unboxing: kalalaluszek.pl

kwietnia 19, 2016

W cyklu unboxing będę chciała podzielić się z Wami pozytywnymi wrażeniami towarzyszącymi przy otwieraniu wszelkiego rodzaju paczek zamówionych w Internecie. Spotkałam się do tej pory z różnego rodzaju podejściem:
 - standardowym, czyli porządnym opakowaniem przesyłki, by bezpiecznie dotarła do klienta;
 - troskliwym, czyli z dbałością o szczegóły (opakowanie w ładny papier, zawiązanie wstążeczki, dołączenie liściku, kartki, czasem naklejek dla malucha itp.);
 - niedbałym, czyli wrzucić wszystko jak leci do torby, po kosztach (by np. w miejsce tego pochwalić się darmową wysyłką).
Na szczęście z ostatnim przypadkiem miałam najmniej razy do czynienia, niesmak jednak pozostał (Pisano do mnie np. z prośbą o usunięcie neutralnego komentarza, w którym wskazałam słabe punkty obsługi sklepu, czyli źle zabezpieczoną paczkę, która mogła się rozlecieć; bo zgadzają się z moimi argumentami i rozumieją moje stanowisko, ale zależy im na dobrym wizerunki firmy. Zależy? To niech zabezpieczają wysyłany towar!). W tym cyklu zamierzam skupić się na drugiej grupie - nieco mniej licznej niż pierwsza, ale częstszej (Cudownie!) niż ostatnia. Chwalmy tych, którzy na to zasługują i upowszechniajmy dobre praktyki!


Na zakupy w tym sklepie miałam ochotę od dawna, ale dopiero dostępność niemal wszystkich wzorów czarno-białych muminkowych talerzy marki Petit Jour Paris zmusiła mnie do klikania "do koszyka". Nie mogłam się powstrzymać, po prostu... 

Kupione produkty to jedno. (O nich samych nieco niżej.) Podejście sklepu do klienta to drugie. Uwielbiam, kiedy sprzedawca zadaje sobie nieco trudu, by np. opakować przedmioty z dbałością o szczegóły, włożyć pewien wysiłek w to, by klient czuł się wyjątkowo. Kalaluszek - chyba najprzyjemniejszy robaczek, z jakim przyszło mi mieć do czynienia - tak właśnie robi.

Przyszła do mnie paczka. Brązowa, oklejona papierową taśmą klejącą - ekologicznie, spójnie. Z pudełka spoglądał mały kalaluszek, uśmiechał się.



Trudno uśmiechu nie odwzajemnić; to jedna z tych tajemniczych sił, sposobów na zaczarowanie rzeczywistości: uśmiech wywołuje uśmiech.
A pogodny robaczek zadbał, by dobre samopoczucie trwało dłużej...
Paragon - ten najmniej sympatyczny element zawartości przesyłki - przywiązano do kolorowej kartki z wesołym kalaluszkiem. Od razu z jakąś większą lekkością ducha podchodzi się do wydanych pieniędzy, zakupowy kac maleje...

 
 

Największym szokiem dla mnie było zapakowanie zamówionych przeze mnie przedmiotów. (A było ich sześć.) Możecie wierzyć lub nie (właściwie nie pozostaje nic innego jak uwierzyć, bo zdjęcia mówią same za siebie ;)), ale każdą, dosłownie KAŻDĄ rzecz zapakowano osobno (sic!). Szary papier, jutowy sznurek i zgrabna paczuszka gotowa. Ktoś może zapytać: Po co? Przecież marna to ochrona, gdzie tu folia bąbelkowa? A no nie ma. Jej miejsce zajmują papierowe trociny i - znów - brązowy papier. Jak wspomniałam na początku: spójnie i ekologicznie. Tak lubię!


Wracając do pytania o sensowność pakowania wszystkiego osobno. Kochani - to przecież... prezenty! A kto nie lubi rozpakowywać prezentów, odkrywać zawartość kolejnych paczuszek? Te emocje! Dla mnie i Małego Johna to była ogromna frajda!





Obiecałam kilka słów o kupionych przeze mnie rzeczach. Były to trzy melaminowe talerze z czarno-białym motywem Muminków (odsyła mnie do ilustracji Tove Jansson; tych książkowych i komiksowych; nie japońskich grafik - uroczych i kolorowych, idealnych dla dzieci, ale dla mnie nie mających już "tego czegoś"). Dobrych kilkanaście miesięcy temu kupiłam jeden taki talerz (tylko jeden wzór był wtedy dostępny) i z miejsca się w nim zakochałam: idealnie gładki, lekki (wszak to melamina), z cudnym wzorem, z wznoszącym się ku górze brzegiem, dzięki czemu ciastko, kanapka czy inny rodzaj posiłku (wliczając okruszki) nie zsuwały się z talerza (ten problem kilka razy zaliczyliśmy ze zwierzęcymi melaminowymi talerzykami od OMM Design). Wrzucany do zmywarki, wciąż wygląda równie dobrze jak nowo nabyty. Nie miałam więc wątpliwości, że kiedy nadarzy się okazja - biorę resztę!

Zamówiłam też kolorowanki Wee Gallery: nieduże, fikuśne, wydrukowane na papierze ekologicznym, zawierające 32 strony ze zwierzątkami, które trzeba ubrać. Cała zabawa polega na wymyślaniu kolejnych strojów - uwielbiam takie twórcze wyzwania! Postawiłam na świnkę, liska i królika. Pierwsze dwa powędrują do Małego Johna i jego kuzyna w Dzień Dziecka, króliczkę pozostawię dla Lady Marion. Zauroczyły mnie te kolorowaneczki... (Aż mam ochotę kupić jedną dla siebie ;D)



Macie swoje ulubione sklepy internetowe albo takie, które urzekły Was podejściem do klienta? Co sądzicie o indywidualnym traktowaniu, nietuzinkowym pakowaniu sprzedanych przedmiotów? Dla mnie to wielki plus i czysta przyjemność po otwarciu przesyłki, taka wisienka na torcie. Jak sądzicie?

You Might Also Like

0 komentarze

#cherrywoodstories na Instagramie

copyrights | prawa autorskie


Wszystkie zdjęcia na blogu - chyba że zaznaczyłam inaczej - są mojego autorstwa. Kopiowanie ich i/lub rozpowszechnianie bez mojej zgody i/lub podania źródła jest łamaniem praw autorskich.
NIE zgadzam się na kopiowanie i wykorzystywanie zdjęć moich dzieci bez mojej pisemnej zgody.