poniedziałek, 27 czerwca 2016

cała prawda o... pucholina Bubber

Pucholinę firmy Bubber w iście kosmicznym odcieniu fioletu kupiłam synkowi na urodziny w zeszłym roku (on dostał ją w sierpniu, ja zakupy zrobiłam w... lutym). Rok musiał upłynąć, nim przysiadłam wreszcie, obrobiłam zdjęcia i zabrałam się za spisanie wrażeń z kontaktu z produktem, który te 1,5 roku temu rekomendowano mi jako idealny, niewysychający zamiennik święcącej tryumfy ciastoliny.

Przejdźmy do rzeczy: jaka jest (i czym jest) pucholina?

Pucholina firmy Bubber to produkt szwedzki - lekka masa plastyczna, która w dotyku przypomina piankę. (Mieliście kiedyś taką piankową matę podłogową w kształcie puzzli z wyjmowanymi literkami czy cyferkami? To są podobne doświadczenia sensoryczne...) Faktycznie, nie wysycha ani trochę - przechowujemy ją w pojemniku z dziurką i cały czas - już niemal rok - jest tak samo gotowa do zabawy, jak po otwarciu nowego opakowania.

Co do zabawy: rozczaruję tutaj wszystkich, którzy mieli nadzieję na cud techniki i niewysychającą ciastolinę - pucholina ciastoliny nie zastąpi, przynajmniej nie we wszystkim. Konsystencją przybliżona jest bowiem do piasku kinetycznego (do prawdziwego piasku dodaje się nietoksycznego polimeru, który trzyma całość w ryzach), czyli zachowuje się właśnie tak:


video


Ujmując rzecz opisowo: dokładne, szczegółowe kształty jesteśmy w stanie uzyskać wyłącznie za pomocą foremek lub sprytnie ściskając możliwie wszystkie ścianki naszej konstrukcji (ściśnięte są zwarte, w miejscach poluzowania zaczynają się rozpadać, co widać na załączonym wyżej filmiku). Na początku przygody z pucholiną warto więc zaopatrzyć się w duże pokłady cierpliwości - bo przyzwyczajeni do pracy z ciastoliną czy zwykłą plasteliną, możemy czuć lekkie poddenerwowanie (czy nawet irytację) niemożnością oddania w masie tego, co byśmy chcieli. Praktyka czyni jednak mistrza, i tak mój małżonek - wytrwale budujący z pucholiny - razu pewnego powołał do życia hipopotama - zwierzę jak żywe, nawet z kłami wystającymi z paszczy! Dla chcącego (i wytrwałego) nic więc trudnego! ;) (O tym, do jakiej wprawy można z nią dojść, przekonacie się np. TUTAJ.)

Rok temu (czyli właśnie na początku naszej przygody z pucholiną) porzuciliśmy więc marzenia o skomplikowanych formach, zarzuciliśmy precyzyjne plany budowli, misternych konstrukcji. Wykorzystaliśmy masę inaczej.

#1 - plac budowy

Robienie dziur w masie to chyba najlepsza zabawa! Połączona z obserwacją, jak poszczególne ściany budynków czy konstrukcji rozsypują się... Tu wgłębienie, tam drążona studnia... Dalej, żwawo, mamy ręce pełne roboty!






#2 - zakopywanie skarbu

...dziury są, można wypełniać je kosztownościami!




#3 - zdobywanie obcej planety

...skoro odnaleziony skarb jest iście nieziemskiej urody, musi pochodzić z kosmosu! Ze słomki i papieru samoprzylepnego robimy flagę głoszącą imię odkrywcy tego niezwykłego kawałka wszechświata i wbijamy w strukturę planety. Jej kolor i topografia wskazują zresztą na pozaziemskie pochodzenie...





...a potem - jako właściciele planety - pracujemy nad kolejnymi kraterami, a co!




Rok później, nieco już wprawieni w boju, potrafimy zrobić z pucholiny parking, średniowieczne zabudowania rynku (odnalezione w trakcie wykopalisk archeologicznych), zwierzęta afrykańskie, a nawet... progi zwalniające dla licznych samochodów Małego Johna (przy czym nasze "hopki" mają skłonności do rozrastania się i tworzenia niebezpiecznych pagórków czy gór nawet - w których grzęzną później opony poszczególnych aut i konieczna jest interwencja straży pożarnej - bo kogóż innego? ;) #takasytuacja).


Podsumowując...
Nie jest to zastępstwo za ciastolinę, bo i jedno, i drugie ma swoje wady i zalety. Wadą pucholiny jest jej pewnego rodzaju trudność w oddaniu szczegółowości konstrukcji. Największą zaletą: niewysychalność oraz fakt, że jest zupełnie niebrudząca. Sprzątanie po Małym Johnie to w tym przypadku pestka: drobiny pucholiny opadłe na ziemię zamiatam pod stolik, by nie rozeszły się po pokoju, a potem zmiotą rachu-ciachu-i-po-piachu! A jeśli jakieś drobinki przykleją się nawet do kapcia, zachowują się naprawdę dobrze: są sypkie i nieklejące, więc wystarczy je strzepnąć, a nie ma po nich śladu!
Ogólnie: polecam. Zabawa na długo, wystarczy jedno opakowanie, by frajda trwała, trwała... niezależnie od upływu czasu!

piątek, 24 czerwca 2016

Czego Ci życzyć, moje Kochanie?

Pod koniec wakacji mój synek (tfu! winnam rzec raczej: syn! wszak dorasta mi dziecin...TFU! DZIECKO moje dorosłe, coraz dojrzalsze!*) będzie kończył cztery lata. Cztery lata! Choć nadal przyłapuję się na tym, że patrzę na niego jak na moją małą kruszynkę, moje maleństwo, z każdym dniem rośnie mi chłopina, mężnieje. Dłonie już nie te, co kiedyś: dawniej delikatne i mięciutkie, podobne do rączek Lady Marion; dzisiaj męskie w wydaniu mini - zahartowane kopaniem w piaskownicy, stukaniem o siebie metalu (resoraki), walką wręcz z tatą. Klatka piersiowa - kiedyś taka drobna, dziecięca - przybrała nieco ciała, a wraz z nim - mięśni. "Ubity taki", podsumował kiedyś budowę ciała Małego Johna jego tata (i nie miał bynajmniej na myśli, że nasze dziecko całe w siniakach-trofeach/pamiątkach z zabawy).

_________
* Mały John zwykł mnie poprawiać w takich chwilach: Maaaaamo! Nie chłopiec, ale chłopak! Także ten-no... dobrze sobie matkę wychował. Sama się poprawia... ;)


Jeszcze nie zaczęłam myśleć o przyjęciu urodzinowym; za wiele się dzieje, bym mogła spokojnie snuć plany rodzaju: A co zrobimy za dwa miesiące... Ostatnio czas tak szybko biegnie, że próbuję rozliczyć się z tego, co powinno być na JUŻ, na TERAZ. (A to odległe KIEDYŚ i tak zapewne stanie się Jutrem całkiem niedługo...)
Przypadkiem jednak (choć może nie całkiem, jak to zwykle bywa z inspirującymi przypadkami) natrafiłam ostatnio na zdjęcie tortu, który mnie zachwycił. Który sprawił, że poczułam, jak wypełniająca mnie miłość rozlewa się na stół, rozsypuje jak te kolorowe cukierki-posypka.


zdjęcie: Merrilee Liddiard, blog Mer Mag (źródło)

Merrilee Liddiard, autorka Mer Mag i książki z kreatywnymi pomysłami na zabawy z dzieckiem ("Playful"), stworzyła go z okazji dziesiątych urodzin swojego syna. Niby nic, powiecie, niby normalka, przecież takie chorągiewki wbite w powierzchnie wszelkiego typu dawno już obiegły sieć  i to w sumie takie nihil novi sub sole. A tu nie!
Na każdej z dziesięciu chorągiewek znajduje się cecha, która sprawia, że chłopiec jest dla bliskich wyjątkowy. Sam tort Merrilee nazwała zresztą: A ’10 Things I Love About You’ Birthday Cake. Co za wspaniały, inspirujący i wzruszający pomysł!

Mój synek nie potrafi jeszcze czytać, więc w jego przypadku zadziałałaby zapewne kolory, cukierkowy efekt "WOW" i potem frajda z wymachiwania chorągiewkami, ale zastanawiam się, czy nie powbijać w ciacho naszych życzeń dla niego. I tak co roku - ze staraniem, by życzenia były różne i płynęły prosto z serca... Tak jak jego słowa, które wypowiada do nas przed położeniem się spać: zamiast oklepanych "Dobranoc!" czy "Słodkich snów!" słyszymy od niego: "Dużo prezentów! Wiele choinek! Buziaków!"

I chować te urodzinowo-tortowe chorągiewki do pudełka z pamiątkami, może jakiejś starej puszki, czegokolwiek... A po latach wyciągnie je sobie i - umiejąc już czytać - będzie przeżywał minione urodziny na nowo...


Zdjęcie wykorzystane w poście udostępniłam za zgodą autorki, Merrilee Liddiard.
Link bezpośredni znajdziecie w podpisie ("źródło").


PS. A jeśli nie takie ciacho, może takie?


zdjęcie: Merrilee Liddiard, blog Mer Mag (źródło)


Zapraszam Was do Mer Mag - ostatnio siedzę tam bez przerwy!

wtorek, 21 czerwca 2016

pokój Lady Marion - projekt

Jestem w trakcie przemalowywania łóżeczka dla Lady Marion, córcia wyrasta bowiem z kołyski, która i tak powędruje w następnym miesiącu do kolejnego maluszka.
Gdy wybieraliśmy z mężem farby (czyt. postawiono nas przed ścianą kolorów w markecie budowlanym), ślubny zapytał, o jakiej palecie myślałam. Przytoczyłam kilka możliwości: biel i czerń, zieleń, jasna żółć, szarość i biel (ostatnie rozwiązanie wyszło z inicjatywy męża, który stwierdził, że czarnego trochę już za dużo w pokoju czy to synka, czy naszym).
TatoMąż: A czemu akurat takie kolory?
Ja: Taka jest paleta kolorystyczna pokoju Marion.
TatoMąż: Przecież Marion nie ma swojego pokoju.
Ja: Wiem. Ale projekt pokoju już ma.

Kobiece myśli często wybiegają w przyszłość, najwyraźniej lubują się w wizualizacjach... ;) Także ten, tego... bez zbędnego wstępu i paplaniny dalszej, zapraszam do oglądu mojego projektu!


OGÓLNY ZAMYSŁ

Tak, wiem, zboczona lub szalona jestem, ponieważ wystrój w zasadzie uzależniłam od jednego przedmiotu: plakatu Agaty Królak "love tove" (który pokazywałam TUTAJ). Kupiłam go dla siebie (zauroczona okładką 24. numeru magazynu "Ryms", poświęconego Tove Jansson właśnie), ale gdy zastanawiałam się nad przestrzenią dla Marion, wydał mi się wyśmienitym jej uzupełnieniem. A że obok niego wisiał sznur bawełnianych kul, przypadkowo idealny dla małej dziewczynki (komponowałam go bowiem na długo nim zaszłam w ciążę)... Zrządzeniem losu całość zgrała się w jedno, dyktując mi warunki. Głównie kolorystyczne.




KOLORYSTYKA

Po pierwsze, love tove - jedna z moich ulubionych grafik. Trochę dziecięca, trochę urocza, niebanalna, oddająca ducha jednej z moich ulubionych autorek, a poza tym... muminki, hatifnatowie, Buka! Ponieważ plakat jest w większej ramie, w środku utworzyłam udawane passe-partout, taką ramkę w ramce - tutaj szarą. Szarości więc, w połączeniu z delikatnym różem - czy to pudrowym, czy przybrudzonym - tworzą bazę kolorystyczną pokoju Marion. Dobrze, by elementy dodatkowe, ozdobne, nawiązywały przy tym do granatu, błękitu, jasnego żółtego czy nieco jaskrawej zieleni - dla złamania "dziewczyńskości" czy "księżniczkowatości" wystroju.


Po drugie, Cotton Ball Lights. Ich sznur przez długi czas opierał się o portret Tove, razem tworzyły całość. Gdy więc zwróciłam uwagę na jedno, naturalnie przeniosłam ją i na drugie. 
"Cottonki" póki co zawisły w kąciku Marion (pokazywałam go TUTAJ); samotna "mama muminków" uśmiecha się delikatnie w przedpokoju, jednak gdy tylko przyjdzie nam urządzać pokoik córci, znów będą razem.
Kolory bawełnianych kul? Beige, mud, shy grey i golden thread, czyli w wielkim skrócie beżowy (wpadający w zasadzie w jasny brąz), brudny brązowy, złocisty i mój ulubiona nieśmiała szarość - momentami różowawy, innym razem wpadający w lila... Kapitalny, bo niedefiniowalny, czający się (jest na dole całkiem po prawej - jaki kolor przypomina Wam w "próbniku"?)...




Ich połączenie wypada bardzo dziewczęco, głównie za sprawą "brudnego różu" shy grey i złotych nitek golden thread. Gdy patrzę na te lampki, a potem na - dajmy na to - leżący obok kocyk Elodie Details, wszystko spaja mi się w całość. Wychowuję wtedy królewnę, to fakt, ale od zachowania równowagi mam przecież inne kolory, prawda?


ŚCIANY

Wpisuję się w trend, ponieważ i ja zaprosiłabym do domu wzorzyste tapety. Do pokoju Marion wybrałabym kolorową, nawiązującą do dzikiej łąki lub czegoś podobnego. Żeby nie przytłoczyć wnętrza, tapeta pokryłaby tylko jedną z krótszych ścian. Pozostałe? Białe, poza jedną dłuższą ścianą albo w błękicie, albo w szarości, albo w naprawdę jasnej żółci.


1 | 2 | 3 | 4


MEBLE

Mam taką fantazję: blat starej komody, drewnianej (np. takiej jak TU), maluję na biało, a jeden z rogów ozdabiam złotymi kółeczkami-naklejkami. Gałki wymieniam.



Prosty stoliczek z Ikei w kolorze świeżej trawy (obecnie niedostępny w ofercie, ale chomikowany gdzieś przez moją mamę) ozdabiam albo farbą, albo okleiną - tworzę na blacie serwetkę-ramkę.


DODATKI

Mogą albo wzmocnić żądany efekt, albo osłabić (czy nawet zepsuć). Niby drobne przedmioty, niby niewiele znaczące, a drzemie w nich wielka moc. Plakaty, zabawki, tekstylia, lampka czy stolik nocny...
W moim przypadku brak tu jakiegoś konkretnego klucza, poza banalnym "bo mi się podoba". Chociaż nie, kolorystyka jest nieprzypadkowa. Starałam się, by pasowała do ogólnego zamysłu.


1. Tę lampkę nocną zobaczyłam na blogu cacaovo (TUTAJ) i z miejsca się w niej zakochałam. Dostępna jest z różnymi figurkami jako wypełnieniem, ale jelonek... Bambi to Bambi, no!
2. Od jakiegoś czasu lampa Snowpuppe wydaje mi się najlepszą opcją do pokoju dziecięcego. Do tej pory nie znalazłam ładniejszej, która mogłaby tam zawisnąć.
3. Girlanda (na ten moment do powieszenia na koszu Mojżesza). Planuję sama uszyć podobną małej Marion, ta tutaj to cudny twór od Nununu.
4. Łóżeczko. Miło pomarzyć, że coś tak ładnego stanęłoby w pokoju Małej. (Ten kolor!)
5. Domek rodziny Muminków. Ten tutaj to metalowa zawieszka, na choinkę na przykład, mam jednak w domu latarenkę, która go przypomina - świetnie zgrywa się z plakatem "love tove".
6. Drzwi wróżki. Maleńki drewniany gadżet do przyklejenia na ścianę, tuż nad podłogą (albo listwą przypodłogową, wówczas należy zaopatrzyć się również w drabinkę). Jak pobudza wyobraźnię! (Zwłaszcza z dodatkami: pyłkiem, z pomocą którego robi się ślady maleńkich stópek czy buteleczek z mlekiem czekających na odebranie.)
7. Muminkowa pościel. Szaro-różowa albo czarno-biała. Uwielbiam!
8. Świnka-przytulanka rodem z zabawnych opowieści o Lotcie. Urocza!
9. Materac od Numero 74 marzy mi się, oj marzy. Oczyma wyobraźni widzę rozłożone na nim dzieciaki, pod choinką, śpiewające kolędy, przeglądające książki czy zajadające pierniczki. (Gdy się na niego natknęłam w sieci, właśnie trwały Święta...)
10. Poduszka Kalamati - kupiłam ją Małej na katowickich targach designu dla dzieci; na razie cierpliwie czeka na użycie. 

Do tego wykonane przeze mnie poduchy: Tweeddy i śniąca Luna (czyli moja fasolka do karmienia ;)).




poniedziałek, 13 czerwca 2016

cytat miesiąca (czerwiec 2016)


Zrezygnuj z deadline'ów, presji i jakichkolwiek oczekiwań wobec dziecka.
  Emilia Przybył, mamadu.pl (źródło)

sobota, 11 czerwca 2016

cała prawda o... Whisbear - szumiący miś



O tak, Miś Szumiś... Dzisiaj nie wyobrażam sobie bez niego spacerów czy wieczornego usypiania. Stał się niezastąpionym towarzyszem naszego życia, małym puchatym przyjacielem, który nie tylko pozwala się uspokoić Lady Marion, ale który rozbraja też resztę rodzinki (Ten pyszczek!). I pomyśleć, że na początku - gdy w sieci pojawiały się doniesienia o rozmnożeniu się misiowej rodzinki - odnosiłam się do niego sceptycznie (by nie rzec chłodno).

Oczywiście czytałam, jakim to zbawiennym remedium na płacz dziecięcy bywają czy to szum suszarki do włosów, czy niedostrojone radio, czy włączony odkurzacz. Niby przyswajałam tę wiedzę, ale nigdy nie sprawdzałam działania w praktyce. (Byłam zbyt leniwa? Szkoda mi było prądu? Nie wiem...) Dlatego też obok Whisbeara przechodziłam raczej z obojętnością - na zasadzie: "Aha, kolejny gadżet dla rodziców, spoko." Och, nieświadoma ja!





Dlatego było mi trochę głupio, gdy wygrałam miśka w konkursie organizowanym przez Whisbear Szumiący Miś i COODO for kids (TU). Cieszyłam się jak dziecko, zarumieniona, wciąż jednak sceptyczna. "Zobaczymy, jak to z tobą jest", rzuciłam wtedy pod nosem.

Whisbear nie za bardzo mi się podobał wizualnie; podobnie jak różnokolorowe i nieco szalone maskotki Skip Hop. Po prostu nie moja estetyka. Cztery łapy wychodzące prosto z głowy? Kto to wymyślił? - uniosłam w górę brew, wygięłam ją nonszalancko i pewna siebie wyciągnęłam miśka z pudełka, które chwilę wcześniej przyniósł kurier. Widok jego pociesznej mordki (miśka, nie kuriera) sprawił, że ta moja mina "lady matki od gustu estetycznego" stała się nieco bardziej ludzka, rozpogodziła. "Milusi", pomyślałam. Cztery nogi przyjemnie wyginały się w każdą stronę, w zasadzie zabawne to było - kolejny uśmiech zagościł na mojej twarzy. A potem wyczytałam, że maskotka powstała według projektu dziecka. I tym mnie kupili. Pokochałam wygląd miśka całym sercem. Nie wiedziałam, jak to będzie z tym szumem, ale wizualnie już miał mnie w garści. I te szeleszczące uszy!





(Zresztą nie tylko mnie - Mały John od razu po ujrzeniu pudełka pytał, co to i czy może wyciągnąć i się pobawić. "Daj, no daaaaj", nalegał. Potem też nie chciał go oddać - wyginał go w każdą stronę, machał nim w powietrzu i co chwila się chichrał. Bo Whisbear - czy raczej nasz Miś Szumiś ;) - taki jest: sprawia, że się uśmiechasz.)







Niby spokojnie sobie leży, niby nie komentuje, ale Marion konsekwentnie zerkała na brata, sprawdzając, co ten wyczynia z JEJ misiem.

Podczas gdy Mały John zastanawiał się, po co maskotce dziura w głowie, TatoMąż zajmował się "sercem" misia - urządzeniem odpowiedzialnym za szum. Po włożeniu baterii (sztuk trzy) można było włączyć Whisbeara, czyli - jak u Tomka i przyjaciół - uczynić użytecznym.









Szum był głośny. "Ja bym przy tym nie usnął", zawyrokował TatoMąż (tym razem to on uniósł sceptycznie brew). "Zobaczymy jak to będzie", podsumowałam. 
Zajrzeliśmy do instrukcji, o co chodzi z systemem "CRY sensor" - że niby rozpoznaje płacz dziecka i sam się włącza. "Tak, ale najpierw musi szumieć nieprzerwanie przez 40 minut" - przeczytał TatoMąż. "Co? CZTERDZIEŚCI?" - Zdziwiłam się. "Tak długo?" Och, naiwna, niedoświadczona matko! Życie miało ci pokazać, że czterdzieści minut to WYSTARCZAJĄCO długo, ale po kolei...

Kiedy nadarzyła się okazja i Marion zaczęła płakać (po przebraniu, nakarmieniu i odczynieniu tańców rytualnych, czyli po wszystkich możliwych czynnościach opiekuńczo-zaradczych), włączyliśmy misia. I co? I nic. On szumiał, Mała ryczała. Położyłam się więc obok córki, chwyciłam ją za rączkę, jak miałyśmy w zwyczaju przy okazji jej zasypiania, i przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w szum misia, który wtedy wydał mi się wcale nie taki głośny. Monotonny, uspokajający, miły, taki... chrrrrrr... Usnęłam. Whisbear ukołysał mnie szybciej niż Marion! "A więc to o to chodziło w haśle reklamowym zapewniającym spokojny sen RODZICOM i dzieciom...", zażartowałam.

Następnego dnia miało być lepiej - Marion marudziła, uspokajała się jedynie noszona (Kto nie lubi tego poczucia władzy, gdy na świat zerka z wysoka?), za którymś razem zdenerwowałam się więc, zmęczona, odłożyłam ją i sięgnęłam po misia - trochę w akcie desperacji, trochę z nerwowym "A co mi tam!" pod nosem. I wiecie co? Mała USPOKOIŁA SIĘ. Sama. Najpierw zdziwiona spojrzała w kierunku miśka, zapłakała trochę głośniej, a potem... cisza. Spokojna zaczęła ssać smoczka i słać przyjazne spojrzenia koledze w szarościach poprzetykanych kolorem. Aż siadłam prosto z wrażenia. A mąż rzucił tylko lekko: "O! A jednak działa!"




Taka nasza historia zaprzyjaźniania się z Szumisiem. Naszym nieodłącznym towarzyszem podróży (jako jedyny był w stanie uspokoić Marion w trakcie pierwszej dłuższej jazdy samochodem) i dnia codziennego. A gdy zaczynam go animować i dubbingować... To materiał na osobną opowieść, może nawet na cykl filmików... ;) (Małą próbkę załączyłam na początku wpisu.)

Oczywiście to nie jest tak, że szumienie misia załatwia wszelkie problemy z krzykiem czy płaczem dziecka. Czasem, gdy chodzi o coś poważnego, a Marion chce dać nam wyraźnie znać, że mamy jej w czymś pomóc (zmienić pieluchę, nakarmić), Szumiś nie zdaje egzaminu. Mała też nie zawsze od razu zasypia przy włączonym Whisbearze. Po prostu cudów nie ma - nie wyłączymy niemowlęcia jednym guzikiem, to tak nie działa. Nie zmienia to jednak faktu, że Szumiś faktycznie pomaga dziecku się uspokoić. O tym, jak się nam przydaje, świadczy chociażby fakt, że zużyliśmy już pierwszy komplet baterii. Kiedy te się wyczerpują, miś daje o tym znać trzykrotnym sygnałem dźwiękowym po szumieniu. Szumi też coraz ciszej i krócej - jakby był zmęczony (brakuje mu wszak coraz bardziej energii). Ostatnio śmiałam się, że spłaszczyliśmy mu głowę od ciągłego włączania* ;).
  
* "CRY sensor" działa po wspomnianych 40 minutach, czyli jednym pełnym cyklu szumienia. Wtedy przechodzi w stan "stand by" i oczekuje na hałas, by uruchomić się ponownie. Na początku nie byliśmy przekonani do tej funkcji, bo aktywowało ją... głośniejsze zassanie smoczka przez Marion! Szumiś musiał jednak nas wyczuć, nauczyć się nas - teraz nie reaguje już na - jak nam się wtedy wydawało - każdy dźwięk, ale faktycznie na wyższe. Już nie każde zająknięcie się Marion sprawia, że zaczyna szumieć. Ot tyle, trzeba się było dostroić!





Trzeba przyznać, że producenci Szumisia mają wyczucie i szósty zmysł - przysłali nam misia w kolorze jasnej, "trawiastej" zieleni (kolor jednej z nóg, tej pokrytej tkaniną minky; można wybierać z różnych), który idealnie skomponował się z filcowym pomponikiem kocyka Lady Marion i wpisał w paletę barw, którą wybrałam dla pokoju Małej (kiedyś, kiedyś, jak jej pokój urządzać będę... ;)). Dziękujemy!





Czy mogłabym go polecić? Zdecydowanie TAK. Cała nasza rodzina go uwielbia i chociaż sami nigdy byśmy go sobie nie kupili (uważając go wcześniej za zwykły gadżet), teraz powtarzamy wszystkim, że to fantastyczny materiał na prezent dla młodych rodziców. Fantastyczna sprawa, prawie cytując TatoMęża.


Słodkich snów!


piątek, 10 czerwca 2016

lady Babcia od savoir-vivre'u

Chcąc nie chcąc, przysłuchuję się czasem opiekunom różnych dzieci. Czy to w przedszkolu, gdy odbieram synka, czy na spacerze, czy w sklepie... W większości przypadków relacje są normalne, zdarza się jednak, że niektóre się wybijają i zwracają uwagę - i te, niestety, zapamiętuje się najczęściej.
Siedzisz wtedy, udajesz, że nie słuchasz (a jest wręcz odwrotnie, bo uszy nastawiły się właśnie na odbiór fal dźwiękowych z tamtego sektora; dobrze, że nie mamy tak rozwiniętych mięśni uszu jak psy - dzięki temu nie widać, że je nastawiliśmy) i rejestrujesz. Czasem uśmiechniesz się pod nosem, czasem nóż Ci się w kieszeni otworzy. Sytuacje są różne. Dzisiaj opowiem Wam o lady Babci od savoir-vivre'u.

czwartek, 9 czerwca 2016

kącik Lady Marion (czyli mała dziewczynka w dużym pokoju)

Ten post pojawił się pierwotnie na moim drugim blogu (o, TU) - było to 22 lutego. Dlaczego nie wspominałam o nim tutaj?
Z początku chciałam rozdzielić oba miejsca - żeby na blogu "rękodzielniczo-wnętrzarsko-inspiracyjnym" było mniej o rodzicielstwie, a jeśli chodzi o kreatywne projekty czy wszelkie DIY - tutaj miały pojawiać się co najwyżej odnośniki; chyba że tematyka dotykała dzieciaków w sposób wyraźny - wówczas dopuszczałam możliwość dublowania treści.
Dzisiaj będzie taki dubel właśnie. Post stary, ale "jary" - stan bieżący, który niedługo ulegnie zmianie, wobec czego z pewnym rozrzewnieniem przypatruję się tym kadrom. Niedługo kołyska powędruje do kolejnego maluszka, a Lady Marion otrzyma swoje pierwsze łóżeczko - na razie takie ze szczebelkami. Przed nami więc zmiany, tymczasem zerknijcie, jak jest...


Od kiedy dowiedziałam się, że będziemy mieć drugie dziecko, wiedziałam, że w kwestii przestrzeni są dwa wyjścia: albo zdążymy przenieść się do większego mieszkania (tym samym na starcie fundując córci własny pokój), albo urządzimy jej - przynajmniej na początek - kącik w dużym pokoju, obok nas.
Pokój Małego Johna na ten moment jest kompletny, tj. każdy kąt został wykorzystany i wolnych powierzchni  na dobrą sprawę brak. Próby wprowadzenia tam noworodka skończyłyby się na upartym - a przez to nie do końca szczęśliwym - upychaniu mebli czy zabawek.
Skoro, przynajmniej na początku, mała Marion i tak potrzebuje opieki przez całą dobę, nie widziałam najmniejszego sensu w odbieraniu synowi jego królestwa. Sytuacja rodzinna i tak zmieniła się u nas diametralnie, nie chciałam więc mu dokładać; wystarczy, że młodsza siostra zabrała część uwagi rodziców, nie musiała dodatkowo odbierać części życiowej powierzchni. 
Poza tym... Przy drugim dziecku zrobiłam się pewnego rodzaju minimalistką... Łóżeczko? A po co od razu łóżeczko! Kołyska, kosz Mojżesza - nad łóżeczkiem pomyśli się potem. Przewijak-mebel? Ale po co, tylko miejsce będzie zajmował, a tego w nadmiarze nie mamy... Kupiłam przewijak przenośny, materiałowy, na guzik. Gdy potrzeba - rozkładam go na kanapie, u lekarza, w gościach i mogę prowadzić wojnę z bronią biologiczną! Stojak na wanienkę i rozkładanie się z nią co wieczór? Co za marnotrawienie przestrzeni i dokładanie sobie roboty! Umywalka na ten moment zupełnie nam wystarcza!

Kącik Małej Marion usytuowany w dużym pokoju nie przypomina więc typowych kącików noworodkowych. Zabawek nie ma tu prawie wcale (bo i na razie w ogóle nie są potrzebne), są tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kocyki, z których aktualnie korzystamy, przy kanapie (w nocy łóżku) torba z przybornikiem-kosmetyczką i przewijakiem, z poduszek jedynie Tweeddy, która służy mojemu kręgosłupowi w trakcie karmienia córki. Mogłabym oczywiście powyciągać śpiącą Lunę czy inne poduszki dla małej, tu i ówdzie rzucić maskotkę czy lalę, na półkach poustawiać księżniczkowe figurki od Djeco, ale... po co? Swoimi zakupami czy tworami zdążę się jeszcze pochwalić, nie ma potrzeby prezentować ich tu na siłę. Jedynie sznur "cottonków" przywędrował wraz z koszem Mojżesza do dużego pokoju, by zamieszkać tam wraz z nowym członkiem rodziny.

Stan prezentowany poniżej to stan codzienny, bez specjalnego sprzątania, ozdabiania... Szykowania sesji zdjęciowej. Czyli podobno tak, jak czytelnicy chcieliby widzieć świat blogerów: naturalnie, bez kłamliwego upiększania. Naga rzeczywistość!





Małej Lady Marion pilnuje nie byle kto, ale sam Obi Wan Kenobi! (Niech moc czuwa!)








Drugą część przestrzeni, którą mała Marion zajmuje najczęściej, stanowi kanapa. Poduszki i koce są tu koniecznością - pierwsze wspierają mnie podczas karmienia, drugimi otulam to siebie, to małą.




Gdy wróciłam z córką ze szpitala, czekała na mnie brązowa paczuszka z niedźwiedzią mordką. W środku znalazłam trzeci numer magazynu "Fathers" i płócienną torbę (prezent dla prenumeratorów), do której od razu powędrowały przwijak, tetry i kosmetyczka z kosmetykami i pieluszkami małej. Gdy tylko Marion zasnęła, a Mały John zajął się zabawą z tatą, ja - otulona kocem i z herbatą w ręce - oddałam się lekturze. Rodzicielstwo oczami ojców? Inspirujące!



 

 


A gdy zapada zmrok...