wtorek, 2 sierpnia 2016

cytat miesiąca (sierpień 2016)

To jest niesamowite, jak róże mogą być dzieciaki pochodzące od tych samych rodziców.

Sven Ehmann (cytat z magazynu "Fathers", nr 4, s. 20)




(...) śmieje się, opowiadając, ile on i Juliane nauczyli się szacunku do różnorodności, mając obok siebie raptem dwie nowe osoby, Agnieszka Bułacik uzupełniła słowa Svena.

Bo to tak jest: każdy jest inny. Banał, powiesz. Truizm, machniesz ręką. Ale banał banałem, truizm truizmem, ale prawdy oczywiste często są (Właśnie przez to, że "oczywiste"!) marginalizowane, spychane gdzieś tam w odmęty świadomości, bo przecież "każdy to wie, nic nowego, po co temu czas poświęcać, dajcie coś trudniejszego do namysłu!"

Dzisiaj serwuję więc coś "łatwego", "wiadomego". O tak, uśmiechnij się, poczuj ciepło w sercu, ale nie pozwól, by przyjemność zalała Cię całkowicie i odłączyła chłodny, analityczny umysł. Pochyl się nad powyższymi słowami i zastanów: czy rzeczywiście w Twoim domu jest miejsce na różnorodność?

Pamiętam moment, w którym przyjechaliśmy ze szpitala z Marion. Pierwsze dni były dla nas poznaniem nieznanego, oswajaniem się z czymś kosmicznym (i nie mam tu na myśli Cudu Życia jako takiego, choć i tak można to interpretować): Mała większość dnia... przesypiała. Budziła się na zmianę pieluchy, karmienie i znów szła spać. I tak co 3, 4 godziny. (W nocy trwał za to maraton z atrakcjami dla rodziców, ale ten fragment życiorysu naszej rodziny pozwolę sobie pominąć.) Staliśmy więc nad kołyską - naiwni rodzice, nieobeznani, znerwicowani - i zastanawialiśmy się: wybudzać? Nie wybudzać?
To była zupełna odmiana po Johnie, który był dość aktywnym noworodkiem (wiek niemowlęcy przeminął, aktywność pozostała ;)). Spokój i cisza przy maluszku, który - jak nauczył nas pierworodny - jest stworzeniem wielce wymagającym... była jak odkrycie Raju na ziemi, skrzynki z całkiem niezłym rumem zakopanej gdzieś na bezludnej wyspie, ekstra godzin w dobie. Cud jakiś!

Potem Marion przeszło, obserwowaliśmy natomiast, jak różne są te nasze maluchy. Poczynając od wyglądu (choć obecnie siostra upodabnia się do brata - jaśnieją jej włosy, a niektóre z min to wypisz-wymaluj wczesny Johnek), skończywszy na zachowaniu. I pewnie z każdym kolejnym miesiącem, rokiem, różnic będzie więcej, nie tylko z uwagi na odmienną płeć naszych dzieciaków. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne upodobania, rytm dnia, temperament...

Marion jest spokojniejsza, Mały John aktywny. Ona krzywi się na jedzonko "słoiczkowe", Młody niemal od razu je polubił. Ona za nic nie weźmie do ust mleka modyfikowanego, on dzielnie popijał z butki, gdy mama na uczelni kończyła pracę magisterską. Ciekawa jestem, jacy będą... Syna nieco już poznaję, od dobrego roku dyskutuje z nami, trzeba uzgadniać z nim różne decyzje jego dotyczące (co zje, w co się ubierze + co mu kupić, gdzie jedziemy i czy w ogóle). Córcia jest jeszcze taka maleńka... A mnie zżera ciekawość, jaka będzie, gdy dorośnie - jakie będzie miała pasje, ulubiony kolor, gatunek muzyczny...
Jednocześnie chciałabym mieć pewność, że będę na tyle otwarta, że jacy by nie byli - będę dla nich zawsze wsparciem. Wiecie - to kolejny truizm - swoje dzieci kocha się mimo wszystko, ale często ich odmienność od naszych jakichś tam wyobrażeń sprawia, że nie otwieramy się na własne dzieci, się się zamykamy, a nasz dialog sprowadza się do wyuczonych, ogólnych frazesów: "Co tam w szkole? OK? Aha, to dobrze!"
Ja chcę ze swoimi dziećmi rozmawiać, poznawać je, szanować, akceptować - niezależnie od tego, co będą mieć w głowach. (Oczywiście chciałabym, żeby miały same mądrości, ale to temat na osobny post, oddzielna sprawa, nad którą zresztą i tak jako rodzic powinnam pracować. ;))

Wiecie, czasami odzywa się we mnie taki głosik - wyrzut w stronę Małego Johna, że nie jest tak spokojny jak siostra albo w stronę Marion, że brat rozwijał się szybciej jako niemowlę. Łapię się wówczas na tych bzdurnych porównaniach i powtarzam sama sobie, do znudzenia: każdy człowiek jest inny - uszanuj to! Chcielibyśmy otaczać się ideałami, zaspokajać własne ambicje czy wyobrażenia modelami bez wad, odpowiadającymi potrzebom chwili. Ale tak się nie da, to nie wyjdzie. Im wcześniej to zrozumiemy, tym łatwiejsze będzie nasze życie, a dojrzewanie naszych dzieci szczęśliwsze.

Przekazujemy swoim dzieciom całe nasze dziedzictwo - część w genach, inne w procesie wychowania. Nie możemy przy tym oczekiwać, że będą kopią naszą albo naszych oczekiwań - to nie o to chodzi.
Powołujemy do życia Ludzi - Człowieka, który powinien zawsze być Sobą - kimś indywidualnym, jedynym w swoim rodzaju. To bywa trudne, to zaskakuje. Ale przyjmijmy tę "inność" z uśmiechem na ustach: to będzie nowa, wspaniała Jakość :).

"Fathers", nr 4, rewers
(prawdopodobnie jedyny magazyn, 
który DOSŁOWNIE czytam od A do Z)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz