sobota, 11 czerwca 2016

cała prawda o... Whisbear - szumiący miś



O tak, Miś Szumiś... Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez niego spacerów czy wieczornego usypiania. Stał się niezastąpionym towarzyszem naszego życia, małym puchatym przyjacielem, który nie tylko pozwala się uspokoić Lady Marion, ale który rozbraja też resztę rodzinki (Ten pyszczek!). I pomyśleć, że na początku - gdy w sieci pojawiały się doniesienia o rozmnożeniu się misiowej rodzinki - odnosiłam się do niego sceptycznie (by nie rzec chłodno).

Oczywiście czytałam, jakim to zbawiennym remedium na płacz dziecięcy bywają czy to szum suszarki do włosów, czy niedostrojone radio, czy włączony odkurzacz. Niby przyswajałam tę wiedzę, ale nigdy nie sprawdzałam działania w praktyce. (Byłam zbyt leniwa? Szkoda mi było prądu? Nie wiem...) Dlatego też obok Whisbeara przechodziłam raczej z obojętnością - na zasadzie: "Aha, kolejny gadżet dla rodziców, spoko." Och, nieświadoma ja!





Dlatego było mi trochę głupio, gdy wygrałam miśka w konkursie organizowanym przez Whisbear Szumiący Miś i COODO for kids (TU). Cieszyłam się jak dziecko, zarumieniona, wciąż jednak sceptyczna. "Zobaczymy, jak to z tobą jest", rzuciłam wtedy pod nosem.

Whisbear nie za bardzo mi się podobał wizualnie; podobnie jak różnokolorowe i nieco szalone maskotki Skip Hop. Po prostu nie moja estetyka. Cztery łapy wychodzące prosto z głowy? Kto to wymyślił? - uniosłam w górę brew, wygięłam ją nonszalancko i pewna siebie wyciągnęłam miśka z pudełka, które chwilę wcześniej przyniósł kurier. Widok jego pociesznej mordki (miśka, nie kuriera) sprawił, że ta moja mina "lady matki od gustu estetycznego" stała się nieco bardziej ludzka, rozpogodziła. "Milusi", pomyślałam. Cztery nogi przyjemnie wyginały się w każdą stronę, w zasadzie zabawne to było - kolejny uśmiech zagościł na mojej twarzy. A potem wyczytałam, że maskotka powstała według projektu dziecka. I tym mnie kupili. Pokochałam wygląd miśka całym sercem. Nie wiedziałam, jak to będzie z tym szumem, ale wizualnie już miał mnie w garści. I te szeleszczące uszy!





(Zresztą nie tylko mnie - Mały John od razu po ujrzeniu pudełka pytał, co to i czy może wyciągnąć i się pobawić. "Daj, no daaaaj", nalegał. Potem też nie chciał go oddać - wyginał go w każdą stronę, machał nim w powietrzu i co chwila się chichrał. Bo Whisbear - czy raczej nasz Miś Szumiś ;) - taki jest: sprawia, że się uśmiechasz.)







Niby spokojnie sobie leży, niby nie komentuje, ale Marion konsekwentnie zerkała na brata, sprawdzając, co ten wyczynia z JEJ misiem.

Podczas gdy Mały John zastanawiał się, po co maskotce dziura w głowie, TatoMąż zajmował się "sercem" misia - urządzeniem odpowiedzialnym za szum. Po włożeniu baterii (sztuk trzy) można było włączyć Whisbeara, czyli - jak u Tomka i przyjaciół - uczynić użytecznym.









Szum był głośny. "Ja bym przy tym nie usnął", zawyrokował TatoMąż (tym razem to on uniósł sceptycznie brew). "Zobaczymy jak to będzie", podsumowałam. 
Zajrzeliśmy do instrukcji, o co chodzi z systemem "CRY sensor" - że niby rozpoznaje płacz dziecka i sam się włącza. "Tak, ale najpierw musi szumieć nieprzerwanie przez 40 minut" - przeczytał TatoMąż. "Co? CZTERDZIEŚCI?" - Zdziwiłam się. "Tak długo?" Och, naiwna, niedoświadczona matko! Życie miało ci pokazać, że czterdzieści minut to WYSTARCZAJĄCO długo, ale po kolei...

Kiedy nadarzyła się okazja i Marion zaczęła płakać (po przebraniu, nakarmieniu i odczynieniu tańców rytualnych, czyli po wszystkich możliwych czynnościach opiekuńczo-zaradczych), włączyliśmy misia. I co? I nic. On szumiał, Mała ryczała. Położyłam się więc obok córki, chwyciłam ją za rączkę, jak miałyśmy w zwyczaju przy okazji jej zasypiania, i przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w szum misia, który wtedy wydał mi się wcale nie taki głośny. Monotonny, uspokajający, miły, taki... chrrrrrr... Usnęłam. Whisbear ukołysał mnie szybciej niż Marion! "A więc to o to chodziło w haśle reklamowym zapewniającym spokojny sen RODZICOM i dzieciom...", zażartowałam.

Następnego dnia miało być lepiej - Marion marudziła, uspokajała się jedynie noszona (Kto nie lubi tego poczucia władzy, gdy na świat zerka z wysoka?), za którymś razem zdenerwowałam się więc, zmęczona, odłożyłam ją i sięgnęłam po misia - trochę w akcie desperacji, trochę z nerwowym "A co mi tam!" pod nosem. I wiecie co? Mała USPOKOIŁA SIĘ. Sama. Najpierw zdziwiona spojrzała w kierunku miśka, zapłakała trochę głośniej, a potem... cisza. Spokojna zaczęła ssać smoczka i słać przyjazne spojrzenia koledze w szarościach poprzetykanych kolorem. Aż siadłam prosto z wrażenia. A mąż rzucił tylko lekko: "O! A jednak działa!"




Taka nasza historia zaprzyjaźniania się z Szumisiem. Naszym nieodłącznym towarzyszem podróży (jako jedyny był w stanie uspokoić Marion w trakcie pierwszej dłuższej jazdy samochodem) i dnia codziennego. A gdy zaczynam go animować i dubbingować... To materiał na osobną opowieść, może nawet na cykl filmików... ;) (Małą próbkę załączyłam na początku wpisu.)

Oczywiście to nie jest tak, że szumienie misia załatwia wszelkie problemy z krzykiem czy płaczem dziecka. Czasem, gdy chodzi o coś poważnego, a Marion chce dać nam wyraźnie znać, że mamy jej w czymś pomóc (zmienić pieluchę, nakarmić), Szumiś nie zdaje egzaminu. Mała też nie zawsze od razu zasypia przy włączonym Whisbearze. Po prostu cudów nie ma - nie wyłączymy niemowlęcia jednym guzikiem, to tak nie działa. Nie zmienia to jednak faktu, że Szumiś faktycznie pomaga dziecku się uspokoić. O tym, jak się nam przydaje, świadczy chociażby fakt, że zużyliśmy już pierwszy komplet baterii. Kiedy te się wyczerpują, miś daje o tym znać trzykrotnym sygnałem dźwiękowym po szumieniu. Szumi też coraz ciszej i krócej - jakby był zmęczony (brakuje mu wszak coraz bardziej energii). Ostatnio śmiałam się, że spłaszczyliśmy mu głowę od ciągłego włączania* ;).
  
* "CRY sensor" działa po wspomnianych 40 minutach, czyli jednym pełnym cyklu szumienia. Wtedy przechodzi w stan "stand by" i oczekuje na hałas, by uruchomić się ponownie. Na początku nie byliśmy przekonani do tej funkcji, bo aktywowało ją... głośniejsze zassanie smoczka przez Marion! Szumiś musiał jednak nas wyczuć, nauczyć się nas - teraz nie reaguje już na - jak nam się wtedy wydawało - każdy dźwięk, ale faktycznie na wyższe. Już nie każde zająknięcie się Marion sprawia, że zaczyna szumieć. Ot tyle, trzeba się było dostroić!





Trzeba przyznać, że producenci Szumisia mają wyczucie i szósty zmysł - przysłali nam misia w kolorze jasnej, "trawiastej" zieleni (kolor jednej z nóg, tej pokrytej tkaniną minky; można wybierać z różnych), który idealnie skomponował się z filcowym pomponikiem kocyka Lady Marion i wpisał w paletę barw, którą wybrałam dla pokoju Małej (kiedyś, kiedyś, jak jej pokój urządzać będę... ;)). Dziękujemy!





Czy mogłabym go polecić? Zdecydowanie TAK. Cała nasza rodzina go uwielbia i chociaż sami nigdy byśmy go sobie nie kupili (uważając go wcześniej za zwykły gadżet), teraz powtarzamy wszystkim, że to fantastyczny materiał na prezent dla młodych rodziców. Fantastyczna sprawa, prawie cytując TatoMęża.


Słodkich snów!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz