sobota, 27 sierpnia 2016

Dobranocki mojej babci i mamy - wystawa czasowa w Muzeum Zagłębia w Będzinie

Jeśli mieszkacie na Śląsku i nie wiecie, w jaki sposób spędzić z dzieckiem ostatnie dni wakacji (bo macie już dosyć placów zabaw, tłocznych alejek w parku - znacie je już na wylot i czujecie, że jeszcze jeden raz, a monotonia zeżre Wasze pozytywne nastawienie i zniechęci do reszty), proponuję muzealne eskapady. Na początku sierpnia, jedno popołudnie spędziliśmy właśnie w ten sposób - wpierw oglądając bajkowe postaci w Muzeum Zagłębia, potem w mysłowickim (i jedynym w Polsce!) Centralnym Muzeum Pożarnictwa. Drugą miejscówkę polecam całym sercem - ilość wozów strażackich, kombinezonów czy sprzętów do gaszenia pożarów może zawrócić w głowie niejednemu Strażakowi Samowi Juniorowi. Wstęp w niedzielę jest darmowy, obok jest restauracja, a naprzeciwko kąpielisko Słupna (również wejście gratis) z kapitalnym placem zabaw w kształcie okrętu pirackiego. To naprawdę dobre miejsce na kilkugodzinny pobyt: naukę i zabawę jednocześnie. Co do pierwszej miejscówki i wystawy "wieczorynkowej" - moja relacja i odczucia poniżej.

Miś Uszatek, Koralgol, pingwinek Pik Pok, Mordziaki... To tylko niektóre z tytułów polskich animacji, które znam z własnego dzieciństwa, a przypominam je sobie z synkiem. Kawał świetnej pracy głównie łódzkich animatorów (warto wspomnieć również animację z muminkami, kiedy do Łodzi przyjechała sama Tove Jansson, by sprawdzić misternie wykonane figurki-aktorów). Wystawa Dobranocki mojej babci i mamy składa się głównie z niewielkich (mniej więcej długości mojej dłoni) postaci - oryginalnych lalek używanych w trakcie kręcenia poszczególnych animacji. Można więc na własne oczy zobaczyć Uszatka czy Koralgola, a także wiele postaci drugoplanowych czy pobocznych - każda wykonana z dbałością o najmniejszy szczegół, niezwykle misternie. W zasadzie można by patrzeć i patrzeć, wciąż sycić oczy starannością lalkarzy... Nuda? Dzieci nie wytrzymają? Guzik! Johnek spędził dobrych kilka minut, uważnie lustrując wzrokiem rybich mieszkańców oceanu. Różnorodność form, materiałów (w tym błyszczących) była atrakcyjna i dla dzieciaków. Jedynie Marion wyniosła z wycieczki najmniej ;).











Nie myślcie jednak, że oryginalne lalki-aktorzy to było wszystko. Można było również przejrzeć całą gablotkę retro gadżetów z motywami bajkowymi, oprawione w ramki prawdziwe klisze z animacji (przezroczyste arkusze papieru z namalowanymi postaciami, które - zmieniane i puszczane w przyspieszonym tempie wprawiały bohaterów w ruch) czy... wejść do pokoju misia Uszatka, usiąść na jego łóżku, porysować przy jego stoliku... Przyznaję się, głównie to ostatnie przekonało mnie, żeby zobaczyć wystawę.






Żeby nie było zbyt kolorowo... Co do podsumowania wystawy: mam mieszane uczucia. Lalki były przecudne - ich oglądaniu mogłabym poświęcić naprawdę dużo czasu. Pokoik misia Uszatka, w którym dzieci mogą się rozgościć - super pomysł. Możliwość poopowiadania dziecku, jak wygląda tworzenie ukochanych bajek - świetnie! Ale, ale!
O ile pani informująca nas telefonicznie o cenie biletów (bo można się było w tej kwestii pogubić - inaczej wygląda płatność w zależności od wystaw czasowych, stałych, w jednym budynku, w drugim, na parterze czy na piętrach) była niezwykle sympatyczna i ta witająca nas od progu w Pałacu Mieroszewskich (Może ta sama? Czułam się wyczekiwanym gościem - tak jest, gościem właśnie!) również, obsługa "dalsza" wyglądała już znacznie gorzej... Kobieta sprzedająca nam bilety, jeszcze nim na dobre weszliśmy do głównej sali muzeum (tej z kasą), krzyknęła na Johna, by nie dotykał gablotki, bo zniszczy. Gablotki z pamiątkami, dodajmy, różnej jakości zresztą. Dodała co prawda coś o bezpieczeństwie mojego dziecka (bo przewróci witrynę i może sobie zrobić krzywdę), ale i tak wyglądało bardziej na to, że dzieciak nie ma palcować szyb i dotykać tego, co mógłby uszkodzić. Średnio. Nie lepiej było na samej wystawie (płaciliśmy tylko za nią - dwa pomieszczenia bezpośrednio odchodzące od tego z kasą). Już na wejściu w kąciku znajdował się styropianowy domek Reksia (którego tekturowa podobizna stała obok); nim się zorientowałam, Mały John był już w środku. Nim zdążyłam zareagować i wyjaśnić synkowi, że lepiej, by nie hasał w muzeum, a do "eksponatów" (choć ten akurat trudno było określić takim mianem, ale niech będzie) podchodził z pewną dozą rezerwy i dystansem, zareagowała wspomniana kobieta. Podbiegła do nas, gwałtownie zwróciła uwagę mojemu dziecku i od tego "ekscesu" uważnie przyglądała się (z rękami splecionymi za plecami) naszym poczynaniom. Mimo więc całego mojego entuzjazmu, czułam się nieswojo, stale obserwowana. Nie mówiąc o synku, który sprowadzony do porządku utracił na wstępie sporo swojego zapału. Nawet kiedy chciał go "odzyskać", zauroczony - dajmy na  to - Pik Pokiem, kobieta znowu sprowadzała go do parteru typowymi muzealnymi komentarzami "Nie dotykaj!", "Nie ruszaj", "Uważaj!", "Tam nie wolno wchodzić!". Na dobrą sprawę nie dała mi możliwości zareagowania - sama umiałabym przecież wyjaśnić dziecku, co wolno, a czego nie. Ale najwyraźniej "wpadka" z budą Reksia ukazała nas (mnie i TatoMęża) w niekorzystnym świetle - jako rodziców pozwalających na wszystko, więc... przy tak przyjętej ocenie sytuacji, w sumie nie dziwiłam się "obsłudze". Żałowałam tylko, że jednak zabrakło większego luzu, swobody, zaufania... To w końcu wystawa dla dzieci... W poważnym miejscu, to fakt, niemniej głównie dla najmłodszych... (A może właśnie nie? Może kierowana była - wbrew nazwie - do babć i mam, czyli osób dorosłych, które wiedzą, jak zachować się w tego rodzaju miejscach? Znają społeczne kody, potrafią się odnaleźć?)

Uśmiechnęłam się gorzko pod nosem, gdy doszliśmy do pokoiku misia Uszatka - miejsca NA PEWNO interaktywnego. Otóż Johnek, kilkukrotnie upomniany, bojący się czegokolwiek dotknąć, nie chciał w ogóle usiąść na łóżku misia, dotknąć jego krzesełka, ani tym bardziej cokolwiek rysować na stoliku do tego przeznaczonym. I ja mu się zupełnie, ale to totalnie, nie dziwiłam. Też nie miałabym ochoty. Upewniony jednak przez nas, że może, że to właśnie po to zrobiono ten kącik, że może czuć się swobodnie, w końcu zdecydował się usiąść. I rysować, wyjątkowo zachęcany do tego przez "pilnującą" nas kobietę. (Skoro ona pozwala, chyba faktycznie można - musiał pomyśleć młody.) Odetchnęłam w duchu, radosna, że może zakończymy wycieczkę pozytywnym akcentem, gdy wtem... uważnie obserwująca nas kobieta (nie dawała za wygraną, cholira :P) podbiegła do Johna, wyrwała mu z ręki kawałek papieru z gwałtownym: "Nieee! Tego nie można kolorować! To nie! Tutaj są kartki do kolorowania!" i podeszła do regału ustawionego pod ścianą, skąd wyciągnęła odpowiednią kartkę. W tym momencie ręce mi opadły. Co chciało pokolorować moje dziecko? Zwykłą koszulkę nadrukowaną na papierze - czarno-białą, jakby "kolorowankową" - wyciętą jak w przedszkolu, czyt. żaden tam profesjonalizm, jakieś ważne materiały... ot, zwykły kawałek wyciętego materiału. (Sporo zresztą takich koszulek było rozrzuconych na stoliku, tuż obok rozrzuconych kredek. A karki teoretycznie przeznaczone do kolorowania właśnie? Odłożone na półkę. Na tyle wysoko, że przedszkolak nie miałby szans sam ich zlokalizować. Nie mówiąc o domyśleniu się, że to właśnie one służą do bycia pokolorowanymi, a nie te na stoliku.) Reakcja kobiety? Niewspółmierna. Ja rozumiem eksponaty. Że oryginały, że trzeba uważać, że wypożyczone. Ale to? Nie muszę chyba dodawać, że po tym incydencie młody w ogóle już nie chciał niczego robić na wystawie, niczego dotykać. Nawet niepokolorowanej kartki, którą finalnie dostał od pani, nie chciał wziąć do domu. I ja mu się, do jasnej cholery, w ogóle nie dziwię.

Wycofując się z wystawy, próbowaliśmy z TatoMężem kilka razy zagaić rozmowę, dowiedzieć się czegoś o eksponatach (Np. który miś jest więcej wart: Uszatek czy Koralgol?), ale nadaremnie. Usłyszeliśmy, że każdy jest cenny, bo to przecież oryginał. Na moją uwagę, że chyba taka wiewióreczka bez imienia a główny bohater to jednak nie ta sama kategoria, ponownie usłyszeliśmy, że to przecież oryginały, wypożyczone z wytwórni filmowych, więc cenne. Wiecie, metoda zdartej płyty, być może maskująca brak informacji. Ale czy nie łatwiej byłoby powiedzieć, że ceny są objęte tajemnicą? A "główne" figurki zapewne bezcenne? Nie wiem, TatoMąż stwierdził w każdym razie, że kobieta nic o wystawie nie widziała - takie sprawiała wrażenie, w każdym razie.

To ja opowiadałam Małemu Johnowi o tym, jak postaci są wprawiane w ruch. Brałam go na ręce i pokazywałam wspomniane wcześniej malunki - oprawione w ramę i występujące na białym tle, niepodpisane, tworzące jakby tło dla wyeksponowanych lalek, więc łatwo można je było przeoczyć... Szkoda... Bo to świetna okazja, by przybliżyć dziecku świat filmu, animacji, kulisy produkcji. Zabrakło jakiejś narracji, tak myślę, czegoś, co spajałoby typowo muzealne gablotki z figurkami z interaktywnym pokoikiem Uszatka. Wyjścia w kierunku dziecka - na całej przestrzeni, nie tylko "przy okazji" czy "pod koniec". Tutaj rolę przewodnika, informatora i "zabawiacza" pełnił rodzic. Gdybym jednak sama nie posiadała wiedzy, którą mam o filmach animowanych, wyszłabym z wystawy równie skonsternowana, co moje dziecko. Szkoda, bo to zmarnowany potencjał "Dobranocek mojej babci i mamy".

Niemniej, mimo wszystko, warto zobaczyć te lalki - śliczne są, po prostu. Cena biletu? Cztery złote za osobę (dorosłą, za dzieci nie płaciliśmy). Wystawa trwa do końca sierpnia - jeśli chcecie sami przekonać się, jaka jest i czy warto - macie czas do środy włącznie!

piątek, 26 sierpnia 2016

MotherHood

 - Poproszę ten robinhoodowski - rzekłam pewnie, pożądliwie zerkając w kierunku drewnianego, pięknie wygiętego łuku.

Równica, rok 2016, sierpień. Rok wcześniej, zaledwie kilka metrów dalej, TatoMąż ze szwagrem przez ponad godzinę wspinali się po linowym torze rozwieszonym między drzewami. Mieli frajdę, duzi chłopcy. W tym roku ja chciałam być małą dziewczynką i spełnić swoją zachciankę z czasów, gdy poznałam faceta nazywanego Robin Hoodem: strzelać z łuku.


 





Marion oddałam w ręce siostry, Mały John z kuzynem walczyli na drewniane katany (japońskie miecze z Ustronia - dobra wakacyjna pamiątka ;)) pod uważnym okiem TatoMęża, a ja ze szwagrem oddałam się sztuce celowania w środek tarczy. Z różnym skutkiem.





Kilka ciekawostek o strzelaniu z łuku:
 - ta skórzana opaska na lewej ręce jest po to, by luzująca się cięciwa nie "pogłaskała" nam ręki, przy okazji zdzierając skórę ;)
 - cięciwę powinno się naciągnąć na wysokość oczu - ja nie do końca dawałam radę, a po 15 strzałach, prawa dłoń odmawiała współpracy ;) (zaczynała drżeć ze zmęczenia, a ja traciłam celność)
 - mój łuk miał naciąg 15kg; sądziłam, że największym problemem będzie ból w prawej ręce - w końcu to nią naciągałam cięciwę, napinałam mięśnie; o dziwo, bolała ręka lewa - w łokciu, a wieczorem powyżej niego (niezłe zakwasy miałam i następnego dnia) - trzymanie samego łuku wymaga jednak większego nakładu pracy, czego się nie spodziewałam (przy prawej ręce bolały jedynie opuszki palców - bezpośrednio przytrzymujące cięciwę)
 - to frajda jest ;D

czwartek, 25 sierpnia 2016

zakupowy haul #1: H&M oraz Smyk

Dziś ma swą premierę pierwszy z filmików o moich zakupowych zdobyczach (czyli cieszący się fejmem na YouTubie cykl oznaczany słowem "haul")! Z marszu przepraszam za słabe oświetlenie - zbliżał się wieczór. I za kadr - celowałam w domek (miał się zmieścić cały, tja), nie w siebie, przez co nieco mnie obcięło. Bywa. Dlaczego tego nie poprawiłam? Bo miałam niecałe 20 minut, nim wróci TatoMąż z ferajną i zmiecie w pył warunki do nagrywania (spokój, ciszę, brak durnych komentarzy czy przestrzeń). Poza tym byłoby już wtedy po niespodziance dla Johnka. Także... jest jak jest. Pocieszam się tym, co mawiają na mieście: że początki bywają trudne, a potem jest lepiej. Więc tego, no... będzie lepiej ;).


video

moje łupy:


łącznie zapłaciłam: 64,80 PLN

Ale, ale! Wchodząc dziś na stronę H&M zauważyłam, że kupiona zaledwie wczoraj sukienka, dziś została przeceniona i kosztuje - zamiast 22,90 - 15,90! (zerknij TUTAJ) Warto więc czasem poczekać z polowaniem jeden dzień!

A jeśli chcecie kupić coś dla siebie, H&M ma zniżki do 40% na działy ONA i ON - oferta online ważna jest do 1 września (lub do wyczerpania zapasów) - w końcu my też musimy godnie przygotować się na rok szkolny ;).

PS. To nie jest post sponsorowany przez H&M, chociaż mógłby :P - nie obraziłabym się ;D.

niedziela, 21 sierpnia 2016

let it go

Ten post został opublikowany na moim drugim (a patrząc chronologicznie, pierwszym) blogu dokładnie dwa lata temu (a w zasadzie prawie dokładnie, bo jeden dzień wcześniej ;)). Przypominam o nim tutaj, bo te słowa wciąż są dla mnie aktualne i ważne, a piosenka wciąż porusza. Staram się o tym pamiętać każdego dnia... Ty też powinieneś, Rodzicu...


Lubimy co sobotę oglądać "Mały koncert życzeń" na TVS; młodzian tańczy do piosenek, próbuje śpiewać (a przynajmniej nucić, naśladując melodię, co - ku mojemu zaskoczeniu i z przypływem matczynej dumy - wychodzi mu całkiem, całkiem), a matka się wzrusza... Ilekroć puszczą nagrodzoną Oscarem piosenkę z filmu "Kraina Lodu"... łzy ciekną mi po twarzy.



Ta piosenka coś we mnie wyzwala, puszczają mi hamulce odpowiedzialne za trzymanie się w ryzach, słowa trafiają bezpośrednio do serca - dotykają do głębi. Mam wtedy ochotę krzyczeć za Demi Lovato "Let it go" - ostatecznie się wyzwolić... Zostawić za sobą to, co mnie stopuje, co mnie rani, co zatrzymuje mnie w miejscu. Zostawić, spojrzeć przed siebie i nie bać się iść naprzód... Ten utwór daje mi siłę. Właściwie nie tyle samą siłę, co świadomość, że ta siła - moc - we mnie drzemie i tylko czeka, bym jej użyła.

Ale to musi być Demi Lovato i oryginalna wersja piosenki. Polska - choć muzycznie i brzmieniowo nic jej zarzucić nie mogę - traci na tłumaczeniu. Oryginalny tekst jest uniwersalny, nie traktuje tylko o rozterkach Elsy - księżniczki, która długo musiała ukrywać swoją magiczną moc. Podobnie z tytułem filmu: oryginalne "Frozen" jest o wiele bardziej pojemne znaczeniowo niż polskie "Kraina Lodu". Bo tę historię można potraktować bardzo szeroko, odnieść (między innymi) do relacji rodzice-dziecko w każdym wieku, w każdym miejscu, w każdym czasie.

Frozen - zamrożona... Nie tylko kraina, którą skuły lodem chaotyczne, pełne przerażenia ruchy dopiero co ukoronowanej królowej Elsy. Sama bohaterka była zamrożona... Nie z uwagi na kryształki lodu, których nanocząsteczki mieszkały w niej, urzeczywistniając magię. Nie z racji, być może, chłodnego serca, z jakim potraktowała radującą się z zaręczyn siostrę.
Zamrożona Elsa była krucha jak sopel lodu. Twarda, ale delikatna, podatna na sygnały ze świata zewnętrznego, obawiająca się ich, chowająca przed słońcem, ukrywająca przed ciepłem: ludzkiego głosu, dotyku, czułości. Zamrożona w dzieciństwie przez swoich rodziców, którzy ze strachu i z niezrozumienia zabronili jej używać czarów. To jednak nie jest opowieść o złej Królowej Śniegu i krainie pozbawionej miłości. Rodzice Elsy ją kochali, a wszystko, co czynili, czynili właśnie z miłości... Miłość rodzicielska, która może zamknąć dziecko w kryształowym królestwie? Takich rodziców są setki, tysiące, miliony... Może my też takimi jesteśmy?
"Frozen" to historia dziecka, które wkracza w dorosłość zupełnie nieprzygotowane, obawiające się świata zewnętrznego, innych ludzi, nieakceptujące siebie. Elsa, od małego zamykana w pokoju - dla dobra swojego i siostry - musi wyjść ze swojej kryjówki, w miarę bezpiecznej przystani, by nałożyć koronę i zająć się królestwem po śmierci rodziców. Nie ma już ich wsparcia, została sama - tak jej zresztą (przynajmniej pozornie) wygodniej. Ochłodzenie jej kontaktów z Anną, trzymanie dystansu to sposób na okazanie miłości; nieme: "Nie zbliżaj się do mnie, jestem niebezpieczna. Nie dotykaj mnie, bo jeszcze niechcący zrobię ci krzywdę..." Człowiek tak pragnący zrozumienia, bliskości, jednocześnie wycofujący się z obawy przed konsekwencjami... Zabita radość życia, chęć jego poznawania, smakowania... (Charakteryzująca Annę - drugą z sióstr.) Może nie tyle zabita, co uśpiona, zamrożona właśnie. 
Chłodna, zdystansowana, lodowana Elsa wstąpiła na tron. Krucha jak sopel lodu królowa modliła się o to, by nic nie stało się jej ukochanej młodszej siostrze i całemu królestwu... Wciąż słysząca w swojej głowie słowa rodziców (wyśpiewane przez Demi Lovano): Nie wpuszczaj ich, nie pozwól im zobaczyć, bądź grzeczną dziewczynką - zawsze musisz nią być. Ukryj, nie czuj, nie pozwól im się dowiedzieć... (Don't let them in, don't let them see, Be the good girl - you always have to be, Conceal, don't feel, don't let them know...) Tym razem jednak stało się inaczej, niespodziewany obrót wypadków sprawił, że magiczna moc trzymana w tajemnicy... przestała być sekretem. Zwrotkę kończy wyzwalające (?): Cóż, oni już wiedzą... (Well, now they know)
Elsa zdaje sobie sprawę z faktu, że na nic starania; wszystko się wydało. Jednocześnie, wraz z uwolnieniem siły, która w niej tkwiła, bohaterka uświadamia sobie, że wybrzmiewające do tej pory w jej głowie pouczenia, jak powinna się zachowywać, co powinna robić straciły znaczenie, zdezaktualizowały się. Jest wolna. Wolna!

Let it go, let it go
Can't hold it back anymore
Let it go, let it go
Turn away and slam the door
I don't care what they're going to say
Odpuść, zostaw za sobą, wypuść, nie potrafisz już tego wytrzymać, nie potrafisz już trzymać tego w sobie; odpuść, zostaw, wyzwól, odwróć się i zatrzaśnij za sobą drzwi... Niech Cię nie obchodzi, co powiedzą...

To właśnie ten moment sprawia, że w momencie zaczynam płakać. Łzy ciekną mi z oczu, jak gdyby ktoś odkręcił we mnie jakiś kran, rozmroził skute lodem partie mojego wolnego ducha, ducha tak łaknącego wolności... Słowa "Let it go" mają wielką moc - ich siłą jest też uniwersalność, której w polskim przekazie brak. "Mam tę moc" również można zinterpretować w duchu mojego wywodu, ale sens pierwotnego przekazu jest niejako zaburzony. "Let it go" są ważne, bo mówią nam o tym, że czasem... trzeba coś za sobą zostawić. Nie patrzeć w tył, nie odwracać się. Po prostu iść przed siebie, z uśmiechem, z nadzieją na przygodę. To może dotyczyć wszystkiego: złych wspomnień, bolesnych słów, być może dotyczyć to będzie osób, które nas raniły. Dostajemy receptę na szczęśliwe życie - najprostszą i najtrudniejszą zarazem: zostaw, odpuść... Czasami walczymy z całym światem, czasami chcemy go na siłę zmienić, czasem latami cierpimy, zamykając się w sobie, obudowując pancerzem obojętności, jak Elsa nie dopuszczamy do siebie nikogo. A wystarczy zostawić przeszłość za sobą i iść. Po prostu iść przed siebie, ku słońcu... Jak Wojciech Cejrowski sprzedać lodówkę, by kupić bilet na podróż życia...

Kiedy płaczę na refrenie, kiedy mój głos zatrzymuje gula w gardle, a wzruszenie nie pozwala dośpiewać refrenu, odzywa się we mnie zalęknione dziecko, które zrozumiało, że nie musi się bać, że wszystko przed nim - wystarczy, że wyciągnie po to rękę...

To jedna strona mnie.
Jest jeszcze druga.

Jestem matką. Dwuletni staż to może nie za wiele, ale od niemal trzech lat przygotowuję się do pełnienia tej roli jak najlepiej; czytam mądre książki, nie daję się zwariować. Szukam pomocy, kiedy nie daję sobie rady. Zawsze ciągnęło mnie w kierunku książek, więc po nie sięgam; nie przyswajam jednak wiedzy ze wszystkich istniejących na rynku poradników. W domu mam dwie książki Jespera Juula i pozycję "Kiedy twoja złość krzywdzi dziecko" - one otworzyły mi oczy na wiele kwestii, których istnienia podświadomie się domyślałam, ale potrzebowałam wyartykułowania wprost. Szczególnie ostatnia ze wspomnianych przeze mnie pozycji wiele mi dała. Prócz teorii dotyczącej samego zjawiska złości czy temperamentu i etapów rozwoju dziecka, zawiera również testy i ćwiczenia dla rodziców. Taki rodzicielski samouczek... To nie jest lektura łatwa, sukces można osiągnąć jedynie wtedy, gdy będziemy stosowali się do wszystkich zasad, ale warto... W moim towarzyszeniu dziecku stosuję kilka i zauważyłam poprawę naszych wzajemnych relacji. To działa!
Wracając do sedna... Z rozmysłem napisałam "towarzyszenie dziecku" w miejsce "wychowania". Jesper Juul mówi o tym, że nie istnieje coś takiego jak "metody wychowawcze", że powinniśmy w ogóle odczarować termin "wychowanie". Za wiele od niego oczekujemy, za wiele się spodziewamy... Jeśli nam nie wychodzi, jeśli nasze dziecko marudzi, nie słucha, jeśli my czujemy się w jakimś momencie sfrustrowani, zwykle stwierdza się, że najwyraźniej wychowanie nie działa, nie wychodzi tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Ale... czyli jak?

W jednym z wpisów na swoim drugim blogu (TUTAJ) wspominałam o tym, że jako rodzice bawimy się w Boga, który stwarza dziecko na swój obraz i podobieństwo. Nasz maluch ma być taki jak my: tak samo mówić, myśleć, działać. Bez szemrania wykonywać nasze zalecenia, dyspozycje, zachowywać się w towarzystwie (by nie przynieść wstydu), reprezentować te same wartości, które my reprezentujemy. Problem w tym, że choć dziecko jest mieszanką naszych - czyli rodziców - genów, stanowi odrębną istotę, która ma prawo działać i myśleć według siebie, w zgodzie z samą sobą. My - rodzice - nie mamy prawa mu tego zabronić (oczywiście z wyłączeniem sytuacji, kiedy jego działania mogłyby kogoś - w tym je samo - realnie skrzywdzić). Zamiast codziennego wypiekania w formie "XXX Junior" (powielanie dorosłego), powinniśmy właśnie towarzyszyć dziecku w życiu: pokazywać mu świat, wyjaśniać reguły nim rządzące, opowiadać o tym, co jest dla nas ważne, tłumaczyć, odpowiadać na pytania... Być obok i służyć pomocą, dobrą radą, ciepłem swojego głosu i ciała. Czasami bowiem zapominamy o tym i - w dobrej wierze, z przekonaniem, z wewnętrznym poczuciem, że robimy jak należy - wymuszamy na dziecku podporządkowanie się, wtopienie się w tło, stopienie się z nami samymi. To nie musi być przemoc jawna, brutalność zauważona, wyraźna. To mogą być pełne miłości słowa, że "tego nie wolno, a tamto tak". To może być szczera troska np. w pytaniu: "A co ty będziesz robić po tych studiach?" Małe szpileczki, które wbijamy w psychikę dziecka, wierząc, że jesteśmy specjalistami od akupunktury. Cóż... Nie jesteśmy...

Znam wielu rodziców, którzy zachowują się jak rodzice animowanej Elsy. Zamykający dziecko w klatce "dla jego dobra", broniący być mu takim, jakim jest "dla jego dobra". Mówiący: "nie chwal się tym, zostaw to dla siebie" "dla jego dobra". Zamrażający dziecko z miłości...
Sama bywam taką matką. 
Wielbię ciszę i spokój, od dziecka potrafiłam zająć się sama sobą, bawiłam się w jednym "kącie" przez kilka godzin: a to lepiąc modele z papieru, a to budując coś z klocków, a to rysując czy pisząc. Lubiłam ten swój prywatny świat. Lubię go teraz... Wciąż mam swoje sprawy, pomysły, które czekają na realizację, książki, które oczekują na przeczytanie, historie, które chciałabym opowiedzieć... Moje wysiedziane miejsce na kanapie, komputer albo notatnik, przybornik, igła, nici, materiał... Potrafię w ciszy spędzić naprawdę wiele czasu, pozornie nie ruszam się z miejsca, ale moja wyobraźnia zwiedza cały świat... Inaczej - przynajmniej fizycznie - "działa" moje dziecko. Przewrócone trzy strony książki, kilka okrążeń samochodem, puszczona piosenka w radio i wesoły taniec trwający kilkanaście sekund, szaleńczy bieg dookoła stołu, rzucenie się na matkę i znów: przewrócone trzy strony książki, kilka okrążeń samochodem... Mój syn ma zupełnie inny temperament niż ja. Czasami mnie to irytuje, czasami mam tego serdecznie dość, czasami krzyczę "Cisza!", bo jego piski doprowadzają mnie do szału. Z drugiej strony... On ma dopiero dwa lata. To normalne, że szaleje, że biegnie zamiast chodzić, że cieszy się z każdej drobnostki całym sobą, że nie jest wyćwiczony w cierpliwym siedzeniu przy matce, która potrafi tak siedzieć godzinami... Mój syn różni się ode mnie, jest inny. Ale "inny" nie znaczy "gorszy", choć czasem chciałoby się tak myśleć, uprościć wszystko, sprowadzić do łatwego równania: inny = nie taki jak ja = gorszy. Niezrozumienie połączone z wygodą - niechęć uczenia się nowego człowieka, dostosowywania do niego, bo "to ono powinno dostosować się do nas". Jasne, jako rodzice musimy wyznaczać granice, "bezstresowe" wychowanie jest bez sensu, może zaszkodzić na równi z jego przeciwieństwem (czyli wspomnianym tworzeniem kopii nas samych). Po raz kolejny przydałby się złoty środek...

Złotym środkiem jest... miłość. Ale nie miłość wybiórcza, stawiająca warunki. Po prostu: miłość... Pełna akceptacja drugiego człowieka. Z jego wadami i zaletami, z jego temperamentem, z jego planami na przyszłość, z jego pasjami... Prawdziwie kochać to znaczy pozwolić żyć drugiej osobie. Być obok niej, towarzyszyć jej w codzienności, ale nigdy nie zawłaszczać jej dla siebie, traktować po partnersku, pozwolić oddychać. To właśnie miłość do siostry pozwoliła Elsie odczarować Annę, pozwoliła jej zapanować nad lękiem i czarami. To miłość, która się nie boi, która silna jest tym, że jest wolnością.

Przykład pierwszy:
Uwielbiał grać w gry komputerowe. Od kiedy rodzice podłączyli w domu Internet, nie odrywał oczu od ekranu monitora. Kolorowe błyski odbijały się w jego źrenicach; chłonął zero-jedynkowe narracje całym sobą. Rodzice z początku nie przeczuwali, że do tego dojdzie, że godzinna gra w przeciągu kilku miesięcy zamieni się w kilkudniowy maraton. Gorsze stopnie w szkole, brak znajomych, z którymi mógłby wyjść z domu, brak zainteresowania rodziną, ciągłe zamykanie się w pokoju. Coraz częstsze kłótnie, krzyki, "Nie rozumienie mnie!" kontra "Idź się uczyć!" Być może rodzice w końcu uznają, że komputer należy wyrzucić, że trzeba ograniczyć syna w każdej dziecinie wirtualnego życia, by zechciał powrócić do świata rzeczywistego. Być może syn nigdy nie przestanie się z nimi kłócić. Być może ucieknie z domu, by realizować swój scenariusz. Ale, być może, rodzice przekują pasję syna w sukces: zapiszą go na zajęcia informatyczne, by nauczył się sam robić gry. Być może zainteresują się rozrywką swojego dziecka i - po poszukiwaniach - zabiorą go na turniej? Być może ich syn znajdzie tam kolegów, ludzi myślących tak, jak on? Być może zechce wziąć udział w rozgrywkach, a pasja przerodzi się w pracę zarobkową? Zakończenie jest otwarte.

Przykład drugi:
Rodzina lekarzy. Jedyny syn pary (tu wpisz wybraną specjalizację) od dziecka ujawnia zainteresowanie pracami ręcznymi: budowaniem z klocków, lepieniem z plasteliny, budowaniem makiet. Rodzice są zadowoleni; są przekonani, że zmysł obserwatora i od małego ćwiczona precyzja, gimnastykowanie palców, przysłużą się potomkowi w karierze medycznej. Mina rodziców rzednie nieco w momencie, w którym ich jedyny syn obwieszcza im, że zapisuje się na kółko plastyczne. "A, niech ćwiczy," machają ręką. "To mu się przyda na zajęciach z rysunku anatomicznego." Akceptacja kończy się w momencie, w którym potomek informuje, że nie będzie zdawał na maturze biologii, fizyki i chemii. "Zdaję na ASP" - mówi. Rodzice są wściekli. "Nie możesz! Tyle zmarnowanego czasu! Nasza rodzina od pokoleń zajmuje się medycyną! Musisz kontynuować rodzinną tradycję!" Być może ojciec wydziedziczy swojego jedynego syna. Być może matka nie będzie potrafiła spojrzeć młodemu artyście w oczy. Być może syn zostawi swoich rodziców, by robić to, co sprawia mu radość. Lub, być może, przestraszy się, zniechęci i - zdruzgotany - będzie próbował wkupić się w łaski ukochanych rodziców... Zakończenie jest otwarte.

Przykład trzeci:
Od małego była delikatną dziewczynką. Lubiła kolor różowy, malowała się szminkami mamy, chodziła na kółko baletowe. W gimnazjum była pilną uczennicą, to samo w liceum. Maturę zdała na piątkę, dostała się na wymarzone studia, po których znalazła idealną pracę. Rodzice pękali z dumy: ich mała córeczka dorosła i była szczęśliwa... Radość trwała jednak krótko. Pewnego dnia ta mała dziewczynka - obecnie świadoma siebie młoda kobieta - stanęła w progu rodzinnego domu z trzymającą ją za rękę koleżanką. "Mamo, tato, to jest moja partnerka. Kochamy się, chcemy zamieszkać razem." Świat rodziców legł w gruzach, dosłownie w jednym momencie roztrzaskał na tysiące kawałeczków. Jak to?! Ich dziecko jest... lesbijką? Ich mała, kochana córeczka, świetna uczennica, jest... homoseksualna? To nie mieściło się w ich głowach, więc nie wiedzieli, co myśleć, nie wiedzieli, co powiedzieć. Stali w milczeniu, aż ich ukochana córka odwróciła się i odeszła, prowadząc ukochaną za rękę. Być może zerwie z nią jeszcze dzisiaj i zadzwoni do rodziców następnego dnia, żeby przeprosić. Być może zamilknie i - utulona kojącym głosem swojej partnerki - przezwycięży uczucie głębokiego zawodu. Być może rodzice uznają, że stracili dziecko. Albo, być może, zrozumieją swój błąd i będą chcieli poznać ukochaną swojego dziecka - przecież musi być kimś dobrym, skoro ich córka oddała jej serce? Zakończenie jest otwarte.

Przykład czwarty:
...to Twój przykład. Przeanalizuj swoje relacje z dzieckiem. Każdy rodzic przeżywa w życiu taki moment, kiedy nie rozumie swojej pociechy, kiedy krzykiem ma ochotę przywołać ją do porządku, znów stanąć na pewnym gruncie, w dobrze znanym terenie, gdzie wszystkie triki i zasady są mu dobrze znane, opanowane, jasne. Możemy jak Starotestamentowy Bóg wygnać Adama i Ewę z Raju - ukarać dziecko za niesubordynację, w miejsce zrozumienia i wybaczenia, postawić gorejący złością miecz, by nas oddzielał. Możemy też próbować zrozumieć, pytać, wyciągać rękę, kucać, by nie wywyższać się w trakcie rozmowy z dzieckiem. Możemy wspierać je w jego wyborach, w jego planach. Możemy być przy nim, gotowi okazać swoją miłość.

Zakończenie jest otwarte.


Akceptujmy swoje dziecko takim, jakie jest. Nie zmieniajmy go na siłę. Nie próbujmy dostosować dziecka do naszych wzorców, pragnień. Nie wymagajmy od niego niewykonalnego. Bądźmy sobą i oczekujmy tego samego od innych. Bądźmy szczęśliwi, realizując się i pozwalając realizować się innym.

Let it go... Moje oczy znów przesłoniła łzawa firanka. Prawdziwie kochać dziecko to znaczy pozwolić mu odejść. To znaczy dać mu wolność, wspierać w rozwoju po to, by w przyszłości mogło wyruszyć w świat zdrowe, dojrzałe i żądne przygód. Być może nie będzie chciało, byśmy mu towarzyszyli. Musimy przyjąć to po męsku - na klatę - bo tylko tak sprawimy, że nasze dziecko będzie szczęśliwe.

Ocieram łzy. Wiecie co? Jeśli będziemy gotowi wypuścić nasze dziecko, pozwolić mu rozwinąć skrzydła i odlecieć, całkiem prawdopodobne (być może stuprocentowo!), że ono do nas wróci. Samo z siebie. Z miłości.


wtorek, 16 sierpnia 2016

syndrom "Shreka Forever"

 - dygresja, jako wprowadzenie - 

Przeglądam starsze wpisy i notuję, że do Marion zamieszkującej brzuch - gdy jeszcze nie wiedziałam, że będzie dziewczynką - zwracałam się "F.". Przekonana byłam wówczas (Niemalże pewna!), że noszę chłopca, któremu dane będzie na imię Franciszek. Myliłam się, bywa, jednak żeńska wersja imienia na tę literę nie dawała mi spokoju. Pierwsza myśl: Hmmm... Felicja? To przywołało wspomnienie czwartej części "Shreka", kiedy pod koniec bohaterowie wypowiadają to imię niemalże w tej samej chwili. A ta wymiana ich zdań, wzruszająca zresztą, przypomniała mi o samej scenie... Poczułam ściśnięcie w klatce piersiowej i łzawą mgiełkę na gałkach ocznych.

 - koniec dygresji - 


Wczoraj zanotowałam jakiś dół psychiczny, chyba. To był jeden z tych dni, kiedy chciałam "wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet"... Wyrwać się z domu, uciec - w zasadzie, móc zostawić za sobą wszystko - bez wyrzutów sumienia, tęsknoty i ciążącego poczucia odpowiedzialności. Być... wolna. Móc wsiąść do autobusu, pociągu, samolotu - czegokolwiek! Wyruszyć w samotną podróż w nieznane, bez jakiegokolwiek bagażu - zwłaszcza tego psychicznego, wrzuconego w serce.

Miałam dosyć dzieci, dosyć siedzenia w domu. Dość rytmu co-trzy-godziny, wyznaczanego karmieniem Marion. Dość krzyku, hałasu, gwaru... Dość zmęczenia materii, w tym ciała, które strzyka w coraz dziwniejszych miejscach i czasem podsuwa sugestię (Bezczelne!), że zbliża się starość. Miałam dość wszystkiego, niemalże. Życia w takiej formie, w taki sposób... Chciałam inaczej, na zupełnie własnych warunkach... Chciałam ciszy, spokoju... Oddechu... Odpoczynku...

Nachodzą mnie czasem takie dni, chociaż powinnam raczej napisać: chwile. Czasem długie, rozciągnięte prawie na cały dzień (wspomniany), częściej jednak właśnie momenty - i tak chcę o nich myśleć.

Pocieszam się, że to zupełnie naturalne myśli, emocje. Że zmienione priorytety, jak i życie zmienione... Że odpowiedzialność za dane życie plus pewnego rodzaju "projekt", jakim jest rodzicielstwo (bez czynienia z dzieci przedmiotów, jakiś obiektów eksperymentalnych)... To ciężka praca, która nie może nie pozostawić po sobie śladu, drobnej materii buntu, który budzi się w człowieku - dorosłym, wolnym, a tu proszę: "uwiązanym". 
Wielu tak postrzega rodzicielstwo: jako uwiązanie. Inni odwrotnie: jako wspaniałą przygodę. Wierzę i jednym, i drugim, najczęściej jednak podejrzewam, że każdemu z nich zdarza się czasem zboczyć w kierunku drugiej strony - tak dla równowagi, bo bez tego człowiek by psychicznie nie wytrzymał...

Czasem - jak wczoraj - chcę uciec. Chcę móc powiedzieć: "Stop!" i zażyczyć sobie być samą, zupełnie samiutką, która może zrobić ze sobą, co chce, nie musząc się tłumaczyć czy oglądać na kogokolwiek.
A potem - jak Shrek - nim dzień się skończy, walczę o pocałunek, tęsknię, najbardziej na świecie pragnę być z Nimi - swoją Rodziną. Bo po takim "zrywie wolnościowym" najważniejszym, co mam w życiu, są właśnie Oni - nawet ze swoją głośnością, ciągnięciem za włosy, wiecznym "Maaamooooo...!", zaglądaniem do toalety i tym podobne. Ze swoimi oczekiwaniami, "zrób to, powinnaś tamto" i tak dalej. I chociaż czasem mam ich totalnie dość, kocham ich najbardziej na świecie. 

Wczoraj zaliczyłam rodzicielski dół, by - całkiem przypadkiem (patrz dygresja) - przypomnieć sobie o tym, co najważniejsze.
Uwielbiam "Shreka Forever". Zawsze na nim płaczę, bo ta część uświadamia mi (chyba najsilniej), czym jest rodzicielstwo. Wieczną gonitwą i próbą złapania nieuchwytnego. Często brakiem oddechu i zwykłym zniechęceniem. A najważniejsze jest zawsze tuż obok, pod nosem... Jak często zdarza nam się o tym zapominać?

sobota, 13 sierpnia 2016

dziennik małych wielkich rzeczy

Nasza pamięć nie sięga pierwszych lat życia.
Podobno pierwszych trzech.
Trzech cudownych lat odkrywania świata, doświadczania nowych uczuć i emocji, trzech lat ważnych słów i zdarzeń.

 - tymi słowami "przywitał" mnie dziennik małych wielkich rzeczy. Z jego wnętrza wprost w moje ręce wysunęła się tekturowa kartka z nadrukowaną "instrukcją obsługi" - czy może raczej podpowiedzią, jak ten wyjątkowy zeszyt można wykorzystać. Pomysł? Pamiątka. Na całe życie.




Niech to będzie Twój list do Twojego dziecka, który będzie leżał i czekał na jego 18-ste urodziny lub inny ważny i przełomowy moment w życiu. A może wręczysz mu tak po prostu - bez okazji... Niezależnie kiedy, będzie to na pewno jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie dostanie w życiu.

...czytam te słowa, wieńczące "instrukcję", i próbuję zahamować łzy. Kiedy pierwszy raz otworzyłam przesyłkę, dosłownie poryczałam się nad dziennikiem. Niby trzymasz w rękach zwykły przedmiot, po prostu zwyczajny (choć piękny) zeszyt. Jak go wykorzystasz? Zależy od Ciebie. Ale jest mu przeznaczone być czymś więcej. Wypełnić go Treścią - Słowami, Obrazami, Wspomnieniami... Wszystkim tym, co codziennie nam umyka, a przecież stanowi o naszym życiu, czyni z nas... Nas.



Jak wygląda dziennik?
Okładka, wykonana z twardej tektury, chroni wnętrze. Złotawe plamy nadają jej pewien szyk, ale niepozbawiony dziecięcego uroku. To przedmiot i poważny, i prowokujący uśmiech. Łączy w sobie materie, które czasem wydają się nie do pogodzenia: dorosłość i dzieciństwo, łzy i śmiech. Wreszcie pokolenia... Bo może o to chodzi: by tkać sieć połączeń między przeszłością a przyszłością, nami a naszymi dziećmi?
Wnętrze zapełniają kartki z możliwością zaznaczenia dat. Wykropkowane, w linię, w kratkę, gładkie... Różnie ujęte formy, ale kreatywnie. Jakby dla zachęty, by nie tylko pisać czy traktować powierzchnię papieru dosłownie. Takie zaproszenie do zachowań na przekór - tu coś napisz, tam narysuj, może wyklej? Z tyłu jest miejsce na złożenie wiadomości. Przypomniało mi to "złote myśli", które zakładałyśmy w podstawówce z koleżankami - a w złożonych z kartek kopertach znajdowały się nasze skrywane sekrety - przeznaczone dla oczu nielicznych...
Są też tzw. kartki "tytułowe" - z miejscem na tytuł "rozdziału". Możemy bowiem naszą "opowieść" podzielić na fragmenty, odrębne całości, które razem stworzą historię nas, czy może raczej naszego dziecka.






Na Instagramie odpisałam marce Coodo, wspominając wzruszenie ich listem wewnątrz dziennika: Poczułam, że nie mogę tego zepsuć, ze trzymam w rękach narzędzie do osiągnięcia naprawdę dużego, ważnego celu…
 



No właśnie: jak tu tego nie zepsuć?
Perfekcjonizm to moje przekleństwo. Chciałabym, by wszystko, co sobie wymyślę czy zamarzę wyglądało jak w mojej głowie - idealnie, bo i projekt nie zakłada usterek. (Cóż to byłby za efekt finalny?) Nim więc podpisałam dziennik, minęło kilka dni, momentów zawahania, otwierania flamastra i zamykania, marszczenia ust i łagodzenia linii brwi. W końcu stało się. Odważyłam się, bo ważniejsze od formy czy estetycznego wyniku końcowego jest samo pisanie, notowanie, zapamiętywanie. Przechowywanie wspomnień czy moich przemyśleń - dla tej tutaj, maleńkiej mojej córeczki, która będzie czytała dziennik jako kobieta u progu dorosłego życia.





Kiedy pracowałam w księgarni, pewnego dnia podeszła do mnie starsza pani szukająca prezentu na chrzest wnuczki. Moja pierwsza myśl? Książka-pamiątka, w której można wypisywać wszelkie detale, drobiazgi, momenty przełomowe zwykle umykające po czasie ludzkiej pamięci. Z błyskiem ekscytacji w oku pokazałam klientce dostępne u nas egzemplarze. Ta niemal od razu machnęła na nie ręką.
 - Eeeee, nie! Kto by to uzupełniał! To zupełnie niepraktyczny prezent!

Nie wiem, może jestem dziwna, może "niedzisiejsza", może zbyt drobiazgowa czy skupiona na szczegółach. Ale moje dzieci mają swoje książki-pamiątki (zwaną różnie: kroniką, pierwszą książką dziecka i inne), osobny zeszyt, w którym notuję ich powiedzonka, nowe umiejętności, zabawne sytuacje... Do tego kalendarzyk rozszerzania diety Marion, książeczki zdrowia i ulotka jakiejś firmy, którą wykorzystałam tylko dlatego, że zawiera miejsce na wpisanie dat (z graficznym odpowiednikiem miejsca w dziecięcej "paszczy" ;)) wyrzynających się mleczaków... Niektóre (ok, wiele) ze skrzętnie notowanych informacji muszę umieszczać w kilku miejscach na raz, czasem zdarza się, że mam otwarte wszystkie te swoje "zeszyty" i tylko szukam odpowiedniego miejsca na dokumentację. Momentami bywa to uciążliwe, czasem zwyczajnie mi się nie chce i długo się zbieram, by przełamać się i uciszyć wewnętrznego lenia. Czasem wpisy pojawiają się dopiero po kilku dniach; to wystarczy, by pamięć zaczynała płatać figle, ale jeszcze była na tyle "świeża", że uchwycenie wspomnienia jest możliwe.
Jedno wiem na pewno: WARTO.



I ja mam swoją książkę-pamiątkę. Kiedyś znalazłam w niej pukiel swoich włosów (z pierwszego obcięcia), obrys mojej rączki (gdy miałam pół roku) i stópki (gdy miałam 10 miesięcy). Dzięki niemu wiem, że urodziłam się o godzinie 17:45, a dwa dni później odbywały się pierwsze próby mojego głośnego śmiechu. Że zaczynałam stawać na nóżkach, mając 9 miesięcy, i że miesiąc później wykonywałam pierwsze samodzielne kroki. Wiem, kiedy zaczęłam przewracać się na boczek, siadać, stać, mieć pierwsze ząbki. Wiem też (mniej więcej), jaka byłam mając pół roku - dzięki miejscu na wpisanie temperamentu dziecka, jego charakteru: Aktywna, wesoła, spostrzegawcza i towarzyska, ale i złośnica. Ładnie je - z zasypianiem gorzej. Gaduła - ruchliwa. Flirtusia. - Wynotowała moja mama. Na podobne notatki poświęcono dwie strony w moim "Albumie...", ale na tym pierwszym okresie wpis się kończy. Nie wiem, jaka byłam (a raczej jak odbierało mnie otoczenie), mając roczek, 1,5, 2 latka i tak co roku aż do osiemnastki. Oczywiście - gdy byłam już bardziej świadoma, co nieco pamiętam, zwłaszcza jako nastolatka, ale puste kartki biją po oczach, są pewnym brakiem, pustką. Nie dowiem się, kiedy odbyłam swoją pierwszą podróż, jak wyglądały moje pierwsze urodziny (ile było gości, jakie prezenty, tort, czy mi się podobało, czy nie). Nie przypomnę sobie swoich ulubionych zabawek z początków życia, pierwszego razu w kinie czy teatrze. Ulubioną piosenkę pamiętam: Lambada, do której tańczyłam jako osesek. Melodię zapamiętałam na bardzo długo, nosiłam ją w sobie i po latach mama - której pamięć pobudziło moje wspomnienie - opowiadała o kilku sytuacjach z dzieciństwa. Bo to tak jest właśnie: pamięć jest wybiórcza. Nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkiego, a niećwiczona, coraz bardziej zawodzi. Czasem przypomnimy sobie coś, prowokowani zapachem, dźwiękiem czy obrazem, ale częściej zapominamy. Pewnie już nie dowiem się, jakimi zabawnymi powiedzonkami rozśmieszałam otoczenie albo jak przeinaczałam różnego rodzaju wyrazy (dziecięcy słowniczek - wyraz dziecka plus znaczenie - jest pusty, brakuje w nim choćby jednego słowa). Nikt nie wynotował także "pierwszych dowodów dziecięcej miłości" czy ważniejszych przeżyć dziecka - a taka jestem dziś ciekawa, co mogłoby się tam znaleźć!
Jednocześnie przypominam sobie nagrania, które dzielnie rejestrowała nasza kamera (a w zasadzie kilka kamer, bo narzędzie przewijało się przez nasze kilkunastoletnie życie razem). Wpierw materiał bezdźwiękowy i moje puszczanie baniek ustami. Narodziny siostry, jej chrzest, nasze wspólne zabawy, urodziny, święta... Duże okazje i sytuacje "bez okazji". Codzienność. Gdy czasem oglądam te filmiki, poznaję siebie: przypominam sobie własne zachowania, co lubiłam, czego nie, jak intonowałam głos, jak się śmiałam. Człowiek się zmienia, ale takie rzeczy zostają - to nie tylko zwykłe pamiątki czy rejestr minionych czasów. To kapsuła pamięci, w której jesteśmy ukryci my sami - nasze wcześniejsze wcielenia...

Dlatego nie zamierzam zmarnować danej mi szansy. Notowanie tych różnych "drobnostek" momentami bywa nużące, trudne, zajmuje czas, który mogłabym poświęcić na coś innego. Wiem jednak, że jeśli nie teraz - na bieżąco, na "świeżo" - nie wynotuję tego nigdy. Przepadnie i zniknie. Pierwsze słowo, krok, ważne przeżycia. Ogromny kawał życia moich dzieci - często niezapisany na zdjęciach. Uchwycić to, co codziennie nam umyka - naszą teraźniejszość, ale za moment już przeszłość, nasze "Ja", zmieniającą się jednostkowość...












środa, 10 sierpnia 2016

cherrywood stories: Niech moc będzie z tobą, Obi Wan Kenobi!

 - Obi Wan jest zepsuty - oświadczyło pewnego dnia moje pierworodne dziecko.
 - Co mu się stało? - zapytałam.
 - Ma w środku robaki. Ale nie martw się, naprawię go.

Jak powiedział, tak zrobił. Mały John przyniósł skrzynkę z narzędziami i dokładnie przebadał pana Kenobiego - opukał, ostukał, przeprowadził transmutację czaszki, śrubki dokręcił i przywrócił rycerza do pionu. (W międzyczasie udało mu się nawet zaliczyć szybki kurs latania. Obiemu, nie Johnowi.) Mój telefon również został poddany testowi wytrzymałości. Zdał. Czyli "żyje" i ma się dobrze ;). 

Niech moc będzie z Tobą, Obi Wan Kenobi!
































drewniane narzędzia: Janod | Obi Wan Kenobi: Lego | magazyn "Fathers"
koszulka Małego Johna: H&M (przypadkowe zgranie tematyczne ;))