wtorek, 5 lipca 2016

z plecakiem przez świat

(...ten najmniejszy, czyt. mieszkanie, również...)

Wraz z nastaniem czerwca, szukaliśmy dla Małego Johna plecaka. Nie mógł to być byle jaki plecak, musiał spełniać wiele wymagań: być lekki, stosunkowo nieduży, ale jednocześnie pojemny, z jedną przegrodą dużą i drugą małą, z nakładkami na ramiączka (by nie uwierały), z zamkiem niesprawiającym kłopotu. I łady, rzecz oczywista. 

Mały John wybierał się bowiem z przedszkolem na wycieczkę - potrzebował czegoś, co pomieści ubranie na zmianę, przekąski i jakąś niedużą zabawkę. Stąd dwie przegrody - mniejsza posłużyła jako obwoźna "spiżarka". 

Szukałam, oglądałam, dumałam, wreszcie wybrałam - ja firmę i model, synek wzór (bo jest ich mnogość). Padło na Pana Lwa od Skip Hop:



 

 - Liście (przy każdym zwierzątku jest coś innego - sympatyczny pomysł) przyczepione do zamka sprawiają, że otwieranie go jest dziecinną igraszką. W środku znajduje się miejsce na imię dziecka. -






Wychodzi promocja konkretnej marki, niezamierzenie.
Pomysł na post powstał bowiem jako wypadkowa zachowania Małego Johna oraz... mojej siostry. Młodzian po otrzymaniu plecaka zwariował na jego punkcie - od tego czasu codziennie go używa (głównie w mieszkaniu): pakuje do niego zabawki i przechadza się z nimi od pokoju do pokoju, a gdy coś w danym momencie uzna za potrzebne, wyciąga z "paszczy". Gdy tylko zarejestrowałam ten fakt, uśmiechnęłam się, rozczulona. Podobnie robiła moja mała wtedy siostra - pakowała do torebeczki małe laleczki, pod pachę brała lalkę Barbie i tak chodziła po mieszkaniu (tłumaczyła mi niedawno, że bała się kradzieży swoich ukochanych zabawek, a tak czuła, że są bezpieczne ;)).

Uroczo obserwować Małego Johna pakującego swój dobytek do plecaka (z którym wybiera się i do przedszkola, i na spacer, oczywiście). To taka subtelna nauka samodzielności (sam musisz siebie zapakować, pomyśleć, co chcesz zabrać), konsekwencji (ty napakowałeś - ty nosisz), wreszcie umiaru (Ciężki? Najwyraźniej jest w środku za dużo samochodów...). Oraz - sprawa chyba najważniejsza - lekcja ważności... Trochę jak u Pana Kuleczki i ich wspólnego pakowania się na wyjazd. Gdy po energicznych i pełnych ekscytacji próbach zmieszczenia możliwie wszystkiego (chociażby na wszelki wypadek), przychodzi refleksja: co jest dla mnie naprawdę ważne? Bez czego nie mogę się obejść? 

U nas na razie sprawy nie zaszły tak daleko, nie filozofujemy o zawartości naszych codziennych pakunków mniejszych czy większych, ale kto wie... Może kiedyś to wspomnienie stanie się ważne, stanowiąc punkt wyjścia do poważnej - jak u Pana Kuleczki - rozmowy o wartościach...

2 komentarze:

  1. O jak cudnie. My mamy wersję Baby - kotka. Ubranko na zmianę, mała przekąska, okularki słoneczne, wszystko jakoś się mieści :)

    OdpowiedzUsuń