środa, 13 kwietnia 2016

cherrywood stories: styczeń 2016

Pierwsza połowa stycznia: leniwa i nerwowa. Kołysząc się z boku na bok, wielorybia matka przechodziła rano do kuchni, by zaparzyć sobie herbatę i wyprawić pierworodnego do przedszkola. Potem niespieszny powrót do domu w godzinach, kiedy w sklepach są jeszcze świeże bułki, a ożywczy wietrzyk rozbudza (czyt. daje po twarzy, bezlitośnie żegnając ostatnie mikrocząsteczki snu). Popołudniowe drzemki, nocne zgagi-budziki, zaspane poranki oraz uściski i tulenia - bo czułości potrzebowałam dużo.
Kilka wizyt u lekarza, bóle w krzyżach, mocne kopniaki od wciąż ruchliwego stworka-córci-niesforka. Pakowanie się. Nerwowe zostawianie starszaka w domu - jak on (tfu!) ja sobie poradzę z dala od niego? Czułam się potwornie - jakbym go opuściła... Jednocześnie wiedziałam, że innego wyjścia nie ma - jedynie przez brzuch na zewnątrz, kolejny członek rodziny - bach! Niczego się już nie przedłuży ani cofnie. Nadszedł ten dzień.

Trzynasty stycznia na pewno nie był pechowy, choć przyniósł nam niemałą rewolucję. Nie sądziłam, że na Jej widok tak się wzruszę... Baba jednak mięknie na starość, zwłaszcza ta z szalejącymi hormonami ;). Powrót do domu oznaczał kolejne łzy - na widok nieco spłoszonego synka, który trzymał w rękach laurkę dla siostrzyczki, poryczałam się jak bóbr.

Druga połowa miesiąca? Oswajanie nowej sytuacji. Zasypialiśmy odświętnie przy światłach choinki, by ostatniego dnia stycznia rozebrać ją i pożegnać. Skończył się pewien etap, zamknęliśmy pewien rozdział. Przed nami kolejne i z nadzieją zerkamy w przyszłość.













































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz