czwartek, 12 maja 2016

carpe diem

Dzisiejszy dzień jest podobno ostatnim tak pogodnym w tym tygodniu. Uchylam więc szerzej okna, wdycham zapach wybuchającej przyrody i... cieszę się chwilą. W tej całej gonitwie codzienności tak często zapominamy o tym, że szczęście kryje się w chwilach - i to nie tych szczególnie wypieszczonych, z pietyzmem oczekiwanych czy zaplanowanych, ale w zwykłych, niepozornych.

Kilka dni temu znalazłam moment na oddech. Mały John poszedł do przedszkola po dłużej nieobecności, świeciło słońce. Na śniadanie - niespieszne, w ciszy przerywanej jednostajnym szumem gnających przed siebie samochodów - zjadłam pożywne musli, popiłam białą herbatą. Chciałam spędzić godzinę czy pół przy komputerze, ale obudziła się Lady Marion. Nie zmarszczyłam brwi, jak miałam w zwyczaju, nie syknęłam pod nosem "Szlag!", wygaszając ekran. W miejsce tego uśmiechnęłam się lekko, wzruszyłam ramionami i wstałam. 
Puściłam płytę, której dawno nie słuchałam; rozbrzmiała moja "muzyka komiksowa", a ja położyłam się obok córci, wsłuchując się w poszczególne melodie.
Firanka falowała w rytm delikatnej muzyki, a moje stopy łaskotał chłodny wiatr - to przyjemne zimno, które sprawia, że wzdrygasz się na sekundę i unosisz w górę kąciki ust. Przymknęłam oczy i łapałam nieśmiałe światło słoneczne, które tańcowało na moim nosie. Lady Marion - przebrana i nakarmiona, wyciszona i uśmiechająca się w półśnie - opuściła swoją małą rączkę, która wylądowała na mojej głowie. Córcia chwilę mnie głaskała, by spokojnie usnąć. A ja? Wsłuchana w ten nasz intymny soundtrack, po raz pierwszy od kilku tygodni poczułam się prawdziwie szczęśliwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz