikiem. Przylepiec z tyłu sprawiał, że tkwiły na swoim miejscu i dzielnie wyłapywały mleczne krople. Wkładki Close są większe i wystają zza stanika, ale się nie przesuwają - idealnie tkwią na swoim miejscu, chyba że wyginamy się tak, że przesuwa się nasz stanik - wówczas wkładki razem z nim i czasem trzeba je poprawić. Dzieje się to naprawdę rzadko i prawie w ogóle nie utrudnia użytkowania. (Największym problemem jest tutaj zainteresowana nimi Marion :P.) W trakcie chodzenia czy siedzenia - ani trochę nie sprawiają problemu.

Producent obiecuje, że są niewidoczne pod ubraniem. To nie do końca jest prawda. Mam koszulki, pod którymi w ogóle nie widać tych wkładek, ale i takie, na których widać ich zarys. Wówczas jednak widać i zarys stanika (czasem nawet jego misternej budowy), więc to wina koszulki i/bądź materiału, a nie samej wkładki ;).






Podsumowując: żałuję, że trafiłam na te wkładki dopiero teraz. Są co prawda większe od jednorazowych, ale dzięki temu gwarantują nieprzemakalność (większa powierzchnia to większa pewność, że mleko nie wycieknie). Podobnie jak materiał, z którego są wykonane - wielu może zrazić poliester w składzie (A gdzie przewiewna, naturalna bawełna?!), ale nie czarujmy się - jeśli chcemy, by coś było doskonale chłonne i jednocześnie nie oddawało wilgoci dalej, nie może to być bawełna. Wyobrażacie sobie kąpiel w bawełnianym stroju kąpielowym? Ja nie bardzo. Skoro więc są sytuacje, w których przymykamy oko na skład, bo ważniejsze są pełnione funkcje, przeznaczenie, chyba nie będziemy tu zbyt drobiazgowi? Dodam jeszcze, że gdy po raz pierwszy je zakładałam, byłam zaskoczona miękkością materiału, efektem kontaktu ze skórą - było mi tak przyjemnie! Pod tym względem wkładki Johnson's Baby są sztywne i nieco szorstkie. Close takie nie są. A to uczucie miękkości zachwyca za każdym razem po praniu... Takie otulenie piersi... ;)

Cena: w granicach 50 złotych. Idealnie. Jedno różowe pudełko wkładek od braci Johnson to koszt kilkunastu złotych (przy czym powyżej piętnastu), a że trzeba w nie inwestować regularnie co jakiś czas... Kupione raz wkładki wielorazowe zwracają się po czasie. A my dodatkowo chronimy środowisko. Dla mnie super!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz