piątek, 26 sierpnia 2016

MotherHood

 - Poproszę ten robinhoodowski - rzekłam pewnie, pożądliwie zerkając w kierunku drewnianego, pięknie wygiętego łuku.

Równica, rok 2016, sierpień. Rok wcześniej, zaledwie kilka metrów dalej, TatoMąż ze szwagrem przez ponad godzinę wspinali się po linowym torze rozwieszonym między drzewami. Mieli frajdę, duzi chłopcy. W tym roku ja chciałam być małą dziewczynką i spełnić swoją zachciankę z czasów, gdy poznałam faceta nazywanego Robin Hoodem: strzelać z łuku.


 





Marion oddałam w ręce siostry, Mały John z kuzynem walczyli na drewniane katany (japońskie miecze z Ustronia - dobra wakacyjna pamiątka ;)) pod uważnym okiem TatoMęża, a ja ze szwagrem oddałam się sztuce celowania w środek tarczy. Z różnym skutkiem.





Kilka ciekawostek o strzelaniu z łuku:
 - ta skórzana opaska na lewej ręce jest po to, by luzująca się cięciwa nie "pogłaskała" nam ręki, przy okazji zdzierając skórę ;)
 - cięciwę powinno się naciągnąć na wysokość oczu - ja nie do końca dawałam radę, a po 15 strzałach, prawa dłoń odmawiała współpracy ;) (zaczynała drżeć ze zmęczenia, a ja traciłam celność)
 - mój łuk miał naciąg 15kg; sądziłam, że największym problemem będzie ból w prawej ręce - w końcu to nią naciągałam cięciwę, napinałam mięśnie; o dziwo, bolała ręka lewa - w łokciu, a wieczorem powyżej niego (niezłe zakwasy miałam i następnego dnia) - trzymanie samego łuku wymaga jednak większego nakładu pracy, czego się nie spodziewałam (przy prawej ręce bolały jedynie opuszki palców - bezpośrednio przytrzymujące cięciwę)
 - to frajda jest ;D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz