poniedziałek, 21 marca 2016

posypuję głowę popiołem

We wrześniu (TUTAJ) opisywałam sytuację, której byłam świadkiem (i uczestnikiem) w przychodni. Zdenerwowana, spiesząca się matka ponagla swoje dziecko, które jest na tyle przejęte zbliżającym się widmem pobrania krwi, że strach je paraliżuje. Krzyki, zastraszanie, manipulacja... Przykro było tego słuchać, Biedne dziecko! - myślał człowiek.

Nie minął nawet miesiąc od tego zdarzenia, a ja sama zachowałam się niemal identycznie.

Spieszyłam się na uczelnię; musiałam zdążyć na dyżur pani profesor - konkretna godzina, konkretny autobus, konkretny moment na wyjście z domu.
Moja mama pomaga uspokoić Małego Johna, który obudził się później, niż planowałam; synek chce, bym pomogła mu się ubrać, ale niespiesznie, w jego rytmie, z tymi wszystkimi Nie, ja siam! Ja! Ja to zrobię! [by po chwili z tą samą mocą wołać:] No ale pomuź mi!!!, żebym włączyła bajkę, śniadanie z nim zjadła... Jakoś dochodzimy ze wszystkim do ładu - młodzian siada do jedzenia, na ekranie telewizora Scooby Doo ucieka przed udawanym potworem. Wszystko, wydawało mi się, zmierza w dobrym kierunku, jeszcze tylko papiery (Czy aby na pewno wzięłam wszystko!?), bilet i mogę wychodzić. Już niemal oddycham głębiej, gdy wtem...
 - Krople!
Gdybym napisała, że mnie wtedy zamroczyło, niewiele bym się pomyliła. 
Mały John od kilku dni przyjmował krople do oczu. Zawsze rano, popołudniu, wieczorem. A ja zapomniałam go zakropić... Wiem, że tego nie lubi, że się wyrywa, że trzeba mu tłumaczyć, na czym to polega i dlaczego jest tak ważne, by jednak pozwolił się zakropić. Zwykle dochodzimy w efekcie do konsensusu i zabieg przebiega bez zakłóceń. Zwykle jednak nie mam w planach zdobywania podpisów na dokumentach ani nie ogranicza mnie rozkład jazdy. Tego ranka było inaczej.
 - Chodź, musimy się zakropić! - wołam do młodego, zrzucając z siebie kurtkę. - Johnek! Chodź się kropić!
Synek nie chce, standardowo. Scenariusz znam, codziennie przerabialiśmy to samo. Tym razem nie mogę jednak za długo tłumaczyć, cierpliwie głaskać po głowie z nadzieją, że młody wreszcie otworzy oko i go nie zaciśnie, gdy wypuszczę kroplę z buteleczki. Spieszę się. A pośpiech to zły doradca.
 - No już, Johnek! Nie mam czasu, spieszę się! Chodź, szybko się zakropimy i będzie spokój!
Młody nie jest przekonany, padają typowe kwestie rzucane przez niego w tej sytuacji. Powieki ściśnięte, asekuracyjnie pojawił się płacz przerywany krzykiem (albo na odwrót).
 - John, ja naprawdę nie mam czasu! Zaraz muszę wychodzić! Pozwól się zakropić po dobroci albo zakropię cię siłą! Chcesz na siłę? No to otwieraj to oko!
Nic mnie nie interesuje poza 3xZ: zakropić-zdążyć-załatwić. 
Masakra trwa jeszcze moment, w końcu ni to z przyzwoleniem młodego, ni to siłą, udaje się oczy zakropić. Oddycham z ulgą i biegnę do przedpokoju po kurtkę.
 - Chcę się przytulić! Ja chcę się przytulić do mamyyyy!!! - zaczyna krzyczeć moje dziecko, słowa przerywa gorzkie łkanie.
Kucam więc, wzdycham poddenerwowana i przytulam synka - tak "z łaski", "na odwal się". On do mnie przylega, wyraźnie chce zostać w moich objęciach i się uspokoić. A ja? Odrywam go od siebie, rzucam zdawkowe No już, już... Przytul się do babci... Wszystko będzie dobrze..., ubieram się i wychodzę. Jeszcze na korytarzu słyszę jego płacz.

Jak łatwo nam oceniać, stawiać się w cudzej sytuacji i myśleć Jestem lepszy! W istocie prawda, że dopiero życie weryfikuje nasze mniemanie o nas samych, nasze święte i gorące przeświadczenie o tym, jak się zachowamy. Nic nie jest pewne, sprawdzisz się dopiero w chwili próby. Postaraj się więc nie oceniać, nie wywyższać, jeśli możesz - pomóż. A gdy Ty zawinisz... Zapamiętaj lekcję i wybacz sobie. To ważne... Jadąc na uczelnię, czułam się obrzydliwie. Wciąż słyszałam płacz synka, przed oczami stanęła mi sytuacja z przychodni i wszystkie te emocje i myśli, które wówczas we mnie buzowały. Jak ja mogłam... Co ze mnie za matka... Niewiele brakowało, bym powiedziała: Nienawidzę siebie... Bo tak się właśnie czułam: cholernie źle sama ze sobą, z własnym zachowaniem, które kilka tygodni wcześniej tak piętnowałam, przed którym przestrzegałam.

Nikt nie jest wolny od emocji, tych negatywnych również. Nie zawsze potrafimy zachować spokój, nie zawsze damy radę nad sobą zapanować. W tym całym cyrku zwanym życiem najważniejsze jest nie to, by uniknąć popełniania błędów, ale żeby wyciągać z nich lekcje na przyszłość. Poznajesz siebie, wiesz, do czego możesz być zdolny, dostrzegasz swoje granice, uświadamiasz je sobie. Potem będzie łatwiej, uwierz. Na początek jednak podnieś się z godnością i obiecaj sobie, że każdy kolejny dzień będzie lepszy. Nie zawiodłeś jako rodzic, a jedynie się potknąłeś - droga w górę usiana jest przecież kamieniami. Wierz w siebie, nie poddawaj się - gwarantuję Ci, że dzięki temu będziesz się rozwijać. Nie unikać błędów, ale rozwijać, dojrzewać. A to to przecież chodzi w wychowaniu, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz