wtorek, 16 sierpnia 2016

syndrom "Shreka Forever"

 - dygresja, jako wprowadzenie - 

Przeglądam starsze wpisy i notuję, że do Marion zamieszkującej brzuch - gdy jeszcze nie wiedziałam, że będzie dziewczynką - zwracałam się "F.". Przekonana byłam wówczas (Niemalże pewna!), że noszę chłopca, któremu dane będzie na imię Franciszek. Myliłam się, bywa, jednak żeńska wersja imienia na tę literę nie dawała mi spokoju. Pierwsza myśl: Hmmm... Felicja? To przywołało wspomnienie czwartej części "Shreka", kiedy pod koniec bohaterowie wypowiadają to imię niemalże w tej samej chwili. A ta wymiana ich zdań, wzruszająca zresztą, przypomniała mi o samej scenie... Poczułam ściśnięcie w klatce piersiowej i łzawą mgiełkę na gałkach ocznych.

 - koniec dygresji - 


Wczoraj zanotowałam jakiś dół psychiczny, chyba. To był jeden z tych dni, kiedy chciałam "wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet"... Wyrwać się z domu, uciec - w zasadzie, móc zostawić za sobą wszystko - bez wyrzutów sumienia, tęsknoty i ciążącego poczucia odpowiedzialności. Być... wolna. Móc wsiąść do autobusu, pociągu, samolotu - czegokolwiek! Wyruszyć w samotną podróż w nieznane, bez jakiegokolwiek bagażu - zwłaszcza tego psychicznego, wrzuconego w serce.

Miałam dosyć dzieci, dosyć siedzenia w domu. Dość rytmu co-trzy-godziny, wyznaczanego karmieniem Marion. Dość krzyku, hałasu, gwaru... Dość zmęczenia materii, w tym ciała, które strzyka w coraz dziwniejszych miejscach i czasem podsuwa sugestię (Bezczelne!), że zbliża się starość. Miałam dość wszystkiego, niemalże. Życia w takiej formie, w taki sposób... Chciałam inaczej, na zupełnie własnych warunkach... Chciałam ciszy, spokoju... Oddechu... Odpoczynku...

Nachodzą mnie czasem takie dni, chociaż powinnam raczej napisać: chwile. Czasem długie, rozciągnięte prawie na cały dzień (wspomniany), częściej jednak właśnie momenty - i tak chcę o nich myśleć.

Pocieszam się, że to zupełnie naturalne myśli, emocje. Że zmienione priorytety, jak i życie zmienione... Że odpowiedzialność za dane życie plus pewnego rodzaju "projekt", jakim jest rodzicielstwo (bez czynienia z dzieci przedmiotów, jakiś obiektów eksperymentalnych)... To ciężka praca, która nie może nie pozostawić po sobie śladu, drobnej materii buntu, który budzi się w człowieku - dorosłym, wolnym, a tu proszę: "uwiązanym". 
Wielu tak postrzega rodzicielstwo: jako uwiązanie. Inni odwrotnie: jako wspaniałą przygodę. Wierzę i jednym, i drugim, najczęściej jednak podejrzewam, że każdemu z nich zdarza się czasem zboczyć w kierunku drugiej strony - tak dla równowagi, bo bez tego człowiek by psychicznie nie wytrzymał...

Czasem - jak wczoraj - chcę uciec. Chcę móc powiedzieć: "Stop!" i zażyczyć sobie być samą, zupełnie samiutką, która może zrobić ze sobą, co chce, nie musząc się tłumaczyć czy oglądać na kogokolwiek.
A potem - jak Shrek - nim dzień się skończy, walczę o pocałunek, tęsknię, najbardziej na świecie pragnę być z Nimi - swoją Rodziną. Bo po takim "zrywie wolnościowym" najważniejszym, co mam w życiu, są właśnie Oni - nawet ze swoją głośnością, ciągnięciem za włosy, wiecznym "Maaamooooo...!", zaglądaniem do toalety i tym podobne. Ze swoimi oczekiwaniami, "zrób to, powinnaś tamto" i tak dalej. I chociaż czasem mam ich totalnie dość, kocham ich najbardziej na świecie. 

Wczoraj zaliczyłam rodzicielski dół, by - całkiem przypadkiem (patrz dygresja) - przypomnieć sobie o tym, co najważniejsze.
Uwielbiam "Shreka Forever". Zawsze na nim płaczę, bo ta część uświadamia mi (chyba najsilniej), czym jest rodzicielstwo. Wieczną gonitwą i próbą złapania nieuchwytnego. Często brakiem oddechu i zwykłym zniechęceniem. A najważniejsze jest zawsze tuż obok, pod nosem... Jak często zdarza nam się o tym zapominać?

2 komentarze: