poniedziałek, 30 maja 2016

niemowlę na podłodze, czyli w poszukiwaniu idealnej maty dla dziecka

Kilka dni temu Lady Marion zaliczyła pierwszy samodzielny przewrót z brzuszka na plecy, czym definitywnie zaznaczyła koniec pewnego etapu swojej żywotności: okres stosunkowo nieruchomego leżenia w jednym miejscu. 
 - To jest niebezpieczne - zawyrokował w związku z tym małżonek, oceniając zagrożenie tonem znawcy (godnym strażaka Sama - uczy się tata od Małego Johna ;)). Zagrożenie: Lady Marion na kanapie.
Postanowiłam więc przełożyć córkę na podłogę. Oczywiście nie od razu, oczywiście nie na cały czas - ale gdybyśmy mieli wyjść z pokoju albo być zajęci domowymi obowiązkami, ułożenie Małej na płaskiej powierzchni, z której na pewno nie spadnie, stanowiłoby wyborne relanium dla naszych sumień i dusz.
Rzecz jasna, między ciałem dziecka a podłogą właściwą konieczna jest bariera w postaci... no właśnie. Mata/narzuta/futon/materac postaci ma co nie miara, odsłon miliony. Weź tu się człowieku ogarnij i wybierz jedną (słowem: JEDNĄ).

Oczywiście, najwygodniej byłoby nie mieć żadnych wątpliwości czy ograniczeń i pozwolić sobie na wszystkie produkty, które spełniałyby nasze wymagania, ale przy założeniu rozsądnego dysponowania finansami... Jeden musi wystarczyć, maksymalnie dwa (na czas prania pierwszego). 

Co wpadło mi w oko?



1. Przepiękne, ręcznie pikowane, z zewnątrz bawełniane, w środku wyściełane wełną. Jak wszystkie produkty od La Langerie Paris pachnące cudnym retro i uszanowaniem dla tradycji. Problem stanowi dla mnie cena - dość wysoka, niestety, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę rozmiar - typowo niemowlęcy (czyli posłuży głównie za matę, bo po kilku miesiącach na kołderkę czy narzutkę będzie zwyczajnie za mała)...
2. Z początku nie miałam zamiaru brać pod uwagę Maków Mon Ami, ale zdjęcia Julii zmieniły moje nastawienie. Ich gruby koc - a właściwie coś jak pled - idealnie sprawdził się jako mata podłogowa. Poza tym byłby wielofunkcyjny - mógłby służyć również jako narzuta na łóżko czy grubsza kołdra. Jedyne, co wciąż mnie nie przekonuje do końca: grafika. Wolałabym coś uniwersalnego, bardziej "spokojnego", stanowiącego tło...
3. Te maty są okrągłe i pierwotnie powinny stanowić podłogę tipi, ale dlaczego nie wykorzystać ich inaczej? Mogłyby być też dywanikiem pod choinką, w razie czego... Stosunek wielkości co ceny (i materiałów) jest też całkiem w porządku. Kwieciste "morskie oko" to stuprocentowa bawełna, a "kurza nóżka" to mieszanka bawełny i lnu.
4. Nununu uwielbiam za gamę kolorystyczną - stonowaną, ale urokliwą. Delikatne desenie, urocze produkty (poduchy-gwiazdy, czarodziejskie różdżki...)... Ta mata - jak w przypadku poprzedniej pozycji - przewidziana jest jako uzupełnienie tipi, ale nie tylko. Wada? Rozmiar (patrz punkt pierwszy).
5. Śliczności! W dodatku w promocji... Marzyłam o fioletowej narzucie (wyprzedano ją, niestety), ale cena była dla mnie nie do przejścia... Obecnie nie razi już tak po oczach, a rozmiar jest całkiem w porządku - jeśli nie mata na podłogę (taki podkład), doskonale posłuży przez pierwsze dwa czy trzy lata jako kołderka albo narzutka na łóżko. Piękne materiały, bawełna, obszyte ręcznym haftem... Brytyjskiej marki Camomile London, która dba o detale... Do wyboru złotawa narzuta lub kremowa w delikatną, czarną kratę.
6. i 7. Ochy i achy - w tych dwóch onomatopejach można zamknąć określenia dotyczące tych boskich produktów marki Kutikai. Ręcznie pikowane, duże (w porównaniu z innymi: ogromne!), "szóstka" jest dodatkowo śpiworem. Uwielbiam takie piękne i nietypowe rozwiązania... Minus? Cena - najwyższa ze wszystkich, ech... (kolejna onomatopeja, do kompletu)

Zapomniałam umieścić w zestawieniu materac od Numero 74 (taki jak TUTAJ) - rozmiar 75x110 centymetrów, cena: 296 złotych. To był mój faworyt, jeszcze zanim zaczęłam myśleć na poważnie o kandydatach do tej roli. Nie mógłby jednak spełniać funkcji koca czy narzuty...

*

Troski, wszędzie troski - jak powiedziałby Papa Smerf, chory w jednym z odcinków na nieumiejętność podjęcia decyzji.

A Was któraś z propozycji do siebie przekonała?

szukamy mamy

Obchodzimy dzisiaj Dzień Rodzicielstwa Zastępczego i to trochę przy tej okazji w mediach pojawił się spot Szukamy Mamy nakręcony przez SOS Wioski Dziecięce. Spot, który mnie poruszył i sprawił, że po raz kolejny przeklinałam własne hormony i jednocześnie cieszyłam się, że moje poranki zostały przy Lady Marion wydłużone - bez nałożonego na twarz makijażu nie musiałam się obawiać, że ciemny tusz będzie mi spływał po twarzy, kreśląc szarawe smugi na policzkach.

Dzieci szukają Mamy:




Szukają mam zastępczych, i to do nich kierowane są padające pod koniec słowa, ale potraktować je można szerzej... Wiecie co? Ten spot przypomniał mi moje własne emocje, moje wątpliwości i strach, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży z Małym Johnem, kiedy wiedziałam, że wchodzę w przygodę, a jednocześnie obawiałam się jej jak zupełnego nieznanego, które będzie mi ofiarowało wszystko: łzy i śmiech, wściekłość i niewyobrażalną radość... Całe spektrum doświadczeń, na które byłam jedynie częściowo przygotowana.

Bałam się. Bałam się, że sobie nie poradzę. Stwierdziłam wtedy - trochę na przekór sobie, ale uznałam, że jedynie takie myślenie mnie uratuje - że skoro się boję, że skoro mam wątpliwości, czy dam sobie radę - dam. Będę szukać, będę czytać, będę dojrzewać i uczyć się. Nie osiądę na laurach i nie uznam, że jestem rodzicem, który pozjadał wszystkie rozumy, bo... jest rodzicem. Bo jest starszy, bo "dorośli mają rację" i "władzę", bo "dorosłych się słucha". Swoje rodzące się powoli rodzicielstwo potraktowałam jak wyzwanie - głównie dla samej siebie. Codzienne starać się być lepszą niż dzień wcześniej.

Tak, boję się dalej - będąc mamą po raz drugi. Jest mi już łatwiej, więcej wiem, bo czegoś już doświadczyłam, bo z czegoś wyciągnęłam lekcje i wnioski. Ale wciąż są momenty, kiedy daję sobie w twarz, kiedy wyzywam siebie w myślach, kiedy nie potrafię usnąć, bo powiedziałam kilka słów za dużo, bo straciłam nad sobą panowanie, bo nie byłam taką Mamą, jaką chciałabym być... Ale nie pozwalam sobie na długie użalanie się, na pochylanie głowy i czekanie, aż mnie ukamienują. Muszę być silna, muszę wziąć się w garść. Zawiodłam, ale nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa. Nie mogę się poddawać, stawka jest zbyt wysoka. 

Podnoszę się, przytulam wszystkie dzieci (to drzemiące we mnie również), przepraszam i - to ważne! - wybaczam sobie. Każdy dzień to nowe wyzwania. Nie zawsze będę miała dość sił, żeby spełniać się na sto procent, ale kto zabroni mi spróbować następnego dnia?


Jeśli więc boisz się, masz wątpliwości, czy sobie poradzisz - nie martw się. To najlepszy znak z możliwych: sygnał, że przejmujesz się rolą mamy, że Ci na niej zależy, że w razie czego - najpewniej się nie poddasz.
 

czwartek, 26 maja 2016

motywacyjnie na Dzień Matki

Każdej z nas zdarzają się gorsze dni, kiedy albo sił brak, albo okoliczności niesprzyjające, albo nieszczęsne połączenie obu... Dzień Matki to taki wyjątkowy czas, kiedy ludzkość przypomina sobie (albo uświadamia silniej niż w pozostałe dni), jak bardzo mamy są potrzebne, jak dużo dają - najczęściej całą siebie... A my? Przyjmujemy laurki, bukiety kwiatów, ciepłe uściski i jesteśmy szczęśliwe. Czujemy się spełnione. A gdyby tak rozszerzyć to samopoczucie na większy okres czasu? Ładować sobie akumulatory nie tylko 26 maja (czy dodatkowo w swoje urodziny), ale i każdego dnia - bez konkretnej daty, na którą czeka się cały rok?

Chciałam Was (nas ;)) dzisiaj klepnąć po ramieniu, powiedzieć wirtualne: Dobra robota! i przypomnieć, że mam(y) tę moooc! ;)

Przygotowałam dla nas swoisty "pakiet" motywacyjny - wzruszające filmiki, zabawne grafiki, inspirujące typografie... Byśmy pamiętały, że jesteśmy wielkie, a każda z nas wyjątkowa!




Wykonujemy najcięższą pracę świata - bez urlopów, bez zwolnień lekarskich, bez chwil przerw (chyba że nasz podopieczny akurat uśnie), bez wynagrodzenia. Robimy to z miłości...


Robimy to dla Nich - by spełniały swoje marzenia, realizowały się, były szczęśliwe... Jesteśmy osobistymi trenerami, opiekunami, fizjoterapeutami, psychologami, dietetykami... Zarządzamy i domem, i ludźmi. Po co? By raz na jakiś czas poczuć, jak nasze serce rośnie i puchnie: z dumy, z radości, z poczucia spełnienia... Kiedy jest tak duże, że aż boli, że wyciska łzy - wzruszenia...


To te momenty, które nas uwznioślają, sprawiają, że unosimy się lekko nad ziemią i czujemy się szczęśliwe. Często jednak w nawale codziennych obowiązków trudno jest myśleć globalnie, całościowo o wykonywanej przez nas pracy. Jawi się ona jako orka - niedoceniana, niezauważana... Staramy się ogarnąć tyle spraw, czasem kosztem samej siebie i co? I żadnego "dziękuję", "super robota", "brawo"? To same przybijmy sobie piątkę! Każda z nas ma swojego najbliższego przyjaciela tuż obok, bardzo blisko - to my same!

grafika by siminascribbles (źródło)

grafika by siminascribbles (źródło)

Jesteśmy Superbohaterkami dnia codziennego:

Elżbieta Jabłońska, gry domowe (źrodło)

W codziennych obowiązkach nie zapominajmy jednak o sobie. Życie to walka, warto czasem nałożyć na twarz barwy wojenne - walczyć o siebie. Ale jeśli akurat nie masz czasu na makijaż, bo ważniejsza jest drzemka, nabranie sił czy obejrzenie ulubionego serialu, który zapewni Ci równowagę psychiczną - śmiało. Pamiętaj, niezależnie od sytuacji:

by greengiant (źródło)

Posłuchaj rady mistrza - to recepta na udane życie (indywidualno-społeczne), a przy okazji wyśmienita rada dla wszystkich mam:


 Pamiętaj:
 _______________
 źródła typografii:
1 | 2 | 3


Magda z All things pretty & simple (TUTAJ) przygotowała sześć pomysłów na wyjątkowe, nietypowe prezenty dla Mamy. Ja wiem - na przygotowanie części z nich pewnie już za późno, ale niech posłużą jako inspiracja. A może warto robić sobie (i własnej rodzicielce) Dzień Matki częściej? ;)


Wszystkie jesteśmy piękne...

niedziela, 22 maja 2016

prezenty na Dzień Dziecka do 10, 20, 30, 40 i 50 złotych

Kształcące, rozwijające, a do tego estetyczne, piękne, z dobrych jakościowo materiałów? - tak, takie zabawki istnieją. Ba! jest ich całkiem sporo! Minus? Cena. Zwykle jeśli szukamy czegoś, co wpisywałoby się w gusta nasze i dzieci (czyli łączyło przyjemne z pożytecznym, praktyczność z estetyką), musimy liczyć się z ceną adekwatną do proponowanego produktu: wysoką. (Nie zawsze markowe znaczy lepsze, ale w przypadku zabawek często tak jest - plastik jest bardziej trwały, przyjemny w dotyku; za drewno trzeba zapłacić - wiadomo, to materiał droższy; niektóre z innowacyjnych czy bardziej pomysłowych rozwiązań też nie są za darmo.) Nie wzdychajmy jednak z rezygnacją powiązaną z widmem ewentualnego skazania na "tandetę" czy wizją ciągłego zbierania do skarbonki. (Nie każdego stać przecież na kupno zabawki za "stówkę" czy droższej.) Można i taniej, wystarczy dobrze poszukać, być uważnym, czasem polować na promocjach. Specjalnie dla Was wyszukałam 25 pomysłów na prezenty, które mieszczą się w przedziale kwotowym do 50 złotych (zwykle taki ustalamy w naszej rodzinie np. przy okazji urodzin czy np. Dnia Dziecka). Ciekawi? To zaczynamy!

do 10 złotych

Nie czarujmy się. W tej grupie rządzi Tiger i Biedronka. Propozycje z pierwszej wymienionej sieciówki znajdziecie w moich typach, propozycji z drugiej trzeba szukać na własną rękę w najbliższym sklepie; przykładowo, mnie kiedyś udało się nabyć skakankę z drewnianymi uchwytami w kształcie uroczych zwierzątek czy grubą książeczkę ćwiczącą spostrzegawczość z mnóstwem naklejek - każdy z przedmiotów kosztował 8,90! 

1. Naklejki. Królestwo za naklejki! Te są metaliczne i można z nich tworzyć własne barwne ptaki. (Kalaluszek) | 2. Ach, kto pamięta? Wszystkie przerwy w szkole poświęcone na ćwiczenie układów w skakaniu przez gumę! I to podnoszenie poziomów trudności! (Mamissima) | 3. Prawdziwy rycerz musi mieć miecz. A ponieważ metalowe miecze ciężkie są, nieporęczne, warto na początek przygody z rycerstwem zafundować sobie piankową broń ćwiczebną. Zabawa ta sama, ale mniej obrażeń! (Tiger) | 4. Piłka niesforna. Piłka śmieszka. Piłka zmieniająca kształty. Ot tak, żeby był psikus. (Tiger) | 5. Jako dziecko miałam swój kalejdoskop i zdarzały mi się chwile, kiedy stałam na środku pokoju, z przedmiotem wycelowanym w źródło światła, i jak zahipnotyzowana obserwowałam plastikowe kryształki, które tworzyły jedyne w swoim rodzaju obrazki-witraże. (Tiger)


do 20 złotych


1. Prześwietne mini-kolorowanki "32 sposoby na ubranie...". Pisałam o nich TUTAJ. Uwielbiam je! (Kalaluszek) | 2. Gwizdek w formie morskiego zwierzaka? Bomba! Chociaż nie przepadam za głośnymi zabawkami dla dzieci, te skradły moje serce designem. (Płaszczka!) (Kalaluszek)  | 3. Ten bączek-jabłko chodzi za mną od dłuższego czasu. Lubię takie drewniane zabawki z pomysłem. (Kalaluszek) | 4. Wcześniej piankowe miecze, teraz materiałowe rewolwery. Kiedy Mały John stwierdził kiedyś, że chciałby mieć pistolet, wiedziałam, że w naszym domu może się pojawić wyłącznie taki. (Wszelkim plastikowym, szczególnie tym udającym prawdziwe, mówię stanowcze "Nie!") No i ta marka: Numero 74 często mówi samo za siebie... (Mofflo) | 5. Mały John uwielbia puzzle (ma to chyba po Chrzestnej ;)), więc sprawdziliśmy już różne firmy pod tym względem. CzuCzu urzeka uroczymi obrazkami i pudełkiem, które - w porównaniu do opakowań puzzli innych marek - jest "akurat" - ani za duże, ani za małe. (Fabryka Wafelków)


do 30 złotych

1. Tatuaże w najpiękniejszej formie, jaką widziałam. Prze-pię-kne. (Kalaluszek) | 2. Kolejne puzzle, tym razem trójwymiarowe. Fajne. Można potem gotowe postawić na półce, by służyły za ozdobę, można też wykorzystać do zbudowania mini miasta (np. na potrzeby wyścigów resoraków). (Mamissima) | 3. Widziałam te plansze w użytku blogowych koleżanek i świetnie wypadły. Każda z plansz wymaga uzupełnienia innymi naklejkami - dziecko ćwiczy i koordynację ruchową, i oswaja się np. z porami roku czy specyfiką farmy. (Tuliluli) | 4. Uwielbiam Djeco - mają tyle pomysłów na produkty dla dzieci! Tutaj możemy przygotować własne papierowe samolociki - po lekkim tuningu, dla efektu. (Bubulinka) | 5. Na koniec seria magnetycznych gier w metalowym pudełku - idealna na podróż, ale nie tylko. Tutaj korek, czyli 20 gier o trzech poziomach trudności z samochodami w roli głównej. (Bubulinka)


do 40 złotych


1. Kto powiedział, że ubieranki są wyłącznie dla dziewczynek? Z tym zestawem Djeco i chłopiec wyprawi na bitwę rycerza albo zdecyduje, w co ubierze się Pan Pies. (Kalaluszek) | 2. Nie wiem, naprawdę szczerze nie wiem, dlaczego nie mówi się na blogach o tych figurkach. Wszyscy zachwycają się Maileg albo klockami PlusPlus (nie bez przyczyny, oczywiście), a o tych postaciach od Djeco milczą... A te zachwycają! Kupiłam kiedyś Małemu Johnowi jedną - na "wypróbowanie" - i od tej pory pałamy do nich miłością bezgraniczną. Lekkie, drewniane, gładkie, wykonane z dbałością i najdrobniejszy szczegół. Ruchome ręce i głowa, wyjmowany i wkładany do dłoni ekwipunek... Świetna zabawka, po prostu! (Mamissima)  | 3. Maileg i ja uwielbiam. Zwłaszcza od momentu, kiedy na targach designu dla dzieci obmacałam dokładnie jednego królika... Świetnie wykonane, z pietyzmem, z fajnych materiałów. Urzekają. Ta mysz-żołnierz jest jedną z tańszych propozycji marki. Ach, no i ten brytyjski akcent! (Fufurufu) | 4. Propozycja dla nieco młodszych dzieci - drewniana ubieranka. (Jak ja lubię takie "przekładanie" części ciała!) (Mamissima)  | 5. KLASYK. Must have w dodatku (taki tytuł uzyskała w zeszłym roku podczas łódzkiego festiwalu designu). Drewniana żaba projektu Małgorzaty i Wojciecha Małolepszych. Gdy pociągniesz za sznurek, żabka podskakuje jak żabka i bezgłośnie kumka (czyli otwiera i zamyka pyszczek). Cudo! (WellDone)


do 50 złotych


1. Mały John uwielbia kąpiele w wannie, która wieczorem zamienia się w Przystań Przygód albo Piracki Ocean. Propozycje marki Plan Toys są chyba najładniejsze, jakie widziałam - a szukając pływających łódek do zabawy, przeczesałam naprawdę wiele miejsc, wierzcie mi! Te łódeczki mają materiałowy żagiel, wyjmowane postaci i... utrzymują się na powierzchni wody! (Kalaluszek)  | 2. Jak w przypadku punktu pierwszego, z tą różnicą, że te pływające machiny są nieco bardziej zabudowane. Ale wciąż utrzymują się na wodzie, a postaci są wyjmowane. (Kalaluszek) | 3. Projektor cieni - to brzmi tak... alchemicznie, zagadkowo, prestidigitatorsko! Ileż pasjonujących opowieści można snuć na ścianie o zachodzie słońca! (Kalaluszek)  | 4. Ja wiem, pisałam o tym przy okazji gwizdków... Głośne, grające czy piszczące zabawki dla dzieci to nie jest to, co rodzice-Tygryski lubią najbardziej. Ale jeśli mowa o grafikach Ingeli P Arrhenius... Ech, zachowuję się jak ćma: lecę do źródła światła, nie bacząc na konsekwencje... (Kalaluszek) | 5. Miało ich tutaj nie być (stwierdziłam, że tych klocków jest na blogach tak dużo, że wystarczy), ale przypomniałam sobie, jak Mały John świetnie bawił się nimi w księgarni Zła Buka. No dają radę, nooo! Tutaj zestaw 200 klocków Plus Plus. (Fabryka Wafelków)


Warto również polować na promocje czy szukać okazji w TK Maxx - zwłaszcza czerwonych etykiet z ceną!

Jakie są Wasze prezentowe typy? :)

środa, 18 maja 2016

życie do kwadratu, czyli śledzimy Instagram (15)

Nie odkryję Ameryki, pisząc, że Instagram to kopalnia pięknych i inspirujących kadrów. W cyklu życie do kwadratu, czyli śledzimy Instagram zamierzam prezentować niektóre z profili - te nawiązujące do dzieci albo rodzicielstwa; te, które skradły moje serce i/lub są kopalnią pomysłów albo zwyczajnie cieszą oczy.
Kolejne posty w ramach cyklu pojawiają się co dwa tygodnie w każdą środę! :) Dzisiaj odwiedzamy @psblog.

piątek, 13 maja 2016

barwy wojenne

Walczę. Mogłabym dać sobie spokój, odpuścić, ale nie chcę. Jasne, są chwile (czasem nawet dni), kiedy wymiękam, poddaję się. Trwa to jednak stosunkowo krótko, a i jest porządnie umotywowane, usprawiedliwione wewnętrznie, więc nie czyni wyłomu w ogólnym planie bitewnym; stanowi taki chwilowy odpoczynek, momentami konieczny dla złapania tchu.

Dbanie o siebie.
Dbanie o siebie mamy.

Toczysz bój o siebie, o swoje dobre samopoczucie, wreszcie o szczęście swoje i własnego dziecka (Znasz powiedzenie, że szczęśliwa mama to szczęśliwy maluch?).

Kim jest wróg? To Rozleniwienie, Rezygnacja z siebie w imię dziwnie pojętych wartości wyższych. Czyli czego? Opieki nad dzieckiem? Ofiarowania mu się całkowitego? Istny heroizm, doprawdy, szkoda jednak, że bezsensowny.
Bo wyobraź sobie, że od narodzin dziecka rzadziej myjesz głowę, malujesz się, częściej za to zakładasz na siebie cokolwiek, najczęściej przysłowiowy dres, co by najwygodniej było. Kawę pijasz zimną (w najlepszym przypadku letnią), czasem nawet nie siądziesz do spokojnego śniadania, ale coś tam przekąsisz w biegu. Bo dom, bo dziecko, bo brak czasu...
No właśnie. To nie o brak czasu tu chodzi - to nie on jest Twoim wrogiem. To Lenistwo tudzież wspomniane Danie za wygraną. O ile bowiem w pierwszych dniach życia dziecka faktycznie opieka nad nim pochłania ogrom czasu (a po porodzie sił jest mniej, samopoczucie na tyle uśrednione, że w sumie wygodniej poleżeć dłużej w łóżku z maluchem niż gnać do łazienki fluid nakładać - przecież wiadomo), o tyle później Twoim obowiązkiem, droga Mamo, jest wziąć się za siebie! Wygospodarować dla siebie przynajmniej kwadrans (Totalne minimum!) w ciągu dnia - na cokolwiek: wypicie w spokoju ciepłej herbaty czy kawy, obejrzenie ulubionego serialu, doczytanie książki (To akurat można zrobić, usypiając dziecko, więc mamy 2in1 - ha!), niespieszne umycie się w zaciszu domowego SPA, szycie, rysowanie... cokolwiek. Fakt, że zostałaś mamą i jesteś współodpowiedzialna za małego człowieka (nie zapominaj, że właśnie "współ-" - niech tata też go czasem przebierze, utuli do snu, pójdzie z nim na spacer, by dać Tobie odetchnąć), nie znaczy, że Ty sama przestałaś istnieć czy jesteś mniej ważna. Tylko zadowolona z życia i z samej siebie kobieta wychowa szczęśliwe dziecko - jak i ona czerpiące radość z codzienności i znające swoją wartość, własne granice, których będzie strzegło.

Dlatego przyoblekam się w barwy wojenne: nakładam na twarz podkład, maluję rzęsy, przeczesuję umyte włosy i - czując się zwyczajnie dobrze, świeżo - nabieram sił do zmagań z kolejnym dniem. O wiele przyjemniej wyjść wtedy z oseskiem na spacer czy starsze odebrać z przedszkola. O wiele sympatyczniej kołysać do snu niemowlę, gdy nie trzeba drapać swędzącej, nieumytej skóry głowy. O wiele szerszy uśmiech ślę mężowi, który ślepy nie jest i zauważa, że wciąż jestem jego żoną, nie tylko całodobową matką.

Niedługo Dzień Matki. Pomyśl więc o sobie, Kobieto. Nie o tym, co możesz sobie kupić albo podarować własnej mamie. Nie o laurkach, które zrobią dla Ciebie dzieci (chociaż takie podarki są najsłodsze). Podaruj sobie czas - chwilę wyłącznie dla siebie. Żebyś miała odskocznię - coś, co pozwoli Ci funkcjonować poza macierzyństwem - bo jak dzieci wyjdą z domu, co ze sobą poczniesz całodobowa rodzicielko bez własnego życia?
Hmmm?




***


Czasem bywa i tak: zdążysz umyć głowę, szczerząc się z satysfakcji i pięciu minut wygospodarowanych przy śpiącym niemowlęciu, w szale "co-ja-jeszcze-mogę-ile-ja-zrobię-ojacie!-ojacie!-ile-ja-mam-czasu!" zaczniesz sprzątać w kuchni i wtedy... Płacz oseska. Nie ma makijażu, matka! Nie ma suszenia nierozczesanych kudłów! Do mnie przybiegaj: już, natychmiast, w tej chwili!!!

Biegniesz więc. A wyglądasz mniej więcej tak:


Najlepsze, co możesz wówczas zrobić, to wziąć jakąś fikuśną spinkę i - chociaż na moment - utemperować rozbiegane pasma włosów, uporządkować chaos, który zapanował na głowie. Zrobić coś dla siebie właśnie tak: z przymrużeniem oka! Bo przecież wiesz, że jak już głowę dałaś radę umyć to i - Łochoooo! - zdążysz i resztę. A niech ktoś spróbuje w międzyczasie Rozczochraną Matkę Małego Dziecka oceniać! A wstyd! A nieładnie! A won mi stąd! ;>



(Spinkę podebrałam Lady Marion. Tylko psssst! Nie zdradźcie mnie, ok? ;))
Takie cuda produkują Kollale, mon amour:

czwartek, 12 maja 2016

carpe diem

Dzisiejszy dzień jest podobno ostatnim tak pogodnym w tym tygodniu. Uchylam więc szerzej okna, wdycham zapach wybuchającej przyrody i... cieszę się chwilą. W tej całej gonitwie codzienności tak często zapominamy o tym, że szczęście kryje się w chwilach - i to nie tych szczególnie wypieszczonych, z pietyzmem oczekiwanych czy zaplanowanych, ale w zwykłych, niepozornych.

Kilka dni temu znalazłam moment na oddech. Mały John poszedł do przedszkola po dłużej nieobecności, świeciło słońce. Na śniadanie - niespieszne, w ciszy przerywanej jednostajnym szumem gnających przed siebie samochodów - zjadłam pożywne musli, popiłam białą herbatą. Chciałam spędzić godzinę czy pół przy komputerze, ale obudziła się Lady Marion. Nie zmarszczyłam brwi, jak miałam w zwyczaju, nie syknęłam pod nosem "Szlag!", wygaszając ekran. W miejsce tego uśmiechnęłam się lekko, wzruszyłam ramionami i wstałam. 
Puściłam płytę, której dawno nie słuchałam; rozbrzmiała moja "muzyka komiksowa", a ja położyłam się obok córci, wsłuchując się w poszczególne melodie.
Firanka falowała w rytm delikatnej muzyki, a moje stopy łaskotał chłodny wiatr - to przyjemne zimno, które sprawia, że wzdrygasz się na sekundę i unosisz w górę kąciki ust. Przymknęłam oczy i łapałam nieśmiałe światło słoneczne, które tańcowało na moim nosie. Lady Marion - przebrana i nakarmiona, wyciszona i uśmiechająca się w półśnie - opuściła swoją małą rączkę, która wylądowała na mojej głowie. Córcia chwilę mnie głaskała, by spokojnie usnąć. A ja? Wsłuchana w ten nasz intymny soundtrack, po raz pierwszy od kilku tygodni poczułam się prawdziwie szczęśliwa.

sobota, 7 maja 2016

cała prawda o... silikonowe naczynia EZPZ

Te talerze miały swoją premierę w naszym kraju w styczniu tego roku podczas jednych z największych targów przedmiotów dla dzieci - kieleckich KIDS TIME. Ja spotkałam się z nimi po raz pierwszy w marcu, podczas katowickiego Guga Kids Design Festival.
Chociaż Lady Marion jest na razie na diecie wyłącznie mlecznej (a i posiłki z miseczek czy innych naczyń samodzielnie będzie spożywać dopiero za kilka miesięcy), idea nieprzesuwających się naczyń połączonych z matą, która przyjmowałaby na siebie co większe uderzenia czy pacnięcia łyżką, wydała się... kusząca. Na tyle, bym kupiła talerz z przegródkami. Bo marketing firmy przemówił do mojego zdrowego rozsądku, a kolor i wykonanie do zmysłu estetycznego. Dobra-Matka-Praktyczka-i-Estetka zatwierdziły więc jednogłośnie fakt zakupu; i talerz jest. Potem pojawiła się miseczka (nęcąca była promocja, o której wspominam na samym dole). Docelowo mają służyć Lady Marion, na razie testuje je jednak Mały John. 

Zacznijmy od argumentów Matki Zdroworozsądkowej i Praktycznej - oto, co piszą producenci:


Jak obietnice mają się do rzeczywistości? Silikon jest gruby, matowy, miły w dotyku. Zarówno talerz, jak i miska są sztywne, nie ma obawy, że jedzenie się z nich wyleje czy wysypie w trakcie przenoszenia z miejsca na miejsce (o ile odpowiednio rozłoży się ciężar na dłoni - tego naczynia nie można wziąć za "bok", ale trzeba trzymać od spodu - dając oparcie dla naczynia właściwego). Mata położona na stole czy blacie faktycznie się nie przesuwa - by ją poruszyć trzeba podważyć któryś z rogów i dopiero wtedy próbować przesunąć albo "odessać" ze stołu. Mycie? Łatwizna. Wrzucasz do zmywarki i gotowe. A jeśli nie masz zmywarki, też żaden problem, bowiem jedzenie nie bardzo do niej przywiera - w końcu to silikon (spójrz na krople na drugim zdjęciu - tak zachowała się woda na macie).

Wady? Dwie. Cena i przechowywanie. Mimo iż producenci deklarują, że naczynia są łatwe do przechowywania, właściwie tak nie jest. Specjalnie dla nich musiałam zrobić miejsce w kuchennej szafce, bo postawione na "normalnych" wystawały poza nie, a na spód się nie nadawały. Cena? Przemilczę ją. To jedyna rysa w genialnym planie Matki Zdroworozsądkowej. Dla spokoju sumienia przyjmuje ona, że naczynia starczą na lata i są mega funkcjonalne. A ja jej słucham ;).

Tymczasem Matka Estetka w miejsce komentarza cmoka z zadowoleniem.









Niebieskie sztućce by Konstantin Slawinski kupiłam za niecałe 20 złotych w TK Maxx - cena właściwa to ok. 129 złotych! Nie mogłam o nich nie wspomnieć przy okazji prezentacji wygodnych gadżetów do jedzenia. Zestaw podstawowych sztućców dla czterech osób (nóż, widelec, łyżka) wykonany jest z plastiku dobrej jakości - miły, matowy w dotyku, lekki, kapitalnie zaprojektowany (o kształcie mimo wszystko niespotykanym, choć "zwyczajnym", nie udziwnionym). Sztućce można ze sobą połączyć i złożyć, by nietypowo prezentowały się na talerzu, można też wrzucić je do plecaka czy walizki, jeśli w głowie zaświta nam podróż w nieznane z prowiantem. Jeśli natknęlibyście się kiedyś na ten zestaw i zastanawiali nad zakupem - polecam!



silikonowa mata do jedzenia EZPZ - miska (aktualnie w promocji)
silikonowa mata do jedzenia EZPZ - talerz z przegródkami
silikonowy królik na jajko - Tchibo

środa, 4 maja 2016

życie do kwadratu, czyli śledzimy Instagram (14)

Nie odkryję Ameryki, pisząc, że Instagram to kopalnia pięknych i inspirujących kadrów. W cyklu życie do kwadratu, czyli śledzimy Instagram zamierzam prezentować niektóre z profili - te nawiązujące do dzieci albo rodzicielstwa; te, które skradły moje serce i/lub są kopalnią pomysłów albo zwyczajnie cieszą oczy.
Kolejne posty w ramach cyklu pojawiają się co dwa tygodnie w każdą środę! :) Dzisiaj odwiedzamy @lescornesdejuju.

poniedziałek, 2 maja 2016

cytat miesiąca (maj 2016)

Słowo ,,wychowanie’’ zawiera wyraźną jednostronność oddziaływania między dorosłym i dzieckiem. Ja wolę mówić o relacji rodzica z dzieckiem, bo w prawdziwej relacji obie strony podlegają ,,wychowaniu’’.

Zasadnicze dla mnie pytanie brzmi: jak mogę przekazać swojemu dziecku poczucie, że ma ono istotną wewnętrzną wartość? Nazywamy to poczuciem własnej wartości. Bo jeśli to się uda, to samo z siebie będzie zachowywało się ,,dobrze’’, bez żadnej dodatkowej tresury.

Podłoga jest czasami lepszym wychowawcą niż niejeden rodzic: bo kiedy trzylatek wspina się na wysokie krzesło, to podłoga nauczy go, że upadek może bardzo boleć. Podłoga nie krytykuje i nie obwinia, co, niestety, często robią rodzice: ,,A nie mówiłem ci, żebyś nie wchodził na to krzesło! Jesteś niegrzeczny, nie słuchasz taty!’’. Takie słowa są zupełnie zbyteczne, bo bardziej bolą niż sam upadek. Zostawiają dziecko z piętnem ,,złego dziecka”.

Niektórzy nazywają mnie ekspertem od wychowania. Jest to określenie zupełnie chybione, ponieważ nie ma ekspertów od wychowania. Można być ekspertem od rozwoju fizycznego dziecka albo od logopedii, ale nie od wychowania. W wychowaniu nie ma jednej słusznej drogi.
 Jesper Juul, "Zamiast wychowania"

patenty SuperMatki: zabójcza kreatywność i mega zwinne palce w walce z naścienną szajką dziur po farbie (czyli jak bez malowania naprawić fragment ściany po np. odklejonej najklejce)

Kiedy słyszysz wibrujące w powietrzu: Oooojaaaacie! Naklejki!, wiedz, że coś się dzieje. Czy raczej: wydarzy. Szał odrywania folii, gorączkowe drganie gałek ocznych wychwytujących wolne powierzchnie płaskie i... plask. Naklejka przyklejona. Na drzwiach, na meblach, na ścianie. A nie, tutaj jednak nie - słyszysz po chwili i - jak na filmach, scenach puszczanych w zwolnionym tempie - rozszerzają Ci się powieki, otwierasz usta do głębokiego "Niieeee!", wyciągasz ręce, jedną nogę i... zamierasz, bo naklejka już jest odklejona, a z nią kawałek farby ze ściany. Szlag.

Nie przejmuj się, nie odwieszaj peleryny SuperMatki. Choć błyskawiczna szybkość nie jest Twoją mocą, posiadasz inne. Na przykład zabójczą kreatywność i mega zwinne palce. A to już coś!




Rozpocznijmy od identyfikacji wroga. Na celowniku szajka dziur po farbie, które ukradły mikrochipy tynku, bezczelne!





Zamiast szukać farby w komórce/piwnicy/u babci na wsi, dobywać pędzla i brać się za broń chemiczną, postanowiłam wykorzystać chwyt przeciwnika. Wróg działa bowiem szybko; i choć nie zawsze bezszelestnie, na pewno skutecznie. Dlaczego Matka miałaby być gorsza?

Chwyciłam papier samoprzylepny, flamastry i nożyczki. W sieci wyszukałam próbne grafiki, moja własna to w efekcie mieszanka kilku pomysłów. Żeby ostatecznie dobić przeciwnika, wykorzystałam sznurek. (Spętać i dźgać nożyczkami? Nie, och, nie, acz kusząca propozycja... ;)) Co zrobiłam? Własną naklejkę. Maskującą. Ha!







Plan bitwy:
Nożyczki, papier samoprzylepny, ołówek, flamastry i sznurek - zbiórka w szeregu! Baczność, marsz! Zajmować wyznaczone pozycje! Ołówek: grafika na papierze samoprzylepnym! Flamastry: otoczenie wytyczonego obszaru, wsparcie i zabezpieczenie linii granicznych! Nożyczki: oddzielenie naszego terytorium, rów wokół linii granicznych, przygotowanie sznurka! Na mój znak... Atak z powietrza! Balon zajmuje pozycję, latawiec patroluje okolicę! Teren czysty? Zwycięstwo, żołnierze!










o tablicowej dziurce na myszy pisałam TUTAJ

Dla spokoju sumienia wypuściłam jeszcze jeden balon. Im silniej obsadzona przestrzeń powietrzna, tym większy spokój ducha i bezpieczeństwo zajmowanego terytorium. Pod warunkiem, że naklejki pozostaną na swoich miejscach, ekhm...



 balonik-honeycomb - Tiger (pakowane po 3 sztuki)