poniedziałek, 27 czerwca 2016

cała prawda o... pucholina Bubber

Pucholinę firmy Bubber w iście kosmicznym odcieniu fioletu kupiłam synkowi na urodziny w zeszłym roku (on dostał ją w sierpniu, ja zakupy zrobiłam w... lutym). Rok musiał upłynąć, nim przysiadłam wreszcie, obrobiłam zdjęcia i zabrałam się za spisanie wrażeń z kontaktu z produktem, który te 1,5 roku temu rekomendowano mi jako idealny, niewysychający zamiennik święcącej tryumfy ciastoliny.

Przejdźmy do rzeczy: jaka jest (i czym jest) pucholina?

Pucholina firmy Bubber to produkt szwedzki - lekka masa plastyczna, która w dotyku przypomina piankę. (Mieliście kiedyś taką piankową matę podłogową w kształcie puzzli z wyjmowanymi literkami czy cyferkami? To są podobne doświadczenia sensoryczne...) Faktycznie, nie wysycha ani trochę - przechowujemy ją w pojemniku z dziurką i cały czas - już niemal rok - jest tak samo gotowa do zabawy, jak po otwarciu nowego opakowania.

Co do zabawy: rozczaruję tutaj wszystkich, którzy mieli nadzieję na cud techniki i niewysychającą ciastolinę - pucholina ciastoliny nie zastąpi, przynajmniej nie we wszystkim. Konsystencją przybliżona jest bowiem do piasku kinetycznego (do prawdziwego piasku dodaje się nietoksycznego polimeru, który trzyma całość w ryzach), czyli zachowuje się właśnie tak:


video


Ujmując rzecz opisowo: dokładne, szczegółowe kształty jesteśmy w stanie uzyskać wyłącznie za pomocą foremek lub sprytnie ściskając możliwie wszystkie ścianki naszej konstrukcji (ściśnięte są zwarte, w miejscach poluzowania zaczynają się rozpadać, co widać na załączonym wyżej filmiku). Na początku przygody z pucholiną warto więc zaopatrzyć się w duże pokłady cierpliwości - bo przyzwyczajeni do pracy z ciastoliną czy zwykłą plasteliną, możemy czuć lekkie poddenerwowanie (czy nawet irytację) niemożnością oddania w masie tego, co byśmy chcieli. Praktyka czyni jednak mistrza, i tak mój małżonek - wytrwale budujący z pucholiny - razu pewnego powołał do życia hipopotama - zwierzę jak żywe, nawet z kłami wystającymi z paszczy! Dla chcącego (i wytrwałego) nic więc trudnego! ;) (O tym, do jakiej wprawy można z nią dojść, przekonacie się np. TUTAJ.)

Rok temu (czyli właśnie na początku naszej przygody z pucholiną) porzuciliśmy więc marzenia o skomplikowanych formach, zarzuciliśmy precyzyjne plany budowli, misternych konstrukcji. Wykorzystaliśmy masę inaczej.

#1 - plac budowy

Robienie dziur w masie to chyba najlepsza zabawa! Połączona z obserwacją, jak poszczególne ściany budynków czy konstrukcji rozsypują się... Tu wgłębienie, tam drążona studnia... Dalej, żwawo, mamy ręce pełne roboty!






#2 - zakopywanie skarbu

...dziury są, można wypełniać je kosztownościami!




#3 - zdobywanie obcej planety

...skoro odnaleziony skarb jest iście nieziemskiej urody, musi pochodzić z kosmosu! Ze słomki i papieru samoprzylepnego robimy flagę głoszącą imię odkrywcy tego niezwykłego kawałka wszechświata i wbijamy w strukturę planety. Jej kolor i topografia wskazują zresztą na pozaziemskie pochodzenie...





...a potem - jako właściciele planety - pracujemy nad kolejnymi kraterami, a co!




Rok później, nieco już wprawieni w boju, potrafimy zrobić z pucholiny parking, średniowieczne zabudowania rynku (odnalezione w trakcie wykopalisk archeologicznych), zwierzęta afrykańskie, a nawet... progi zwalniające dla licznych samochodów Małego Johna (przy czym nasze "hopki" mają skłonności do rozrastania się i tworzenia niebezpiecznych pagórków czy gór nawet - w których grzęzną później opony poszczególnych aut i konieczna jest interwencja straży pożarnej - bo kogóż innego? ;) #takasytuacja).


Podsumowując...
Nie jest to zastępstwo za ciastolinę, bo i jedno, i drugie ma swoje wady i zalety. Wadą pucholiny jest jej pewnego rodzaju trudność w oddaniu szczegółowości konstrukcji. Największą zaletą: niewysychalność oraz fakt, że jest zupełnie niebrudząca. Sprzątanie po Małym Johnie to w tym przypadku pestka: drobiny pucholiny opadłe na ziemię zamiatam pod stolik, by nie rozeszły się po pokoju, a potem zmiotą rachu-ciachu-i-po-piachu! A jeśli jakieś drobinki przykleją się nawet do kapcia, zachowują się naprawdę dobrze: są sypkie i nieklejące, więc wystarczy je strzepnąć, a nie ma po nich śladu!
Ogólnie: polecam. Zabawa na długo, wystarczy jedno opakowanie, by frajda trwała, trwała... niezależnie od upływu czasu!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz