sobota, 13 sierpnia 2016

dziennik małych wielkich rzeczy

Nasza pamięć nie sięga pierwszych lat życia.
Podobno pierwszych trzech.
Trzech cudownych lat odkrywania świata, doświadczania nowych uczuć i emocji, trzech lat ważnych słów i zdarzeń.

 - tymi słowami "przywitał" mnie dziennik małych wielkich rzeczy. Z jego wnętrza wprost w moje ręce wysunęła się tekturowa kartka z nadrukowaną "instrukcją obsługi" - czy może raczej podpowiedzią, jak ten wyjątkowy zeszyt można wykorzystać. Pomysł? Pamiątka. Na całe życie.




Niech to będzie Twój list do Twojego dziecka, który będzie leżał i czekał na jego 18-ste urodziny lub inny ważny i przełomowy moment w życiu. A może wręczysz mu tak po prostu - bez okazji... Niezależnie kiedy, będzie to na pewno jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie dostanie w życiu.

...czytam te słowa, wieńczące "instrukcję", i próbuję zahamować łzy. Kiedy pierwszy raz otworzyłam przesyłkę, dosłownie poryczałam się nad dziennikiem. Niby trzymasz w rękach zwykły przedmiot, po prostu zwyczajny (choć piękny) zeszyt. Jak go wykorzystasz? Zależy od Ciebie. Ale jest mu przeznaczone być czymś więcej. Wypełnić go Treścią - Słowami, Obrazami, Wspomnieniami... Wszystkim tym, co codziennie nam umyka, a przecież stanowi o naszym życiu, czyni z nas... Nas.



Jak wygląda dziennik?
Okładka, wykonana z twardej tektury, chroni wnętrze. Złotawe plamy nadają jej pewien szyk, ale niepozbawiony dziecięcego uroku. To przedmiot i poważny, i prowokujący uśmiech. Łączy w sobie materie, które czasem wydają się nie do pogodzenia: dorosłość i dzieciństwo, łzy i śmiech. Wreszcie pokolenia... Bo może o to chodzi: by tkać sieć połączeń między przeszłością a przyszłością, nami a naszymi dziećmi?
Wnętrze zapełniają kartki z możliwością zaznaczenia dat. Wykropkowane, w linię, w kratkę, gładkie... Różnie ujęte formy, ale kreatywnie. Jakby dla zachęty, by nie tylko pisać czy traktować powierzchnię papieru dosłownie. Takie zaproszenie do zachowań na przekór - tu coś napisz, tam narysuj, może wyklej? Z tyłu jest miejsce na złożenie wiadomości. Przypomniało mi to "złote myśli", które zakładałyśmy w podstawówce z koleżankami - a w złożonych z kartek kopertach znajdowały się nasze skrywane sekrety - przeznaczone dla oczu nielicznych...
Są też tzw. kartki "tytułowe" - z miejscem na tytuł "rozdziału". Możemy bowiem naszą "opowieść" podzielić na fragmenty, odrębne całości, które razem stworzą historię nas, czy może raczej naszego dziecka.






Na Instagramie odpisałam marce Coodo, wspominając wzruszenie ich listem wewnątrz dziennika: Poczułam, że nie mogę tego zepsuć, ze trzymam w rękach narzędzie do osiągnięcia naprawdę dużego, ważnego celu…
 



No właśnie: jak tu tego nie zepsuć?
Perfekcjonizm to moje przekleństwo. Chciałabym, by wszystko, co sobie wymyślę czy zamarzę wyglądało jak w mojej głowie - idealnie, bo i projekt nie zakłada usterek. (Cóż to byłby za efekt finalny?) Nim więc podpisałam dziennik, minęło kilka dni, momentów zawahania, otwierania flamastra i zamykania, marszczenia ust i łagodzenia linii brwi. W końcu stało się. Odważyłam się, bo ważniejsze od formy czy estetycznego wyniku końcowego jest samo pisanie, notowanie, zapamiętywanie. Przechowywanie wspomnień czy moich przemyśleń - dla tej tutaj, maleńkiej mojej córeczki, która będzie czytała dziennik jako kobieta u progu dorosłego życia.





Kiedy pracowałam w księgarni, pewnego dnia podeszła do mnie starsza pani szukająca prezentu na chrzest wnuczki. Moja pierwsza myśl? Książka-pamiątka, w której można wypisywać wszelkie detale, drobiazgi, momenty przełomowe zwykle umykające po czasie ludzkiej pamięci. Z błyskiem ekscytacji w oku pokazałam klientce dostępne u nas egzemplarze. Ta niemal od razu machnęła na nie ręką.
 - Eeeee, nie! Kto by to uzupełniał! To zupełnie niepraktyczny prezent!

Nie wiem, może jestem dziwna, może "niedzisiejsza", może zbyt drobiazgowa czy skupiona na szczegółach. Ale moje dzieci mają swoje książki-pamiątki (zwaną różnie: kroniką, pierwszą książką dziecka i inne), osobny zeszyt, w którym notuję ich powiedzonka, nowe umiejętności, zabawne sytuacje... Do tego kalendarzyk rozszerzania diety Marion, książeczki zdrowia i ulotka jakiejś firmy, którą wykorzystałam tylko dlatego, że zawiera miejsce na wpisanie dat (z graficznym odpowiednikiem miejsca w dziecięcej "paszczy" ;)) wyrzynających się mleczaków... Niektóre (ok, wiele) ze skrzętnie notowanych informacji muszę umieszczać w kilku miejscach na raz, czasem zdarza się, że mam otwarte wszystkie te swoje "zeszyty" i tylko szukam odpowiedniego miejsca na dokumentację. Momentami bywa to uciążliwe, czasem zwyczajnie mi się nie chce i długo się zbieram, by przełamać się i uciszyć wewnętrznego lenia. Czasem wpisy pojawiają się dopiero po kilku dniach; to wystarczy, by pamięć zaczynała płatać figle, ale jeszcze była na tyle "świeża", że uchwycenie wspomnienia jest możliwe.
Jedno wiem na pewno: WARTO.



I ja mam swoją książkę-pamiątkę. Kiedyś znalazłam w niej pukiel swoich włosów (z pierwszego obcięcia), obrys mojej rączki (gdy miałam pół roku) i stópki (gdy miałam 10 miesięcy). Dzięki niemu wiem, że urodziłam się o godzinie 17:45, a dwa dni później odbywały się pierwsze próby mojego głośnego śmiechu. Że zaczynałam stawać na nóżkach, mając 9 miesięcy, i że miesiąc później wykonywałam pierwsze samodzielne kroki. Wiem, kiedy zaczęłam przewracać się na boczek, siadać, stać, mieć pierwsze ząbki. Wiem też (mniej więcej), jaka byłam mając pół roku - dzięki miejscu na wpisanie temperamentu dziecka, jego charakteru: Aktywna, wesoła, spostrzegawcza i towarzyska, ale i złośnica. Ładnie je - z zasypianiem gorzej. Gaduła - ruchliwa. Flirtusia. - Wynotowała moja mama. Na podobne notatki poświęcono dwie strony w moim "Albumie...", ale na tym pierwszym okresie wpis się kończy. Nie wiem, jaka byłam (a raczej jak odbierało mnie otoczenie), mając roczek, 1,5, 2 latka i tak co roku aż do osiemnastki. Oczywiście - gdy byłam już bardziej świadoma, co nieco pamiętam, zwłaszcza jako nastolatka, ale puste kartki biją po oczach, są pewnym brakiem, pustką. Nie dowiem się, kiedy odbyłam swoją pierwszą podróż, jak wyglądały moje pierwsze urodziny (ile było gości, jakie prezenty, tort, czy mi się podobało, czy nie). Nie przypomnę sobie swoich ulubionych zabawek z początków życia, pierwszego razu w kinie czy teatrze. Ulubioną piosenkę pamiętam: Lambada, do której tańczyłam jako osesek. Melodię zapamiętałam na bardzo długo, nosiłam ją w sobie i po latach mama - której pamięć pobudziło moje wspomnienie - opowiadała o kilku sytuacjach z dzieciństwa. Bo to tak jest właśnie: pamięć jest wybiórcza. Nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkiego, a niećwiczona, coraz bardziej zawodzi. Czasem przypomnimy sobie coś, prowokowani zapachem, dźwiękiem czy obrazem, ale częściej zapominamy. Pewnie już nie dowiem się, jakimi zabawnymi powiedzonkami rozśmieszałam otoczenie albo jak przeinaczałam różnego rodzaju wyrazy (dziecięcy słowniczek - wyraz dziecka plus znaczenie - jest pusty, brakuje w nim choćby jednego słowa). Nikt nie wynotował także "pierwszych dowodów dziecięcej miłości" czy ważniejszych przeżyć dziecka - a taka jestem dziś ciekawa, co mogłoby się tam znaleźć!
Jednocześnie przypominam sobie nagrania, które dzielnie rejestrowała nasza kamera (a w zasadzie kilka kamer, bo narzędzie przewijało się przez nasze kilkunastoletnie życie razem). Wpierw materiał bezdźwiękowy i moje puszczanie baniek ustami. Narodziny siostry, jej chrzest, nasze wspólne zabawy, urodziny, święta... Duże okazje i sytuacje "bez okazji". Codzienność. Gdy czasem oglądam te filmiki, poznaję siebie: przypominam sobie własne zachowania, co lubiłam, czego nie, jak intonowałam głos, jak się śmiałam. Człowiek się zmienia, ale takie rzeczy zostają - to nie tylko zwykłe pamiątki czy rejestr minionych czasów. To kapsuła pamięci, w której jesteśmy ukryci my sami - nasze wcześniejsze wcielenia...

Dlatego nie zamierzam zmarnować danej mi szansy. Notowanie tych różnych "drobnostek" momentami bywa nużące, trudne, zajmuje czas, który mogłabym poświęcić na coś innego. Wiem jednak, że jeśli nie teraz - na bieżąco, na "świeżo" - nie wynotuję tego nigdy. Przepadnie i zniknie. Pierwsze słowo, krok, ważne przeżycia. Ogromny kawał życia moich dzieci - często niezapisany na zdjęciach. Uchwycić to, co codziennie nam umyka - naszą teraźniejszość, ale za moment już przeszłość, nasze "Ja", zmieniającą się jednostkowość...












2 komentarze:

  1. Super i stres. Pomysł wspaniały, żeby tylko wytrwać w uzupełnianiu. Miałabym z tym problem. Oszczędzę więc sobie stresu i będę improwizować tzn. zmyślać za te 18 lat;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie w tym przypadku stres powinien działać jako mega motywator ;D Bo chwile miną i uciekną... I guzik... ;)

      Usuń