środa, 1 czerwca 2016

dziecko w matce (albo dziecięca matka)

Poważna bądź, mówili.
Dorosła bądź, dodawali.

A ja na nie, a ja na przekór.

Bo od kiedy jestem mamą, odkrywam w sobie dziecko. Przypominam sobie własne dzieciństwo - szalone pomysły, dziwaczne eksperymenty, pasje, ochoty, emocje.

Synek wyciąga mnie na plac zabaw (Jak ja tego nie lubię - zapomnij, kobieto, o spokojnym czytaniu książki na ławce jak mamy, które albo hipnotyzują dzieci, by te zajmowały wydzielony/przydzielony metraż w piaskownicy, albo przed wyjściem z domu stosują brutalne szantaże, albo mają olane. Wizyta na placu zabaw oznacza dla Ciebie bieganie za Małym Johnem, pilnowanie go wzrokiem, ciągłe skupienie, bo wszak atrakcji wiele, czasu mało, więc trzeba dobrać stosunek jednego do drugiego, by w jak najkrótszym czasie zaliczyć maksimum elementów zabawowo-konstrukcyjnych.), a wolna huśtawka woła. I oto matka - ta ostoja powagi, kapłanka poprawności - porusza nogami w górę i w dół, unosi się coraz wyżej, czuje wiatr we włosach i lekkie nudności. I przypomina sobie małą Martę, która ze wszystkich miejsc na placu zabaw uwielbiała właśnie to: huśtawkę!

Choć z rozrzewnieniem wspominam kupne jagodzianki, które pałaszowałyśmy z siostrą jako małe dziewczynki, sama kupnych drożdżówek dziecku nie daję. Za dużo cukru, tłumaczę twardo, spotykając się z zarzutami, że "dzieciństwo dziecku psuję". A ja hardo, z zaciśniętymi w uporze ustami, zakasuję rękawy, ugniatam ciasto drożdżowe i piekę własne drożdżówki. Z kruszonką jak u mamy... Jej zapach i smak przypomina mi kruszonkowe stożki, które babcia moich dzieci (a moja mama ;)) skrupulatnie budowała na cieście. Najczęściej ono zostawało, a stożki tajemniczo znikały... ;)

Leżę obok Marion, ziewam z nudy (Bo ileż można ciumciać do dziecka, ileż można grzechotką merdać przed oczętami niebieskimi, jak długo można opowiadać o tych samych czarno-białych kształtach z książeczki dla najmłodszych?), uchylam okno, bo duszno i... czuję lekki powiew. Kładę się głowa-w-głowę z córką, przymykam oczy i przypominam sobie wszystkie wspólne wakacje z rodzicami, kiedy oglądałam powieki od spodu, wiatr łaskotał mnie w nos, a obecność najbliższych - tych połączonych ze mną krwią - dawała poczucie bezpieczeństwa, otulała Miłością.

Czasem trudno być mamą - tyle we mnie sprzeczności... Pedantka i szalona dziewucha zdolna tańczyć w deszczu. Matka znudzona i zainspirowana. Matka zmęczona i włączająca tryb energetyczny przed siódmą rano. Matka na "nie" i matka "Jasne, no pewnie!". Matka skrajnie poważna (używająca tych wszystkich trudnych słów i utartych, "dorosłych" sloganów) i matka dziecięco radosna.

Wiecie co? Uwielbiam tę pozytywną energię, którą wyzwala we mnie macierzyństwo!


Mamo, Tato - nie pozwólcie stłamsić w sobie Dziecka!
Pozwólcie mu przemówić - przypomnijcie sobie, jak to fajnie było mieć mniej lat i na głowie.
 Macie teraz jedyną i niepowtarzalną okazję, by przeżyć swoje dzieciństwo raz jeszcze - uczestnicząc w dzieciństwie własnych dzieci!

Nigdy nie będziecie za bardzo "poważni" na realizację swoich - może czasem szalonych - marzeń czy zachciewajek. Niech to będzie Was czas!

Przykład? Na swoje 30. urodziny nie tylko wystroiłam się odpowiednio, ale i zrobiłam sobie tort urodzinowy, o jakim zawsze marzyłam. Nie był co prawda różowy czy fioletowy, ale Twilight Sparkle byłaby z niego zadowolona, mam rację? ;)





Wszystkiego najlepszego, drodzy Dorośli, w których mieszka radosne Dziecko!

2 komentarze: