sobota, 30 lipca 2016

cykl fotograficzny "pod Twoją obronę", czyli wakacje na wsi

Tydzień temu wracaliśmy z województwa świętokrzyskiego na "nasz" Śląsk. Spędziliśmy cztery dni na polskiej wsi - mieścinkach schowanych między polami i laskami i nieco większych wsiach, do których prowadziła niedawno wyremontowana droga.
Polska wieś jest specyficzna, a typowe chatki czy domki tym bardziej. Może z racji wykształcenia (kulturoznawstwo), może z uwagi na odwieczne (?) zamiłowanie do tego, co naznaczone patyną, kojarzące mi się z przeszłością (jako dziecko uwielbiałam spacerować po skansenach i żałowałam, że żyjemy w obecnych czasach), z zauroczeniem przyglądałam się drewnianym stropom, podwójnym drzwiom, zabytkowemu (jak mniemam) przedstawieniu Najświętszej Panienki umieszczonym na ścianie w pochyleniu - by patrzyła na modlącego się mieszkańca...
A potem, nieco z przypadku, zrobiłam kilka zdjęć, które - w zaprezentowanej poniżej trójcy - utworzyły fotograficzny cykl "pod Twoją obronę". (I sprawiły, że rozochociłam się i zapragnęłam tworzyć więcej reportaży tego rodzaju...)
Córka odłożona na moment, bym mogła sięgnąć po plecak i zmienić jej pieluszkę... Synek trwający jeszcze we śnie; od czasu do czasu przekręcający się z boku na bok, nieświadomie (bo we śnie) poprawiający sobie śpiące pod jego pachą pluszaki... Mąż przecinający pustą przestrzeń między dwoma skrzydłami... Wszystkie te kadry łączy symbol; umieszczony wysoko, tuż pod sufitem, jako znak i zabezpieczenie. Jako modlitwa.



 

PS. Czy dostrzegacie na ostatnim ze zdjęć kapcie Małego Johna? Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc je już na monitorze. Czy nie przypominają Wam logo pewnej sieci "restauracji"? ;) Ot, takie moje kulturoznawcze zboczenie - skojarzenie. Dołączając fakt, że to Crocsy, w dodatku z wizerunkiem Batmana, można pokusić się o mniej lub bardziej udaną analizę czy interpretację kulturoznawczą... ;)

środa, 27 lipca 2016

odpowiedź na szczery list Catherine, czyli moje "Droga mamo w okolicach trzydziestki..."

Jakiś czas temu portal babyonline opublikował tłumaczenie listu (blogowego wpisu), który "podbił ich serca". Podobno szczery do bólu, kierowany do kobiet mających lat trzydzieści lub gdzieś w okolicach. Że trzydziestką jestem (awans miał miejsce w kwietniu) i żem ciekawa zawsze wypowiedzi "szczerych do bólu", weszłam TUTAJ, przeczytałam i... poczułam mieszane uczucia. A potem wściekłam się.

Zdenerwowana, wyraziłam "veto". Na Facebooku w kilku słowach napisałam, dlaczego nie zgadzam się z Katarzyną, dlaczego nie można takich "prawd", "rad" (czy jakkolwiek inaczej to rozumieć) traktować poważnie czy brać sobie do serca. Bo to wcale nie jest tak, jak zostało Wam przedstawione, kochane trzydziestki.

Dlaczego?

Droga mamo w okolicach trzydziestki,

Widzę Cię siedzącą przy komputerze, czytającą portale dla kobiet takich jak Ty - pragnących chwili wytchnienia, sączących zimną lub ciepłą kawę (zależy od stopnia wypracowania współpracy z dzieckiem), a jednocześnie sercem będących wciąż przy maluchu bądź maluchach - swoich drogich dzieciach. Czytasz porady, zaglądasz do artykułów, jak ćma podlatujesz do wiadomości od innych Tobie podobnych - bo choć często nie decydujesz się na narzekanie na głos, na wyrażenie, jak bardzo jesteś zmęczona, szukasz poparcia u innych mam. Ich szczerość jest jak balsam. A ta chwila przed komputerem to domowe SPA - dla duszy.

Trafiasz na list od Catherine, która w kilku słowach relacjonuje Twoje życie, Twoją codzienność. Tak, to ja! Och, zgadza się! Faktycznie! - słyszysz swój wewnętrzny głos, mimowolnie uśmiechasz się, bo wydaje się, że wiele kilometrów dalej znalazłaś bratnią duszę, która rozumie Cię lepiej niż niejeden najbliższy. A potem dochodzisz do fragmentu: "Widzisz, prawdą jest, że my, trzydziestki, musimy sobie odpuścić. Musimy SIEBIE odpuścić." (W oryginale użyto właśnie dużych liter, tłumaczenie złagodziło więc wypowiedź.) Być może przytakujesz głową, poważna lub zasmucona, a może zaczynasz podskórnie czuć, że coś jest nie tak, że to przecież nie tędy droga, że to nie o to chodzi...

Bo właśnie - droga mamo w okolicach trzydziestki - NIE O TO CHODZI! Czujesz, że coś się zmieniło, że nie jest tak, jak dawniej. To prawda, nie jest. Z wielu rzeczy musimy rezygnować, wiele poświęcać, bo mamy dzieci, którymi trzeba się zająć. Ale, ale! Rodzicielstwo wcale nie oznacza, że potrzeby dzieci są NAJWAŻNIEJSZE. Właśnie tak dochodzi do konfliktów w rodzinie - kiedy ktoś uważa, że jego ma być na wierzchu, że to wokół niego ma się kręcić świat... Oto klucz zadowolonej, szczęśliwej rodziny: RÓWNOWAGA. KAŻDY JEST TAK SAMO WAŻNY. Oczywiście, potrzeby niemowlęcia są inne niż przedszkolaka czy nastolatka, podobnie inne priorytety mają dorośli. Ale nikt nie ma prawa nigdy Ci powiedzieć, że Ty sama nie jesteś ważna albo jesteś ważna mniej. Bo co - bo dzieci?

A co to za argument - dzieci? Jasne, mamy więcej obowiązków na głowie, większą odpowiedzialność. Już nie możemy swobodnie podróżować, nagle zmieniać planów, pozwalać sobie na wariackie chwile szaleństwa. (Choć nikt nie powiedział, że nie dalibyśmy rady, gdybyśmy czasem chcieli!) Dzieci w pewien sposób stabilizują życie, uspokajają je, ale to dobrze. To wcale nie musi być zła zmiana, rezygnacja z czegokolwiek. To po prostu inna jakość.

Droga mamo w okolicach trzydziestki... Czytasz u Catherine, że po dziesięciu latach rezygnacji z siebie przyjdzie wspaniały okres powrotu do "raju utraconego". Znów będzie "bajka". Ja się w tym miejscu pytam: jaka "bajka"? Jakie "znów"? Naprawdę zazdrościsz tym dwudziestkom? My też miałyśmy przecież dwadzieścia lat i więcej - miałyśmy swój czas na beztroskę, ten wspaniały moment, kiedy już jesteśmy dorośli, ale jeszcze nie musimy być za kogoś odpowiedzialni - jedynie za siebie. Kiedy jesteśmy wolni - mamy pracę, czasem mieszkanie... Swoboda, radość, smakowanie życia, doświadczanie... Każdy z nas ma te dwadzieścia lat i kilka i moment w życiu na to, by szukać, rozglądać się, nie myśleć jeszcze zbyt poważnie o przyszłości, bawić. Potem decydujemy się na małżeństwo, dzieci... Nasze życie się stabilizuje, wkracza na nowe tory. Czy to źle? Czy z czegoś rezygnujemy? Oczywiście, czegoś już nie ma i nie będzie, zamknęliśmy za sobą pewien rozdział, ale czy to źle? Nasze życie teraz to inna jakość - nie gorsza, nie lepsza - po prostu inna... Nie mogę sobie beztrosko siedzieć na Instagramie nad basenem i czuć "total luz", ale nie jestem też tak "głupiutka" jak wtedy. Naiwna, niepewna siebie... Dzisiaj - mając trzydzieści lat - czuję się coraz bardziej pewnie sama z sobą, tym, co sobą reprezentuję, co myślę i czuję. Nie próbuję się już tak przypodobać otoczeniu, jak wtedy, gdy miałam lat dwadzieścia. Gdy otoczenie często dyktowało, co mam mówić, a czego nie. I choć w ważnych dla mnie kwestiach wychodziłam na przekór, wewnętrznie czułam, że zaraz się rozpadnę, że przecież co to za świat, w którym ktoś tam cię nie lubi... Wiesz, czułam, że muszę te osoby do siebie przekonać, walczyć o względy. Dziś już tak nie robię. Dziś mam już tę pewność i poczucie własnej wartości, które pozwalają mi machnąć ręką albo (na razie rzadko, ale coraz częściej, hurra!) odpyskować. Dojrzewam - głównie psychicznie.

Jednocześnie po raz drugi przeżywam swoje dzieciństwo. Jak? Dzięki dzieciom. Swoimi gestami, głosem, fantazjami przypominają mi dawną mnie - z jej marzeniami, dziecięcym światem nieprzetrawionym przez kalki kultury czy świata, w którym żyjemy. Naturalność, spontaniczność... I choć zauważam też w sobie własną matkę - gesty i głosy, których tak nie znosiłam jako dziecko (to zabawne, że powtarza się te same kwestie, których obiecywaliśmy sobie nigdy nie powtarzać) - daję sobie prztyczka w nos i staram się wchodzić do tego dziecięcego świata, czerpać z niego całymi garściami.

Jasne, jestem niewyspana. Jasne, odkąd znowu jest ze mną niemowlę, zdarza się, że dopijam chłodną herbatę. Jasne, czasem mam dość tego wszystkiego i tęsknię do czasów "sprzed". Ale wierz mi, to na dobrą sprawę głupia tęsknota. Przeszłości nie przywrócisz, czasu nie cofniesz. A ciągłe odwracanie głowy do tyłu może sprawić jedynie tyle, że będziesz miała obrzydliwy ból szyi. Serio, nie warto.

Czekasz na bajkę? Poważnie? Za dziesięć lat masz być znowu tamtą dwudziestką, ale dwa razy starszą? Kto tu kogo robi w konia, Katarzyno? Naprawdę w to wierzysz?

Otóż zdradzę Ci sekret, droga mamo w okolicach trzydziestki. Twoja bajka już trwa. Zaczęła się wraz z Twoimi narodzinami i trwa dalej. O tym, jak potoczą się Twoje losy, jak pokierujesz swoimi działaniami, czy spotkasz tego księcia, czy będzie "happy end", czy po drodze pokonacie smoki - to wszystko zależy wyłącznie od Ciebie, bo to Ty odpowiadasz za narrację, nie żadne Grimmy czy inni bajarze (nawet Twój mąż czy dzieci).

Zdradzę Ci jeszcze coś. Jeśli teraz nie weźmiesz się za siebie i swoje życie, nie ustalisz priorytetów, nie zadbasz o samą siebie, nie licz, że w przyszłości coś się zmieni. To jak z ogrodem, że posłużę się obrazkiem-metaforą. Sadzisz gruszę i jabłonkę. Ta pierwsza nieźle sobie radzi, rośnie silna, piękna, jesteś z niej dumna. Ale jabłonka jest słaba, potrzebna jest jej pomoc. Codziennie więc ją pielęgnujesz, zaglądasz do niej, sezon za sezonem pieścisz i dogadzasz, sprawdzasz, jak rośnie, jak się rozwija... Dostarczasz wszystkiego, czego ta potrzebuje. Po latach spoglądasz na swój sad. Co widzisz? Piękną, owocującą jabłoń. "A gdzie grusza?" - zapytasz. I wtedy ją zobaczysz - ukrytą w cieniu jabłonki. Słabą, wiotką, już dawno nieprzynoszącą żadnych owoców. Obumierającą. Tak bardzo skupiłaś się bowiem na jabłoni, że zapomniałaś o gruszy. Wiesz co, droga mamo w okolicach trzydziestki? Tą gruszą jest każda z nas... Zwyczajnie MUSIMY o siebie zadbać, nie można nam z siebie zrezygnować. Nie wolno i już!

Bo jak Ty to sobie wyobrażasz: teraz wypracujesz system, w którym dzieci są najważniejsze, a Ty schodzisz na plan dalszy, a po dziesięciu latach nagle zmiana? Otóż nie, tak to nie działa... Jeśli przez dziesięć lat będziesz z siebie rezygnować, skąd niby potem będziesz czerpać siłę do walki o siebie? I nawet jeśli, kto Ci na to pozwoli - rodzina, którą przyzwyczaiłaś do tego, że przecież Ty się nie liczysz albo liczysz się mniej? Oooo nie, Kochana. Tu jest potrzebna praca u podstaw. Już na wstępie podział obowiązków, ustalenie priorytetów. Jasne, łatwo nie jest i nie będzie, czasem z siebie trzeba przecież zrezygnować. Ale na tym właśnie polega życie w rodzinie: na kompromisach. Nie na rezygnacji z siebie na jakiś tam czas, ale na przystosowaniu się do siebie nawzajem, stworzeniu takiego domu, w którym każdy jest tak samo ważny.

I skąd ta granica dziecięciu lat (to w Twoją stronę, Catherine)? Że niby dziesięciolatek sam się sobą zajmie, że jest już samowystarczalny? A może jednak nie? Czy nie lepiej mówić o ćwierćwieczu? Bo taki po-student to już chyba pracę sobie znajdzie i mieszkanie? Wyprowadzi się z domu i zacznie życie na własny koszt? A rodzice - w tym te biedne matki-trzydziestki - będą miały znów czas wyłącznie dla siebie?

Catherine, ja wiem, że pisałaś to wszystko w dobrej wierze: żebyśmy poczuły się silniejsze, czerpały większą satysfakcję z często mało satysfakcjonującej rzeczywistości, żebyśmy mogły odetchnąć pełną piersią i powiedzieć na głos: "Uuuffff!" Ale jednak nie mogę się z Tobą zgodzić. I muszę to napisać: droga mamo w okolicach trzydziestki, nie wierz w ten "szczery do bólu" list. To nie tak, to tak nie działa. Jednocześnie nie martw się. Bo jest o wiele lepiej, niż zostało to przedstawione: Twoje życie niczego nie traci, Ty niczego teraz nie tracisz. Rozwijasz się, dojrzewasz, stajesz mądrym człowiekiem, który zna swoją wartość i jest w stanie walczyć ze światem o marzenia własne i swoich dzieci. Czy to nie jest budujące?

Ściskająca,


czwartek, 21 lipca 2016

jeden kadr: temat przewodni czwartych urodzin Małego Johna



W zeszłym roku tematem przewodnim był plac budowy.
Kto zgadnie, co będzie tegorocznym?
(podpowiedź na zdjęciu ;))

wtorek, 19 lipca 2016

unboxing: coodo

Uwielbiam ich. I pomysł, i oprawę graficzną marki, i wygląd ubranek (tak - ich "niekolorowość" również - jak zarzucali marce niektórzy), i sesję zdjęciową, wreszcie ich sposób pakowania paczek... Po prostu COODO. Wiecie, to wie się od razu. Niemal od momentu, kiedy odbiera się od kuriera przesyłkę. Trzymasz w rękach pudełko, które wita Cię słowami:



...potem otwierasz je i uśmiechasz się jeszcze szerzej. Bo ubranko schowano do bawełnianego woreczka z jednym z firmowych zwierzaków. Bo przewiązano je złotą wstążką. Bo zadbano o każdy detal, każdy szczegół...





  - nie udało mi się tego uchwycić na zdjęciu, ale ulotka informacyjna została wydrukowana na papierze, który miał w sobie złote mikrodrobinki - dosłownie połyskiwał, mienił się w świetle -


 - uwielbiam dbałość o detale: czy jeśli mowa o guzikach, czy jeśli chodzi o urocze wszywki (tych drugich teoretycznie mogłoby nie być, bo nie pełnią żadnej funkcji poza ozdobną czy - jeśli zna się logo lub "zwierzątka firmowe-domowe" - informacyjną, ale ich obecność dodaje ubranku +500 do ogólnej estetyki ;)) -




 - Dziennik małych wielkich rzeczy - wspaniały i wzruszający... Otwarcie tego pudełka wiązało się dla mnie z potokiem łez - to za sprawą listu, który twórcy Coodo umieścili wewnątrz w formie swoistej porady co do użytkowania tudzież instrukcji. Taki dziennik - rzecz niby zbędna, ale jak konieczna! Napiszę o nim osobny post, bo szkoda upychać wszystko w jednym miejscu - a ten niepozorny zeszyt zasługuje na oddzielny wpis... - 


Jeśli szukacie marki, która oferuje ekologiczne ubranka w wersji basic - mające w sobie skandynawskiego ducha (albo są nazywane polskim Gray Label), która dodatkowo rozpieści Was estetycznie - właśnie znaleźliście.

Coodo jest jak ich nazwa - COODOwne!

poniedziałek, 18 lipca 2016

patenty SuperMatki: sznurek ze starej koszulki w walce z grawitacją, czyli zawieszka na smoczek domowym sposobem





Do swojej (ekhm, czyt. dla córki, oczywiście) idealnej tasiemki vel. zawieszki na smoczek wykorzystałam włóczkę zpagetti (czyli, wyrażając się brutalnie bezpośrednio, pociętą bawełnianą koszulkę) - patrz zdjęcia - ale równie dobrze możesz wykorzystać sznurki - patrz filmik. Najważniejsze jest to, by mieć z czego upleść warkoczyk. A czy to będzie bawełna, len, sznurek, włóczka, czy może paski wycięte z jakiejś wyjątkowo fajnej reklamówki (A co! Jak recykling, to pełną gębą!) - nie ważne!

Jeśli chodzi o skomplikowany proces produkcji, nie siliłam się na fotografowanie go krok-po-kroku. Łatwiej było nakręcić. (I dopiero w trakcie montażu zorientować się, że się podśpiewuje pod nosem tudzież rymuje-improwizuje - totalnie niezamierzenie i z różnym skutkiem odbiorczym. Brawo ja. Cóż. Biorę wszystko na klatę.)


 - filmik pierwotnie został opublikowany na moim drugim blogu, Hoo Hooo things - tym odpowiedzialnym za inspiracje, DIY i różne z tym powiązane; dlatego też na początku można zauważyć logo i "hoohającą" sówkę ;) -



 - jak widać, zawieszka może służyć nie tylko do smoczka, ale i jako nausznik ;> - 


Pozostaje jeszcze jedna kwestia: jak toto przymocować do czegokolwiek? (Wszak taka jest idea zawieszki na smoczek - ssak z jednej, zaczep z drugiej strony.) Otóż używam przedmiotu banalnego: spinki do włosów. Ta niepozorna rzecz przydaje się zresztą w wielu sytuacjach! ;) A jeśli marzy się Wam profesjonalne zapięcie, taki półprodukt możecie znaleźć chociażby na allegro - wtedy domowa produkcja zawieszek na smoczek może ruszyć pełną parą! ;)

poniedziałek, 11 lipca 2016

jeden kadr: Złotowłosy

Zapewne znacie bajkę o Złotowłosej i trzech niedźwiedziach. 
Ostatnio poczułam się jak przeniesiona do tej opowieści...
Nie padły co prawda pytania Kto siedział w moim fotelu/krześle?, Kto zjadł moją owsiankę? czy Kto leżał w moim łóżku?, ale pojawiło się poniższe:

Kto próbował mojego (a gdy będzie gotowe - naszego) tortu? ;)



piątek, 8 lipca 2016

cytat miesiąca (lipiec 2016)

Niemowlę bada swe ręce. Prostuje, wodzi w prawo i w lewo, oddala, zbliża, rozstawia palce, zaciska w pięść, mówi do nich i czeka na odpowiedź, prawą chwyta lewą rękę i ciągnie, bierze grzechotkę i patrzy na dziwnie zmieniony obraz ręki, przekłada ją z jednej do drugiej, bada ustami, natychmiast wyjmuje i znów patrzy powoli, uważnie. [...] Ono nie bawi się: miejcież do licha oczy i dostrzeżcie wysiłek woli, by zrozumieć. To uczony w laboratorium, wmyślony w zagadnienie najwyższej wagi, a które wyślizguje się jego rozumieniu.


Janusz Korczak, Dzieła, tom 7: Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie

wtorek, 5 lipca 2016

z plecakiem przez świat

(...ten najmniejszy, czyt. mieszkanie, również...)

Wraz z nastaniem czerwca, szukaliśmy dla Małego Johna plecaka. Nie mógł to być byle jaki plecak, musiał spełniać wiele wymagań: być lekki, stosunkowo nieduży, ale jednocześnie pojemny, z jedną przegrodą dużą i drugą małą, z nakładkami na ramiączka (by nie uwierały), z zamkiem niesprawiającym kłopotu. I łady, rzecz oczywista. 

Mały John wybierał się bowiem z przedszkolem na wycieczkę - potrzebował czegoś, co pomieści ubranie na zmianę, przekąski i jakąś niedużą zabawkę. Stąd dwie przegrody - mniejsza posłużyła jako obwoźna "spiżarka". 

Szukałam, oglądałam, dumałam, wreszcie wybrałam - ja firmę i model, synek wzór (bo jest ich mnogość). Padło na Pana Lwa od Skip Hop:



 

 - Liście (przy każdym zwierzątku jest coś innego - sympatyczny pomysł) przyczepione do zamka sprawiają, że otwieranie go jest dziecinną igraszką. W środku znajduje się miejsce na imię dziecka. -






Wychodzi promocja konkretnej marki, niezamierzenie.
Pomysł na post powstał bowiem jako wypadkowa zachowania Małego Johna oraz... mojej siostry. Młodzian po otrzymaniu plecaka zwariował na jego punkcie - od tego czasu codziennie go używa (głównie w mieszkaniu): pakuje do niego zabawki i przechadza się z nimi od pokoju do pokoju, a gdy coś w danym momencie uzna za potrzebne, wyciąga z "paszczy". Gdy tylko zarejestrowałam ten fakt, uśmiechnęłam się, rozczulona. Podobnie robiła moja mała wtedy siostra - pakowała do torebeczki małe laleczki, pod pachę brała lalkę Barbie i tak chodziła po mieszkaniu (tłumaczyła mi niedawno, że bała się kradzieży swoich ukochanych zabawek, a tak czuła, że są bezpieczne ;)).

Uroczo obserwować Małego Johna pakującego swój dobytek do plecaka (z którym wybiera się i do przedszkola, i na spacer, oczywiście). To taka subtelna nauka samodzielności (sam musisz siebie zapakować, pomyśleć, co chcesz zabrać), konsekwencji (ty napakowałeś - ty nosisz), wreszcie umiaru (Ciężki? Najwyraźniej jest w środku za dużo samochodów...). Oraz - sprawa chyba najważniejsza - lekcja ważności... Trochę jak u Pana Kuleczki i ich wspólnego pakowania się na wyjazd. Gdy po energicznych i pełnych ekscytacji próbach zmieszczenia możliwie wszystkiego (chociażby na wszelki wypadek), przychodzi refleksja: co jest dla mnie naprawdę ważne? Bez czego nie mogę się obejść? 

U nas na razie sprawy nie zaszły tak daleko, nie filozofujemy o zawartości naszych codziennych pakunków mniejszych czy większych, ale kto wie... Może kiedyś to wspomnienie stanie się ważne, stanowiąc punkt wyjścia do poważnej - jak u Pana Kuleczki - rozmowy o wartościach...

piątek, 1 lipca 2016

patenty SuperMatki: blender, foremki i owoce sezonowe w walce z konserwantami, czyli domowe lody truskawkowe (przepis uniwersalny)

 
- Powyżej znajduje się adres do mojego drugiego bloga, na którym dokładnie rok temu (plus dwa dni ;)) pojawił się ten wpis (tutaj, dzisiaj, w wersji beta). Wybaczcie powielanie postów, ale stwierdziłam niedawno, że szkoda mi trzymać treści dotyczące obu miejsc (inspiracji i rękodzieła czy rodzicielstwa) - tylko na jednym z blogów... Poza tym nowy materiał jest w trakcie opracowywania, przetwarzania, więc nudy i odgrzewania starych kotletów nie będzie, słowo! ;) - 


Uwielbiam lody, ale - podobnie jak z lizakami - zdaję sobie sprawę z kłopotliwego składu co poniektórych. Najgorzej z dzieckiem - jak odmówić mu czegoś, na co sama masz niepohamowaną ochotę?
Z lodami jest łatwiej - nie wszystkie są "be", niektóre nawet polecają jako najzdrowsze egzemplarze słodyczy jako takich. Poza tym - można je przygotować w domu, z czego się chce, a więc z pełną kontrolą jakości i wsadu. Dzisiejszy patent w walce z chemią: owoce sezonowe, elektryczność oraz kawałek plastiku (lepiej melaminy ;>); spokojnie, to ostatnie wyłącznie dla kształtu i formy!


Składniki:
 - truskawki
 - jogurt naturalny (albo grecki)
 - miód / ksylitol* / cukier
(*Uważajcie - ksylitol, mimo iż o wiele zdrowszy od cukru, może być podawany dopiero od 3 roku życia i należy do niego przyzwyczaić nasze soki trawienne, czyt. zacząć od niewielkiej ilości i ją powoli zwiększać do ok. 8 łyżeczek dziennie.)  

Jeśli zrezygnujecie z ostatniego punktu, czyli słodzików, Wasze lody będą zdrową, orzeźwiającą letnią przekąską, której nie trzeba będzie sobie żałować!

Proporcje: wedle życzenia, smaku i gustu. Niektórzy mogą chcieć dodać wyłącznie symboliczną ilość jogurtu (ot, dla polepszenia konsystencji, a przy zachowaniu zdecydowanej przewagi owoców), inni mogą woleć przede wszystkim kremową masę. Jedni słodzą mniej i wolą kwaśniejsze, drudzy gustują w słodszych masach. Stąd nie podawałam żadnych ilości, niech każdy zmiesza sobie składniki tak, jak lubi :).

Wykonanie: wszystkie składniki zmiksować razem, do otrzymania jednolitej i gładkiej masy. Przelać ją do foremek na lody i włożyć na kilka godzin (najlepiej na noc) do zamrażalnika. Przed wyciągnięciem chwilę ogrzać foremkę w rękach, by lody wyszły z niej bez większych problemów. Smacznego!




Dlaczego napisałam, że to przepis uniwersalny? Ponieważ masa przed zamrożeniem to zwyczajny koktajl truskawkowy (który można spokojnie popijać, najlepiej schłodzony :)), a gdy jest bardziej gęsty - sos truskawkowy (można go wówczas użyć do wielu deserów, jak również do słodkich obiadów, np. do polania pierogów nadzianych owocami; sos można także podawać na ciepło :)). Mały John - gdy zostawił lody na talerzu i zapomniał się w zabawie, a te się rozmroziły - wyjadał masę łyżeczką, traktując ją jak sosik właśnie.





foremki na lody (plus kubeczek w tle): Rice