piątek, 30 września 2016

wisienki na torcie: wrzesień 2016

Wisienki na torcie to comiesięczny cykl, w którym dzielę się nowinkami, odkryciami i wszystkim tym, co ujęło mnie w ostatnich czterech miesiącach (z hakiem).



świeża żurawina

Melduję: jest! Na jej pojawienie się czekam z utęsknieniem cały rok. Niezastąpiona do przyrządzenia sosu do mięs lub kisielu, który wyjadam prosto z rondelka. Przepis na deser znalazłam TUTAJ - dodaję tylko więcej cukru, by lepiej przełknąć pierwszą cierpkość żurawiny. Napiszę tyle: wciąga!


Jesień z książki "Słodkie" Liski

Jak poznaję, że nastała jesień? Otwieram książkę Elizy "Słodkie" na rozdziale poświęconym przepisom jesiennym - szarlotka polska, chlebek bananowy (nazwany w książce ciastem z karmelizowanych bananów)... W mieszkaniu pojawia się zapach przypraw korzennych (przywołując skojarzenia z coraz bliższymi świętami Bożego Narodzenia), dojrzałych owoców, które podgrzewa się na maśle zamiast jeść na surowo. (Choć i tak jeszcze można. Cieszymy się z synem smakiem malin. Końcówka lata jeszcze trwa!)


klasyka Disney'a

To był jeden z lepszych pomysłów, na jakie wpadliśmy z mężem w trakcie naszego czteroletniego rodzicielstwa: zafundować małolatom (póki co głównie pierworodnemu) regularne seanse klasyki Disney'a. Razem z Dumbo dowiedzieliśmy się, dlaczego warto w siebie wierzyć oraz... czemu słonie boją się myszy, z Zakochanym kundlem ratowaliśmy Lady i słuchaliśmy nocnych serenad, Aryskotraci zaprosili nas na nocne jam session, Bambi sprowokował nas do rozmowy o człowieku i lesie, 101 dalmatyńczyków o człowieku i podejściu do zwierząt, a Król lew... Och. Król lew to klasyk i petarda. (Musiałam ukrywać się przed synem - łzy kapały mi na kanapę.) Po Krainie lodu (idąc do łazienki, by się umyć) John śpiewał "Mam tę moooc!", a w najbliższych dniach obejrzymy Odlot. Powoli kończą się płyty DVD, które mamy w domu, ale nasza kolekcja stale rośnie - właśnie jestem w trakcie spisywania tytułów, w które koniecznie musimy się zaopatrzyć. Na pewno będzie to Pinokio, Herkules, Aladyn (w ogóle wszystkie animacje z muzyką Menkena!), oraz coś dla Marion: Mała Syrenka, Śpiąca królewna, Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków, Kopciuszek, Mulan, Pocahontas... Meridę już mamy (uwielbiam!) - wspaniale pokazuje relacje mama-córka. Wspólne oglądanie tych animacji jest, na dobrą sprawę, przygodą. Dla dzieci zapewne głównie wejściem do jakiejś opowieści, ale dla mnie czymś więcej: przypomnieniem dzieciństwa (tata dbał, byśmy każdą nowość obejrzeli w kinie - to była nasza wycieczka, takie małe święto) oraz - z punktu widzenia dorosłego i kulturoznawcy - minionych czasów. Dla przykładu, Królewna Śnieżka... z tamtymi dialogami, dubbingiem nagrywanym kilkadziesiąt lat temu! Przypominają mi stare kino, czarno-białe, które uwielbia moja mama...


"Miłość"

Tę książkę widziałam na kilku blogach. Wystarczyło kilka migawek, stron "przypadkowo" złapanych w kadr, bym zdobyła stuprocentową pewność, że to pozycja obowiązkowa w naszym domu. Nie myliłam się. Jest piękna: począwszy od ilustracji utrzymanych w stałej, ciepłej kolorystyce, po tekst, który chwyta za serce. To bardziej książka dla rodziców - o tym, jak powinniśmy kochać. Czasem to wiemy, a czasem potrzebujemy, by nam przypomniano. Mocna. Połykałam łzy, czytając ją synkowi.








"Szary domek"

O nagrodzie Biedronki dla najlepszego autora i ilustratora mówiło się trochę swego czasu; różnie zresztą. Ludzie "z branży" narzekali na oddanie praw majątkowych za jedynie wygraną (wysoką, ale zawsze tylko wygraną). Nie będę tu tego roztrząsać, to nie czas i miejsce na tego rodzaju dylematy. Książkę nabyłam w Biedronce za bodaj pięć złotych, w promocji. Nawet nie byłam świadoma, że to o książkę chodzi, przyciągnęły mnie interesujące ilustracje, a dopiero tekst z okładki doinformował. 
Opowieść wewnątrz? Magiczna. Ciepła i mądra. Wspaniała na chłodne dni i te cieplejsze. Z Wiatrem, który szumi historie, z wiedźmą, która pichci, z małomównym kotem i... kimś. Ale ciiii! Nie chcę zdradzić zakończenia! ;)





puszek w kuchni nigdy dość

...dlatego z dziką radością przyjęłam w domu nowych pomocników. Znalazłam ich w TK Maxx, pakiet czterech puszek kosztował około 55 złotych. Największa - ta na mąkę (po niej na cukier, kakao i ryż) jest faktycznie duża - pomieści dwa kilo sypkiego proszku! Szczerze, długo szukałam puszki do przechowywania akurat tego składnika. Cieszę się z nich jak dziecko!





dzieci-kwiaty

...takie moje retro w bluzce od miszkomaszko (TEN wzór). Mąż uważa, że wyglądam w niej babcine, że tylko starsze panie z rodowodem ze wsi mogą chadzać odziane w tego rodzaju wzorzyste płachty materiału. A niech go tam. Ja swoje wiem. Czuję się w niej dobrze, trochę jak Yoko Ono (np. TUTAJ). Nie wiem, dlaczego akurat takie skojarzenie. Ale nie oponuję. Łączę przeszłość i przyszłość, czuję je obie w sobie.


dźwięk srebrzystych dysków

Kolczyki od Saffa co prawda dźwięku nie wydają, ale bliskość uszu zobowiązuje. Proste srebrne (ale ciemne, oksydowane) dyski, płaskie. Proste w swojej formie, urzekające. Zobaczyłam je po raz pierwszy na jednych targach designu w Katowicach, kupiłam wreszcie na kolejnych. Nie rozstaję się z nimi, tak nam dobrze.


...znajdujemy, snujemy plany...


Czym byłoby życie bez pragnień, choćby przyziemnych? 
Zamarzyły mi się narzuty dla dzieci od Mallino, zastanawiam się też nad kupnem krzesełka Tripp Trapp dla Marion... Koszt mnie lekko przeraża, ale gdy myślę, że starczy na lata... Że jest uniwersalny, że nawet ja będę mogła z niego korzystać... Że się nie starzeje (już teraz ma 35 lat, a wygląda, jakby go zaprojektowano niedawno!)... Tysiąc złotych (z siedzonkiem dla malucha) piechotą nie chodzi, ale z drugiej strony... Tymczasem wprowadzono nową linię plecaków od Fjällräven - Re-Kånken nie dość, że zachowują wszystkie zalety swojego poprzednika, to jeszcze materiał do ich wytworzenia pochodzi z recyklingu. Jeśli miałabym kiedyś inwestować w plecak - to tylko ten! (w kolorze łupka, uroczym graficie ;)) Taka moja... jesienna lista życzeń ;).

środa, 28 września 2016

stay positive, czyli keep calm and... do whatever makes you happy

Ostatnio mój prywatny profil na Facebooku zdominowały wpisy związane z hasztagiem #czarnyprotest. Zrobiło się... poważnie. Miejscami aż za bardzo, nie wyłączając ostrej dyskusji. Potem - wziąwszy kilka wdechów, chcąc zmienić "otoczenie" - przełączam się z karty na kartę, zerkam na blog, a tam... podobna tematyka. Rozgościł mi się, rozpanoszył kolor czarny - jest wszędzie. Nie do końca chciałam, żeby tak było, nie planowałam tego... Hejże, ja przecież wesoła dziewczyna jestem! - rzuciłam sama do siebie, w geście ponaglenia czy napomknienia. Stąd dzisiejsze słowa, ten tytuł, poniższe zdjęcie prezentujące kawałek naszego pokoju dziennego - ścienną galerię na drzwiach szafy przesuwnej; lubię czasem spoglądać na te zdjęcia i uśmiechnąć się, całkiem niezobowiązująco. Do siebie, do życia...

Życie jest fajne. Tylko czasami dajemy się ponieść emocjom, jakaś przykra sprawa zacznie nas kręcić nieco bardziej niż powinna, damy się wciągnąć w machinę, walkę. I czasem tak trzeba. Ale dobrze momentami spauzować, włączyć odpowiedni filtr, zdystansować się albo nawet zupełnie zapomnieć. Chociaż na godzinę, jedno popołudnie albo nawet dzień. Odświeżyć umysł, przeprać myśli, wyciszyć się. Podładować. Pozytywnie.




Patrzę na te zdjęcia i już mi lepiej.
Moi kochani, moi najbliżsi... 
Wiesz co? Tak naprawdę tylko to się liczy, tylko to warto zostawiać w sobie na dłużej, najlepiej na zawsze: miłość, bliskość, pozytywne emocje.

W perspektywie wieczności, cała reszta nie jest warta naszej uwagi.

poniedziałek, 26 września 2016

Cham wychowa chama, czyli jaki przykład dajesz dziecku?

Byłam wczoraj na spacerze z mężem, siostrą i szwagrem oraz naszymi dziećmi. Niedziela popołudniu, miły spacer po parku, podjadanie gofrów, przyglądanie się zwierzętom zza krat ogrodu zoologicznego (w przypadku zwierząt: przyglądanie się ludziom ;))... miło, podsumowałabym. Gdyby nie incydent. A nawet dwa.

 - Mamo, mamo! Patrz, jakie zwierzęta! - rzuca moje dziecię, zafascynowane. Kozy, kozły, osiołki i owce stoją przy ogrodzeniu ZOO, po drugiej stronie ogrodzenia tłumek ludzi. Wszak atrakcja. Trudno dziwić się mojemu dziecku, sama się uśmiecham, nie często człowiek w mieście ma kontakt ze zwierzętami innymi niż domowe. Podchodzimy, oglądamy, robię zdjęcia. 
Jakiś kozioł stanął na tylnych kończynach, wyprostował się, oparł o murek, przybliżając głowę do ogrodzenia. "Ale świetnie", pomyślałam. "Będą fajne zdjęcia!" Ledwie ta myśl pojawiła się w mojej głowie, a zauważyłam źródło nagłego zainteresowania się zwierzęcia ludźmi. Jakaś matka z - na oko - rocznym dzieckiem dokarmiała kozła gofrem.
- Hej, nie można dokarmiać zwierząt! - rzucam od razu, niewiele się namyślając. Pewnie dlatego, że nim dotarliśmy do tego miejsca, wzdłuż całego ogrodzenia, w regularnych odstępach (i, co trzeba podkreślić, dość gęsto) przyczepione były tabliczki od obsługi ZOO: "Prosimy nie dokarmiać zwierząt! Jeśli zauważysz, że robi to ktoś inny - reaguj!". W moim przypadku komunikat zrobił swoje - zareagowałam instynktownie, machinalnie. Reakcja ludzi? Kobieta niewiele sobie zrobiła z tego, co powiedziałam. Spojrzała na mnie ze wzrokiem wkurzonej matki (jak ja mogłam przerywać dobrą zabawę jej dziecku?!) i... dalej karmiła zwierzę gofrem. Jej mąż rzucił ciche: "Kochanie, może już przestań...", które jednak nie spotkało się z uznaniem żony. Odrzekła szybko: "Jeszcze tylko ostatni kawałek. Przecież mały jest... nie zaszkodzi..."
Otóż zaszkodzi. To nie był jeden mały kawałek, ale więcej kawałków - przynajmniej trzy, bo dokładnie tylu się doliczyłam ja, a prawdopodobnie wcześniej były inne. To tylko od tej pani. A ile innych to zwierzę (przepraszam za określenie:) zeżarło wcześniej? Przed godziną siedemnastą, kiedy my doszliśmy do tego miejsca? Zupełny brak wyobraźni - skoro ja daję mały kawałeczek, to nikt takiego nie dał wcześniej, prawda? Tylko ja karmię, przecież zwierzę mądre, nie weźmie więcej... A guzik prawda. 

Ale nic. Gofr się skończył, rodzinka wstała i zaczęła się oddalać. Wtedy też zauważyłam, że za nimi stała grupka osób też dokarmiających koziołki. Nie wytrzymałam.
 - Tutaj nie można dokarmiać zwierząt! Tabliczka wisi! - wrzeszczę (bo stałam nieco dalej), nieco już rozeźlona.
 - Ja nie umiem czytać! - rzucił mi młody mężczyzna, który trzymał gofra w ręce, rwał na kawałki i podawał zwierzętom. Na jego twarzy wykwitł uśmiech rozbawienia. Zignorowałam durny komentarz i brnę dalej.
 - Serio, nie można ich dokarmiać naszym jedzeniem, to dla nich niebezpieczne. 
Wtedy facet się roześmiał, a zawtórowała mu grupka, z którą był (ludzie całkiem normalni z wyglądu, dodajmy, nie jakieś "gimby" czy coś podobnego, a starszego - ot, zwykła rodzina,  jak ja i moja siostra z mężami i dziećmi).
 - Ja to z gór jestem, karmię zwierzaki różnymi rzeczami i żyją! Nic im nie jest! Co też pani gada! - pada riposta.
 - Co innego zwierzęta w zagrodzie, gospodarskie, a co innego zwierzęta z ZOO! Skoro ich opiekunowie prosili, żeby nie dokarmiać, to chyba mieli swoje powody, prawda? - idę w zaparte, ale nie dane mi było dokończyć myśli, bo facet wszedł mi w słowo.
 - Słuchaj no, babo! Nie przeginaj, ok?
Wtedy puściły mi nerwy.
 - Słuchaj no, gościu, sam nie przesadzaj, dobra?!
Moglibyśmy tak dłużej, ale nie miałam już siły, serio. Nikt (poza moją siostrą) nie stanął w obronie moich argumentów, w obronie zwierząt. Więcej: zaczęły pojawiać się głosy upominające mnie, stające po stronie mężczyzny dokarmiającego koziołka gofrem. Że przecież to nic takiego, że przecież o co tyle szumu... Że przecież to fajne... No fajne, fajne, dobre zdjęcia można zrobić, mieć nieco frajdy z bliższego kontaktu z przyrodą, ale o tych zwierzętach już nikt nie pomyśli, prawda? Że może taki gofr to nie jest dla nich najodpowiedniejsze jedzenie? W końcu nie wiadomo, co wrzucono do środka... Nie mówiąc o tym, że czasem nawet frytkami dokarmiają zwierzęta, w zasadzie wszystkim, co akurat ludzie jedzą i mają przy sobie, a jedzą i mają różne rzeczy, najczęściej niezdrową żywność: chipsy, jakieś szybkie przekąski. W nadmiarze są szkodliwe dla ludzi, a dla zwierząt tym bardziej! Ale nie, po co myśleć o tym długofalowo, w jakiejś szerszej perspektywie niż tylko te moje pięć minut karmienia, które nic nie znaczy w oceanie czasu! 
Zirytowana, niepoparta przez nikogo z przyglądających się i pod nosem komentujących gapiów, a w zasadzie wyśmiewana przez mężczyznę i jego rodzinę, chwyciłam wózek z córką i zaczęłam się oddalać. A dzieciaki przy tych wszystkich stojących przy ogrodzeniu dorosłych przyglądały się i przysłuchiwały...

I naszła mnie potem taka refleksja: jaką naukę te dzieci (inne poza moim synem i siostrzeńcem) wyniosą z niedzielnego spaceru z rodziną? Że nie trzeba stosować się do zaleceń na tabliczkach, próśb kierowanych przez jakieś władze, wreszcie do przepisów prawa. Że takie "Proszę nie dokarmiać zwierząt!" jest nieważne, bo najważniejsza przecież jest nasza frajda, prawda? Zabawa, dobre samopoczucie - nasze, nie innych (np. tych zwierząt). Co zatem stoi na przeszkodzie, by potem takie dziecko biegało po trawie, gdy obok wbita jest tabliczka "Prosimy nie deptać trawy!", zaśmiecało ulice (bo co z tego, że co jakiś czas jest kosz na śmieci - przecież nie będzie się szło kilku albo - zgroza! - kilkunastu kroków ze śmieciem w ręku! - łatwiej jest rzucić na ziemię, i tak przecież ktoś to posprząta), nie sprzątało po swoim psie, piło alkohol przed osiemnastką, jeździło skuterem/samochodem bez prawa jazdy albo będąc nietrzeźwym albo przekraczało dozwoloną prędkość?
 - Nie przeginaj, babo! - może ktoś mi teraz powiedzieć, ale niech się wcześniej dobrze zastanowi: czy ja rzeczywiście przeginam?
Bo zobacz: jeśli już od najmłodszych lat uczysz swoje dziecko tego, że zasady są nieistotne albo dobre dla nielicznych, a ty jesteś wybrańcem, który stosować się do nich nie musi, jaki dajesz przykład swojemu dziecku? Pokazujesz mu, że relatywizm moralny jest całkiem fajny, że "Jak Kali ukraść komuś krowa to być dobrze, a jeśli Kalemu ktoś ukraść krowa to być źle". Że nakazy czy zakazy to jedynie sugestie, że przepisy prawne to nudny zbiór reguł, do których i tak nikt się nie stosuje. Przecież przy tym ogrodzeniu to prawie każdy karmił zwierzęta, o co mi chodzi? Przecież to tylko "mały kawałeczek"! Przecież wypiło się jedno piwko, nie butelkę wódki, więc o co chodzi? Przecież można prowadzić! Przecież ta woda w jeziorze wcale nie wygląda na brudną, to po co zakaz kąpieli? Przecież będę uważać! Po co mam segregować śmieci, skoro i tak muszą to zrobić w sortowni? Że co, więcej pracy, dłużej to będzie? Przecież za to im płacą! Tak samo za coś płacą sprzątającym w parku, prawda? Jak będę wyrzucać śmieci do kosza albo zbierać nieczystości po swoim psie, to nie będą mieli zajęcia, pracy?

Takie myślenie jest burackie - po prostu. Jasne, czasem polskie prawo czy jakieś przepisy są bzdurne i brak w nich elementarnych zasad logiki, ale często mają sens i służą temu, by nam wszystkim żyło się lepiej. By np. zwierzęta nie cierpiały potem na problemy gastryczne (albo poważniej - że przypomnę biedną foczkę z poznańskiego ZOO, którą udusiła mała plastikowa część z zabawki - szczegóły TUTAJ), by na naszych ulicach było czysto a dzieci (zwłaszcza w zimie albo w piaskownicy) nie wchodziły w psie odchody, by na przejściu dla pieszych czy szczególnych miejscach było bezpiecznie, by zmniejszyć ilość wypadków... Powodów jest wiele, z reguły się są podyktowane robieniem komuś na złość czy zakazywaniem dla zakazywania, bo "mam władzę, mam fun".

Dopóki sami nie zmienimy swojego zachowania czy nastawienia, będą je powielały nasze dzieci. A potem dziw się, człowieku, że niewiele zmienia się w kraju nad Wisłą. Dopóki będą żyło społeczne przyzwolenie na "nieszkodliwe dokarmianie zwierząt w ZOO", a więc na obchodzenie przepisów, nakazów, zakazów, traktowanie ich jedynie jako sugestii, dopóty polska rzeczywistość pełna będzie marazmu.




czwartek, 22 września 2016

Ta ustawa to działanie od cipy strony... | #czarnyprotest

...stąd się biorą same farmazony!

Powyższy dwuwers, dość wulgarny za sprawą niecenzuralnego słowa użytego w pierwszej linijce (tytule wpisu), to mój niewybredny (ale jak się czyta samą ustawę czy słucha tych, którzy bronią obecnego jej kształtu, trudno inaczej) komentarz do projektu ustawy antyaborcyjnej, która wpłynęła do rządu i która zostanie jutro odczytana w Sejmie.

Dlaczego "od cipy strony"? W pierwszej chwili chciałam rzucić "od dupy strony" - wskazując na sensowność tego wszystkiego - ale żeńska część ciała o wiele lepiej oddaje istotę sprawy.

Dużo już zostało w temacie powiedziane czy napisane. Z jednej strony miałam więc wrażenie, że mój wpis będzie powielaniem pewnych treści, z drugiej czuję przymus wyrzucenia z siebie swoich emocji i przemyśleń - już nie tylko w formie komentarza u kogoś pod postem, artykułem czy informacją na Facebooku.

Po pierwsze (co świetnie zauważyła Marta z Tosinkowo) to nie jest tak, że sprzeciwiając się ustawie antyaborcyjnej, z rozpędu jestem zwolenniczką aborcji. To wcale tak nie działa, to nie jest jednoznaczne. Jak w ogóle można zakładać, że jeśli aborcja nie będzie zakazana, to kobiety rzucą się na to rozwiązanie jak na przysłowiowe świeże bułeczki? Że aborcji przybędzie? Ich obecność nie jest wynikiem wygodnictwa kobiet, aborcja nie jest "lekiem na całe zło", szybkim i wygodnym rozwiązaniem. Takie patrzenie jest płytkie. Fakt, że aborcje się dokonują, wskazuje raczej na dramat kobiety - a to zmuszonej czy do seksu, czy do wyboru (kariera zawodowa czy kura domowa), czy do poparcia jakiejś ideologii - niekoniecznie tożsamej z jej odczuciami, ale na tyle wyrytej, że istotnej. Aborcja to wybór - bardzo często nie jest łatwy, podejrzewam, że to jedna z najtrudniejszych decyzji w życiu. Co skłania kobiety do tego, że się na nią decydują? - dlaczego to pytanie nigdzie nie pada? Dlaczego nikt się nad tym nie zastanawia? Najlepiej leczyć objawy, brać się za "patologiczne zjawisko" od drugiej strony - dup... cipy strony właśnie. Ale żeby realnie wpłynąć na zmniejszenie liczby aborcji, trzeba zadać sobie to podstawowe pytanie: dlaczego kobiety się na nią decydują? I proszę, w tym miejscu runie lawina kobiecych dramatów, sytuacji potencjalnie bez wyjścia, momentów poniżenia, poczucia obdarcia z wartości, godności. Gdzie był wtedy partner, rodzina, bliscy, przyjaciele? A dalej: opieka medyczna, rząd? W zasadzie nie ma w naszym kraju rozwiązań dla kobiet, które znajdą się w skrajnie trudnej sytuacji. Przyczyn tego jest wiele, według mnie jedną z ważniejszych brak edukacji i/lub zła edukacja. Seksualna znaczy się. Oraz ideologia, którą wciska się do głów młodym kobietom (i mężczyznom), trochę romantyczna, ale zupełnie niepraktyczna, nierealna. Że seks dopiero po ślubie, z jednym partnerem, do końca, na zawsze, miłość po grób, że happy end, że świergot skowronków, że w ogóle cud-miód. Młodzi ludzie czytają brednie o pierwszych miłościach trwających do śmierci, oglądają komedie romantyczne i budują sobie nierzeczywisty obraz świata, w tym związków. A rzeczywistość rzeczywistością - pojawiają się rozczarowania, pojawiają się potknięcia, nauka na własnych błędach, bo o błędach innych się nie słyszy - kto by się nimi chwalił? Rodzice nie rozmawiają ze swoimi dziećmi o seksualności, więc młodzi ludzie polegają na sobie: informacje czerpią od rówieśników albo z Internetu. A wiadomo, jakie tam kwiatki znaleźć można... Zawodzi nawet edukacja seksualna w szkole - kontrowersyjna (kiedy skończą się związane z tym kontrowersje? Takie zajęcia zwyczajnie są potrzebne na pewnym etapie rozwoju młodego człowieka - ich obecność nie powinna nikogo dziwić ani bulwersować - to przecież ludzka biologia, hormony, plus psychologia, ale głównie... chemia. Może przy okazji którejś z lekcji biol.-chem. jednym z tematów uczynić właśnie to zagadnienie?). Wracając, dlaczego edukacja seksualna w szkole zawodzi? Bo albo jest przeprowadzana "po łebkach" - dla "odrobienia" lekcji, albo przez osoby niekompetentne, niemające podejścia, albo zostaje sparaliżowana przez... młodzież sparaliżowaną wstydem (który objawia się zarówno jako milczenie, jak i jako śmiech czy niewybredne komentarze). Nigdy nie zapomnę kobiety, która pojawiła się pewnego dnia w naszym liceum, by przeprowadzić lekcję z edukacji seksualnej. Puściła nam książkę z pozycjami seksualnymi, byśmy sobie "pooglądali", po czym stwierdziła, że opisu pierwszego razu nie przeczyta, bo "jesteśmy na to za młodzi". WTF?!
Dopóki więc tak to będzie wyglądało - sorry, ale kobiece dramaty będą miały miejsce. Praca u podstaw, głupcze! Praca u podstaw!

Jakiś czas temu na Facebooku moja koleżanka udostępniła opis takiej sytuacji (jako dowód poparcia dla ustawy antyaborcyjnej):

Zmartwiona kobieta poszła do ginekologa i powiedziała:
- Doktorze, mam poważny problem i bardzo potrzebuje pańskiej pomocy. Mam dziecko, które ma niecały roczek, a ponownie zaszłam w ciążę. Nie chce mieć dziecka tak szybko.
Na to doktor się spytał:
- No dobrze, ale co ja mam zrobić?
- Chciała bym, żeby pan przerwał moją ciąże. Mam nadzieję, że mi pan pomoże.
Lekarz pomyślał przez chwilę i powiedział:
- Chyba mam lepsze rozwiązanie tego problemu, zresztą dużo bezpieczniejsze dla pani.
Kobieta uśmiechnęła się, myśląc że lekarz zgodzi się na jej prośbę.
- Widzi pani, skoro nie chce pani się zajmować dwojgiem dzieci jednocześnie - kontynuował lekarz - zabijmy to pierwsze które trzyma pani teraz w rękach. W ten sposób będzie pani mogła trochę odpocząć zanim pojawi się kolejne. Skoro mamy zabić jedno z nich to chyba obojętne które. Poza tym, nie będzie ryzyka jakie niesie za sobą aborcja.
Kobieta mocno zaniepokojona słowami doktora krzyknęła:
- Ależ to okropne co pan mówi! Przecież to zbrodnia zabić dziecko!
- Zgadzam się - odparł ginekolog - Ale przecież wydawało mi się że nie ma pani nic przeciwko, więc pomyślałem że to lepsze rozwiązanie.
Lekarz uśmiechnął się widząc, że kobieta chyba zrozumiała do czego zmierza.
Przekonał matkę, że to nie ma różnicy które dziecko chce zabić. Zbrodnia jest ta sama!

(źródło TUTAJ)

Przeczytałam to i zrobiło mi się niedobrze. Bo, po pierwsze, to była ze strony lekarza manipulacja. Kolejny mit - tym razem o tym, że dziecko kocha się już od samego początku. Mit, który wmawia się wszystkim kobietom, budując w nich obraz Matki Polki (która to nie ma własnego zdania, które żyje wyłącznie dla dziecka, która... nie istnieje). Że dziecko to największy cud, niesamowite szczęście i tak dalej. Żeby była jasność - nie neguję w żadnym miejscu tego, że dziecko faktycznie jest pewnego rodzaju cudem, że to niesamowite, jak rozwija się w nas życie, jak wybucha, jak potem rośnie nam człowiek. Ale obdzieranie macierzyństwa (czy rodzicielstwa w ogóle, ale dotkliwie dotyka to kobiet) z realności, goryczy, chwil zwątpienia i momentów, gdy po prostu ma się dość (tak, tak, tego cudownego i wspaniałego dziecka również, a może przede wszystkim), jest aktem przemocy, kłamstwem! Z jednej strony rozumiem tę ideologię lukru - łatwiej dzięki niej przetrwać, nie skupiając się na negatywach. Łatwiej opowiadać wtedy koleżankom, jak to jest fajnie. (Bo i samemu się wtedy czuje lepiej - taka psychologiczna zagrywka.) Z drugiej jednak, to wielce niebezpieczne - jeśli nie dam gdzieś ujścia złym emocjom, te mnie zniszczą, będą wyżerały od środka jak jad, będę w efekcie matką-frustratką, zupełnie niemieszczącą się w "kanonie" matczynych postaw (zabawne, prawda?). Niektóre matki kochają swoje dzieci od samego początku - bo zawsze chciały być mamami, na przykład. Inne mogą do tego dorastać - jak ja. Zakładanie, że kocha się tak samo nieokreśloną fasolkę w brzuchu i dziecko, które już jest ze mną na świecie, nazwane, "odchowane" jest brutalnością, barbarzyństwem, przemocą psychiczną zadaną kobiecie. Skuteczną, to fakt. Bo taka broń ma największą siłę rażenia. Takie skrajne obrazki/sytuacje mają moc - niedawno znalazłam naklejki, które jako zapalona nastoletnia wegetarianka rozlepiałam na mieście; na jednej z nich widniały słowa Theodora Adorno: "Oświęcim zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: To tylko zwierzęta." - mocne, prawda? (Po cytacie powinno paść pełne wyrzutu pytanie: "Jesz mięso?" - łapiecie teraz tę logikę?)
Po drugie, wspomniany przeze mnie brak edukacji. Gdyby ta kobieta miała odpowiednią wiedzę czy środki, wiedziałaby, jak się zabezpieczyć. Nie byłoby "wpadki", nie byłoby tej wizyty. Ale nie, wiedzy nie ma, dostęp do antykoncepcji też bywa utrudniony (a nawet jeśli nie, młodzież polega na swojej wiedzy, nie sięga po np. tabletki, bo wystarczy "gumka" itp.). Ideologia również robi swoje: zabezpieczanie się jest złe, wizyty u ginekologa przed zawarciem małżeństwa? Ale po co? Konserwatywne podejście - mimo swoich wielce górnolotnych dążeń - nie przynosi niczego dobrego. Metoda kalendarzykowa, ktoś rzuci. Znam ją, wiem, jak działa i powiem jedno: nie jest pewna. Samo codzienne mierzenie temperatury: wystarczy jednodniowe przeziębienie ze stanem podgorączkowym i już w danym miesiącu wyniki temperatur są nieważne, bezpiecznego seksu uprawiać nie można. Ot, prokreacja - temu to ma głównie służyć. Oczywiście metoda ta sprawi, że kobieta lepiej pozna swoje ciało, ale nie dla każdej ona jest - cykle powinny być regularne, każda anomalia w zasadzie to utrudnia.

Moje dwie znajome znalazły się w podobnej sytuacji - również zaszły w ciążę, mając półroczne dziecko w domu. Nie, do lekarza z prośbą o aborcję nie poszły, ale miały na początku trudność z zaakceptowaniem sytuacji. Powodem "zaciążenia" były opowieści o tym, że karmiąc piersią, w ciążę zajść nie można. Co prawdą, oczywiście, nie jest. (Działa to, podobno, jeśli karmi się co 3 godziny, ale - litości! - przy dziecku, żywym organizmie z własnym cyklem bycia/życia, nie da się wszystkiego idealnie wymierzyć, więc karmienie piersią nie może być w żadnej mierze metodą antykoncepcji!) Edukacja, powtórzę po raz kolejny.

Ta ustawa to takie "pińćset plus". Gotowe rozwiązanie problemu, bez konieczności namysłu nad nim. Aborcje są? Zakazać, to nie będzie! Rodziny nie mają na dzieci, bywa źle? Dać kasę! Nikt nie myśli o tym, żeby np. przedszkola były całkowicie bezpłatne (a nie tylko 5 godzin), żeby podręcznik był na lata, żeby w miejscach publicznych powstawały pokoje dla matki z dzieckiem (co by w spokoju nakarmić cycem mogła czy obrzydliwą pieluchę wymieniła), żeby żłobki pootwierać... Żeby kobiety edukować, dać dostęp do mądrej i bezpiecznej antykoncepcji... Ale nie, to wymaga większego namysłu, szeregu rozwiązań. Łatwiej wymyślić coś prostego i - kontrowersyjnego. Będzie spokój.

Całkowity zakaz aborcji w niczym nie pomoże. Jak wskazywała Agnieszka Graff w "Świecie bez kobiet", ci sami lekarze zasłaniają się klauzulą sumienia i - gdy ustawowo można - zabiegu nie wykonają, ale gdy pojawi się odpowiednia kwota i zgoda na wejście do podziemia... ochoczo wyskubią, co trzeba. Nie wiem, nigdy nie szukałam, podejrzewam też, że proceder ten nie dotyczy wszystkich lekarzy, a jedynie jakiejś części, ale sam fakt, że to ma miejsce jasno o czymś świadczy. Kto ma kasę - będzie mógł sobie pozwolić na aborcję. Kto jej nie ma - albo na dramat porodu i wszystkiego, co z tym związane (chodzi mi o te ustawowo dopuszczone sytuacje: gdy życie matki jest zagrożone, gdy ciąża jest z gwałtu lub gdy dziecko jest nieuleczalnie lub ciężko chore), albo na szukanie innego rozwiązania na własną rękę (Internecie i zagraniczne tabletki poronne - witajcie!). To nie jest rozwiązaniem niczego! Jak wspominałam - rozwiązań trzeba szukać gdzie indziej! To tylko podawanie kobiecie chusteczki (z ironicznym hasłem "na zdrowie"), gdy ma katar sienny, alergiczny - czyt. rozwiązanie do dupy, no! Aż płakać się chce, smarkając!

Jest jeszcze coś - coś, co wstrząsnęło mną bodaj najbardziej. Karanie za nieumyślne spowodowanie śmierci płodu. Karanie więzieniem.
Po pierwsze i najważniejsze: jak można karać za coś, co zostało popełnione nieumyślnie? Już pal licho czyn zamierzony, ale... przypadek? I co, w sytuacji, gdy kobieta poroni, odmówi się jej wsparcia, a zamiast niego zaprosi na przesłuchanie, żeby orzec, czy przypadkiem nie jest winna śmierci? Traktowanie jak podejrzanego? A potem może jeszcze więzienie? To się może skończyć groteskowo, jak tutaj:



Wiecie co? Wcale nie jest mi do śmiechu. Takie rzeczy działy się w naszym kraju, że powyższy scenariusz wcale nie jest nieprawdopodobny... A ustawa otwiera drzwi do takich przeinaczeń, chorego rozumienia prawa. Prawa, które nie szanuje kobiety, które jest bestialskie... I, co śmieszne (a może właśnie wcale nie jest śmieszne), ci wszyscy chroniący życie, chronią tak naprawdę jakąś ideę, bo życia jako takiego na pewno nie. Nie interesuje ich życie kobiety, nie interesuje ich płód po porodzie. Gdyby było inaczej, kobiety już teraz otrzymywałyby wsparcie. Gdyby było inaczej, dzieci z problemami, chore albo porzucone też miałyby to wsparcie. Społeczeństwo by o nich dbało, rząd by o nich dbał, byłaby jakaś taka... może nie czułość, ale na pewno wyczulenie na pewnego rodzaju sytuacje. Człowiek podawałby drugiemu człowiekowi pomocną dłoń. Ale nie - w miejsce tego oskarża się, wytyka palcami, ocenia. Brakuje tu próby zrozumienia, "zygotarianie" zasłaniają się wielką ideą ochrony życia, ale ich słowa są na dobrą sprawę puste.

Boję się.
Zwyczajnie się boję.
O siebie, o swoją córkę.
Gdy ją rodziłam w styczniu tego roku, usłyszałam (jeszcze na sali operacyjnej), że miałyśmy dużo szczęścia, że to właściwie ostatni moment... Moja macica prawie się nie rozeszła, w zasadzie cudem donosiłam ciążę. Zakazano mi też od razu zachodzenia w kolejną. Za duże ryzyko, następnym razem może się nie udać...
I teraz co: zabezpieczam się, świadomie i odpowiedzialnie podchodzę do swojego ciała, do dwóch żyć, które powołałam na świat. Ale los płata figle. Bywa, że nawet tabletka antykoncepcyjna zawiedzie. Co wtedy?
Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której moje życie będzie zagrożone, a ja nie będę mogła niczego zrobić. Co będzie z moimi dziećmi - tymi już istniejącymi? Będę miała je porzucić na kilka miesięcy ewentualnego pobytu w szpitalu albo - najgorzej - na zawsze? Bo ktoś zadecydował za mnie i postanowił, że ideologia jest ważniejsza?

Nie chcę takiej ideologii. Nie utożsamiam się z nią.


#CzarnyProtest


Dodatek-komentarz do filmiku Weroniki Zaguły "4 kłamstwa o ustawie Stop Aborcji" (można obejrzeć TUTAJ), opublikowany przeze mnie 27 września 2016 roku:

W Facebookowej dyskusji na moim profilu prywatnym, powyższy filmik pojawił się jako swego rodzaju argument, próba wyjaśnienia mi w inny sposób tego, czego niby nie pojmowałam.
Obejrzałam go więc i poczułam się w obowiązku jakoś do niego odnieść. Ponieważ część moich rozważań na ten temat znalazła się w powyższym poście, uznałam, że mój komentarz powinien znaleźć się właśnie tutaj, bo w tej całej dyskusji o aborcji w Polsce wiele jest przekłamań i niedo- albo nad-interpretacji.

Po pierwsze, dość sarkastyczny ten filmik. Ale nie dziwi mnie to. Gdy byłam wojującą wegetarianką (czyli walczyłam o swoje poglądy, a każdy, kto chciał mnie z powrotem przekabacić na stronę "mięsa", musiał liczyć się z długą dyskusją obfitującą w podobne co zabiegi oratorskie), często emocje brały górę, a wtedy ironia okazywała się dość dobrym sprzymierzeńcem. Hiperbolizacja również - pomagały w rozmowach z kimś, kto nie przywykł do przyjmowania rozsądnych argumentów. Dość wygodne, choć może budzić emocje.

No właśnie: emocje...
To chyba one odpowiedzialne są za wszelkie przekłamania dotyczące całej tej ustawy. I tak przekłamań (nie kłamstw! ale przekłamań właśnie - kłamstwo zakłada pewnego rodzaju premedytację, a tutaj - jak podejrzewam - najczęściej ktoś powiela czyjąś "prawdę", jakiś ogólny wniosek, co - oczywiście - musi dalej prowadzić do rozmydlenia niuansów czy szczegółów i niejednego wprowadzić w maliny. Tak też było ze mną, ale o tym za chwilę) - po jednej, i po drugiej stronie. Bo nikt nie ma monopolu na Prawdę. Nawet Weronika Zaguła.

Przechodząc do sedna, czyli komentując każde z poszczególnych kłamstw przytoczonych w materiale:
 
1. Faktycznie, ten zapis istotnie tam jest. I choć ustawę czytałam, i choć to zdanie widziałam, w kontekście całości wcale nie miało ono dla mnie tego wydźwięku, który mieć powinno. Dlatego też gdy obejrzałam filmik i usłyszałam cytat z ustawy, zastopowałam go i szybko prześledziłam kolejne artykuły. Faktycznie, jest! - rzuciłam. Wtedy też poczułam się nieco głupio, bo pozwoliłam, by emocje w jakiś sposób zniekształciły obraz sytuacji. Z drugiej strony zastanowiłam się: Hej! Jak to jest, że czytając tę ustawę, nie odczytałam tego zapisu tak, jak powinnam? Przecież zwykle jestem dociekliwa w takich kwestiach, lubię analizować! Sprawa nie dawała mi spokoju, bo poczułam się wpuszczona przez samą siebie w maliny, w dodatku do tańca w tym krzaku pełnym kolców zaprosiłam innych. Myślałam i wymyśliłam: język ustawy. Po pierwsze konstrukcja - jak to język prawnych zapisków - miejscami utrudnia szybkie i bezproblemowe zrozumienie istoty rzeczy. Cytowany zapis znalazł się pod innymi traktującymi o kwestiach karnych, więc człowiek chcąc-nie-chcąc wkręcał się w temat. Po drugie terminologia. Poprzez zastosowanie kilku "nieszczęśliwych" sformułowań, rozmyło się właściwe odczytanie zapisku o tym, że kobieta, która poroniła, nie jest temu winna. Dlaczego? Po pierwsze, poronienie - czyn w zasadzie samoistny (jeśli nie jest niczym wywołany) - zostało nazwane "śmiercią dziecka poczętego", a w dalszej partii tekstu "czynem" - czyli zakłada pewnego rodzaju działanie intencjonalne. I tutaj nastąpiło wspomniane nieszczęśliwe zestawienie określeń: "§ 2. Jeżeli  sprawca  czynu  określonego  w  §  1  działa  nieumyślnie,  podlega  karze  pozbawienia wolności do lat 3." i dalej: "§ 6. Nie podlega karze matka dziecka poczętego, która dopuszcza się czynu określonego w § 2." Jeśli poronienie jest samoistne, tzn. nie było tutaj działania intencjonalnego, jak można nazwać je "czynem"? Jeśli ktoś "działał" nieumyślnie, czego efektem było poronienie, jak może być sprawcą czynu albo dopuścić się czynu? Oczywiście, paść tutaj mogą argumenty o matkach palących, nadużywających alkoholu, przesadzających z aktywnością w ciąży itp., ale to nie zmienia faktu, że zastosowana terminologia już na wstępie skomplikowała klarowność niby jasnego wywodu. Poza tym... kto uzna, że konkretne poronienie było "czynem niezamierzonym"? Czy nie otwiera to pola do ewentualnych nadużyć, np. właśnie przesłuchania kobiety, by ustalić, co się tak naprawdę stało? W końcu chodzi o śmierć człowieka - tutaj najbliżsi zazwyczaj są podejrzanymi, brak winy trzeba dopiero udowodnić! Kto da nam tutaj - teraz - stuprocentową pewność, że sprawa nie będzie rozwlekana?

2. "Życie matki nie będzie ratowane" to kłamstwo numer dwa. Ok, dobrze. Przy tak postawionej sprawie - kłamstwo. Ale z drugiej strony - przy groźbie więzienia dla lekarza - który z nich podejmie się zabiegu ratującego czy to matkę, czy dziecko wcześniej niż bezpośrednie zagrożenie życia, czyli sytuacja już naprawdę poważna, ostateczna w zasadzie? No właśnie. Niby nikt nikomu drogi nie zamyka, niby wszystko jest "pięknie i ładnie", ale zapisy o umyślnym i nieumyślnym spowodowaniu porodzenia/śmierci dziecka poczętego ZAWSZE (poza odniesieniem do samej matki, o czym było w punkcie pierwszym) kierują w stronę procesu i wymierzenia kary - różnej, zależnie od winy. ZAWSZE. Kto z lekarzy zaryzykuje? Oczywiście - życie matki będzie ratowane. Ale mój (i wielu moich koleżanek) strach wiąże się z tym, że to ratowanie odbędzie się za późno. Że można by wcześniej, ale z kolei ktoś inny będzie się bał. I może skończy się szczęśliwie, nie mówię, że nie. A może nie. I co wtedy?

3. Badania prenatalne, o których w ustawie nie ma mowy, bo ustawa o nich nie traktuje. Prawda. Nie ma w niej ANI SŁOWA o badaniach prenatalnych. Ale - i tu wracamy do punktu drugiego moich komentarzy - pojawia się wątpliwość. Skoro zabiegi prenatalne - bo o nich mowa (nie o badaniach samych w sobie, typowym USG dajmy na to, ale badaniach inwazyjnych, służących pobraniu tkanek, wody płodowej, by móc następnie wyleczyć ewentualną chorobę czy wadę dziecka poczętego) - wiążą się (Jak każdy zabieg czy operacja!) z ryzykiem, kto z lekarzy podejmie się ich przeprowadzenia, gdy grozić mu będzie proces i ograniczenie wolności? No właśnie. Albo będziemy mieć prawdziwie odważnych lekarzy, albo... brak badań prenatalnych - przynajmniej w takim wymiarze, w jakim dostępne są one teraz.

4. Dobrze, nie każda pójdzie - więc mowa o tym, że każda, to kłamstwo. Zgodzę się. Ale nie przeczy to temu, że proces będzie. Że przesłuchania będą. Że kobieta, która wcześniej przeżyje jakiś dramat (np. gwałt), która potem przeżyje kolejny (aborcja albo w gabinecie lekarza z podziemia, albo wykonana nielegalnie metodami niemającymi wiele wspólnego z medycyną), będzie przeżywała kolejny: w sądzie. Jasne, można mówić o tym, że te z kobiet, które aborcję traktują lekko będą surowiej traktowane niż te, które miały rzeczywiste powody, by jej dokonać. Ale to będzie dla tej drugiej grupy dramat, niekoniecznie zresztą niezakończony więzieniem, bo o tym zdecyduje sędzia. Jeśli już teraz Weronika Zaguła zwraca uwagę na fakt, że powinno być inne traktowanie kobiet popełniających ten czyn w zależności od motywów, czy nie lepiej zostawić zapisów ustawy aborcyjnej w jej - przynajmniej w 1/3 - w niezmienionej formie? Żeby np. kobieta, która została zgwałcona i przez to zaszła w ciążę, mogła bez konsekwencji karnych usunąć ciążę. Nie byłoby problemu! Byłaby jasność!

Nie rozumiem w ogóle podejścia, które próbuje się nam wmówić: że obecna ustawa (dopuszczająca aborcję w trzech przypadkach: gdy ciąża zagraża życiu matki, gdy jest wynikiem gwałtu i gdy dziecko jest ciężko albo nieuleczalnie chore) jest dla kobiet brakiem wyboru, przymusem do czegoś. Że nowa ustawa ma dać wolność. Przecież do odwrócenie sytuacji! Obecnie nikt żadnej kobiety do aborcji nie zmusza! Jeśli nawet zostałam zgwałcona, mam prawo urodzić to dziecko, jeśli tak mówi mi serce czy wyznanie! Dlaczego więc posuwać się dalej? Komu przeszkadza obecny stan rzeczy?

niedziela, 18 września 2016

zdrowe przekąski (i śniadania): owsianka lub jaglanka albo musli

W cyklu zdrowe przekąski przeistaczam się w poszukiwacza skarbów i łowcę. Postawiłam sobie za cel udowodnienie, że można jeść smacznie i zdrowo - i nie przy okazji posiłków właściwych, co do których jest w gruncie rzeczy łatwiej, ale w odniesieniu do przekąsek - to przecież przy nich najczęściej zdajemy się na rzeczy kupne, które (też mi nowina) nierzadko mało mają wspólnego ze zdrowym odżywianiem się. Moje wytyczne? Smacznie i bez cukru (sic!), a także innych dodatkowych substancji, tzw. "polepszaczy smaku"! Da się? Jasne!

środa, 14 września 2016

Mam tę moc! - czyli w kobiecie siła! (1)

Mam tę moc! to cykl krótkich teksów z sytuacjami z życia wziętymi, udowadniającymi (mnie samej, ale też innym), że kobiety to żadna słaba płeć, że możemy wiele! To krótkie wstawki motywacyjne, momenty warte zapamiętania i przybicia sobie piątki. Czasem zabawne, czasem bardziej poważne, ale warte dostrzeżenia!

Wieczór. Co potrafię i co sobie udowodniłam? Że kiedy wreszcie wygospodaruję dla siebie samej chwilę, mogę wszystko! Kiedy wszyscy domownicy zasnęli, pomalowałam sobie wreszcie paznokcie. (Tak, czekałam na okazję dobrych kilka tygodni, serio!) I nie miałam żadnych problemów, by przykryć się kołdrą za pomocą nóg (sic!). Więcej: nie czułam w związku z tym żadnego dyskomfortu - jakby to ręce były! Co też potrzeba "poprawy urody" czyni z kobiecym ciałem - wszelkie bariery znikają, a niemożliwe nie istnieje! ;)

wtorek, 13 września 2016

cherrywood stories: światło we włosach

Uwielbiam leniwe poranki, gdy pośpiech czy zdenerwowanie z niewyspania nie przeszkadzają w dostrzeganiu promieni słonecznych przedzierających się przez szczeliny rolet czy żaluzji. Wtedy - z wciąż lekko zasuniętymi zasłonami, chroniącymi od namiaru światła ze wschodu - przyglądam się złocistym refleksom. Ich taniec na ścianie, meblach czy ludzkim ciele (najpiękniej we włosach) sprawia, że mimowolnie się uśmiecham.

To chyba jeden z milszych sposobów rozpoczęcia dnia.











PS. Lady Marion kończy dziś osiem miesięcy!

_________________________
musztardowy rampers: Coodo

niedziela, 11 września 2016

NIE jestem Tobą!

Nie jestem Tobą, więc:

NIE mów mi, że każda ciężarna przestaje być wegetarianką i przechodzi na mięso. Nie czyń ze swoich przekonań prawd absolutnych i nie wymuszaj na mnie ich przyjęcia i wprowadzenia w życie. Martwisz się o moją dietę? Zaznacz to w inny sposób.

NIE wymagaj, bym wzięła urlop dziekański na ostatnim roku studiów tylko dlatego, że w sierpniu rodzę. To ostatni rok, będę miała zajęcia raz w tygodniu - dziecko przeżyje, wiesz?

NIE wymuszaj na mnie karmienia piersią. Bezwarunkowego. Tak, chcę karmić piersią. Tak, będę odciągała mleko w trakcie pobytu na uczelni. Tak, kiedy to nie wystarczy, podamy dziecku mleko modyfikowane. Nie, nie będę słuchała o tym, jak porównujesz taką sytuację do sytuacji maluchów z domów dziecka (bo obdarte z kontaktu z najbliższą osobą). Nie, nie wierzę, że więź matki z dzieckiem buduje się wyłącznie w trakcie karmienia piersią, że butelka - nawet z mlekiem mamy w środku - to egoizm i odbieranie dziecku bliskości.

NIE dokarmiaj mojego dziecka słodyczami za moimi plecami! Kiedy mówię "nie", wysłuchaj, a przynajmniej zachowaj w oczach mojego dziecka szacunek dla mnie jako rodzica. Jak mam budować swój autorytet, kiedy ja mówię "nie", a Ty zabierasz dziecko do pokoju obok i karmisz Kinder-czekoladą? (Bo zawiera "całą szklankę" mleka?) NIE wciskaj też słodyczy mojemu dziecku na siłę! Wyjaśnienie "bo może nie zauważył" nie jest żadnym wytłumaczeniem: jeśli słodycze są na stole, a moje dziecko wybiera suszoną żurawinę, która też na tym stole jest, to znaczy, że woli suszoną żurawinę! Moje dziecko ma oczy i samo wybierze ze stołu to, na co ma ochotę, nie musisz go dokarmiać!

NIE dosładzaj napojów mojego dziecka! Najlepsza jest dla niego woda - pozwól mi wykształcić u niego nawyk jej picia! Nie, nie przekonuje mnie argument o statusie ekonomicznym, że "nie jesteśmy biedakami, żeby wodę pić". To argumenty bzdurne, nastawione na konsumpcjonizm, nie mające nic wspólnego z rzeczywistym dobrem mojego dziecka. A jeśli już fundujesz mu cukier pod różną postacią, funduj potem wizyty u stomatologa, jasne?

NIE dosypuj soli do jedzenia mojego dziecka, zwłaszcza tego w słoiczkach! Nie smakuje Ci? Ok, ale przecież Ty tego nie jesz, prawda? Mojemu dziecku smakuje - nie potrzebuje recenzji Twoich kubków smakowych!

NIE mów mi, jak mam nazywać własne dziecko. Będę używała takich wyrazów, sformułowań czy zdrobnień, jakie mi pasują! Ja nie wymagam od Ciebie używania moich!

NIE wyręczaj się moim dzieckiem tylko dlatego, że sprawia Ci przyjemność pokazywanie innym, ile to ono potrafi. Nie udawaj więc, że nie potrafisz się schylić, by coś podnieść i ono ma to zrobić za Ciebie - albo zwyczajnie je poproś, albo podnieś samemu! Nie wymagaj od mojego dziecka, by pomagało Ci w domu, kiedy zostawiam je pod Twoją opieką! Anegdotki w stylu "My sobie kawę wypijemy, a zobaczysz! Mały John po nas posprząta!" nie robią na mnie wrażenia! Więcej: jestem wściekła!

NIE bij mojego dziecka - nic nigdy Cię do tego nie uprawnia! Nawet jego złe zachowanie w piaskownicy!

NIE pozwalaj mojemu dziecku na wszystko - noże, zszywacze (nawet bez zszywek) czy plastikowe śmieci w parku to nie są zabawki! Fakt, że moje dziecko wyciąga po nie ręce, bo jest nimi zainteresowane, nie znaczy, że ma je dostać do ręki, żeby zaspokoić ciekawość! Jeśli nabałagani - posprzątajcie razem, jeśli już nie chcesz, by sprzątało samo, bo to "odbieranie dzieciństwa". Tylko tak nauczy się odpowiedzialności za siebie, swoje rzeczy, działania i przestrzeń dookoła!

Ale przede wszystkim pamiętaj:

NIE jestem Tobą i mam odmienne poglądy na temat wychowania, żywienia i funkcjonowania zarówno siebie, jak i moich dzieci. Bądź asertywny i uszanuj moje zdanie, mamo, tato, teściowo, teściu, babciu, dziadku!

Już wykorzystaliście swoją szansę: przecież wychowaliście mnie lub Waszego syna na porządnego człowieka, który jest mądry i potrafi przekazać wartości swojemu dziecku. A jeśli uważacie, że gdzieś popełniliście kiedyś błąd, nie poprawiajcie go na moim dziecku - ono nie jest Waszym królikiem doświadczalnym czy sposobem na "spłatę wychowawczego długu"! 

piątek, 9 września 2016

Jak przygotować przyjęcie dla dziecka w stylu strażaka Sama? - czyli podsumowanie strażackiej imprezy urodzinowej mojego synka

zadbaj o dekoracje

Uwielbiam wieszać pod sufitem czy na ścianach różnego rodzaju kule honeycomb, rozety, girlandy i tym podobne - w bardzo krótkim czasie można z ich pomocą uzyskać spektakularne efekty, szybko przemienić "codzienne" wnętrze we wnętrze "imprezowe". Ostatnio wynotowałam jednak jedno "ale": o ile część z tych dekoracyjnych dodatków miałam zakupioną w kolorach stonowanych, uniwersalnych, pasujących do niemal wszystkiego, o tyle brakowało mi elementów wpisujących się w stylistykę tegorocznego przyjęcia urodzinowego synka - czerwonych... Choć uwielbiam ten kolor w zimie, w okresie bożonarodzeniowym, nie jestem jego fanką we wnętrzach, jest dla mnie za mocny; zdecydowanie traktuję go jako dodatek, nie motyw przewodni. Tym razem - i na ten jeden raz - miało być inaczej. Nie chciałam jednak kupować dekoracji, które potem leżałyby odłogiem w szufladzie, z tęsknotą i żalem wspominając swoją pierwszą i ostatnią sobotę (musiałyby nawet wybaczyć, że nie niedzielę jak w piosence). Na szczęście odpowiednio wcześniej usłyszałam o wypożyczalni rzeczy ładnych, która w takich chwilach spieszy z pomocą. To Borrówka, gdzie można za kilka złotych wypożyczyć różnego rodzaju kule honeycomb, girlandy, ale i (za nieco większą opłatą) namioty dla dzieciaków, drewniane krzesełka pod ich pupy czy inne. Wszystko, na co szkoda wydawać pieniądze, bo w normalnych warunkach jedynie by się w domu kurzyło albo zagracało piwnicę... Szybko przejrzałam więc asortyment, zapytałam o dostępność w interesującym mnie terminie i zaklepałam! Jedynym minusem wypożyczalni jest fakt, że po rzeczy trzeba pojechać osobiście do Gliwic. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło - można przy okazji odwiedzić Agnieszkę z Happy Place, bo to ona jest połową firmy! ;)

Nasz pokój dzienny w dniu przyjęcia (ale jeszcze przed jego rozpoczęciem) prezentował się więc tak:









Balony ze strażakiem Samem to prezent od siostry - dobrze mieć w rodzinie kilku fanów tego bohatera - można się wymieniać gadżetami ;).






Część dekoracji zawisła nad moim domkiem dla lalek, który również należało odpowiednio przygotować - a co! W oknach i na dachu pojawiły się płomienie, ktoś wezwał na miejsce straż pożarną... Działo się, oj, działo! 







przygotuj gadżety
i atrakcje
Mój syn, rzecz jasna, miał wystąpić w swoim kasku strażackim. Głupio jednak, gdyby na przyjęciu strażackim pojawił się 1 (słownie: jeden) strażak. Każdy z gości zasługiwał na miano rekruta, a co!
Pierwotnie planowałam dla każdego (albo przynajmniej prawie każdego) wykonać czapeczkę samodzielnie - zapewne z folii piankowej, którą lubię ostatnio wykorzystywać na różny sposób - ale nie bardzo miałam koncepcję. Kiedy więc znalazłam gotowce, nie zastanawiałam się długo. Dokupiłam do nich imprezowe trąbki imitujące węże strażackie oraz naklejki w kształcie odznak strażackich z miejscem na wpisanie imienia (wszystko znalazłam TUTAJ). Te ostatnie okazały się hitem! Rozeszły się jak świeże bułeczki - wprost proporcjonalnie do ilości przybywających gości. 

 


 


Trąbki co prawda nie wydawały żadnego dźwięku, ale też wypływająca z węża woda gasząca pożar raczej nie piszczy, wobec czego... wszystko było tak, jak być miało ;). Z użyciem trąbki i klocków Duplo powstała zabawa-konkurencja: kto szybciej (i celniej) ugasi pożar?


video


Do gadżetów kupnych dodałam zrobione przez siebie słomki, na moim drugim blogu  (TUTAJ) możecie znaleźć więcej zdjęć i instrukcję wykonania.




 

Nie zapomniałam jednak o ważnym, choć często bardzo pomijanym, aspekcie: pamiątce dla solenizanta. Kupiłam synkowi TĘ KARTKĘ urodzinową, która wędrowała między gośćmi, zostawiającymi w niej swoje życzenia. To jednak było dla mnie nieco za mało. Kilka dni przed przyjęciem poprosiłam tatę o wydrukowanie zdjęcia Małego Johna (z dodanym przeze mnie logo - strażacką odznaką z wkomponowanymi przeze mnie szczegółami, jak data i wiek syna) na papierze samoprzylepnym. Pierwotnie chciałam przykleić je na czerwoną tekturę albo gruby arkusz papieru w tym kolorze, ale nie znalazłam ich w domu. Stanęło na kartce A4 o pięknej, głębokiej barwie.




video


Na samej górze dodałam zdanie: Najbardziej lubię w Małym Johnie... Każdy z gości miał je uzupełnić własnymi słowami. Co najlepsze: każdy znajdował inną cechę, inny powód! Kiedy następnego dnia - już na spokojnie - opowiedziałam synkowi o tej kartce i przeczytałam zamieszczone na niej słowa od najbliższych, mój czterolatek rzucił z ciepłym uśmiechem: "Ojej, ale to miłe, mamo!"


zrób tort
najlepiej wóz strażacki

Moją instrukcję znajdziecie TUTAJ - biszkopt upiekłam dzień wcześniej, tego samego dnia zrobiłam też krem, który musiał leżakować w lodówce przynajmniej kilka godzin (a najlepiej całą noc). Samo składanie tortu i jego ozdabianie zajęło mi jakieś dwie godziny - w sobotę rano, na kilka godzin przed przyjęciem. Wyszło. Zdążyłam. Też dasz radę!





baw się dobrze