niedziela, 27 września 2015

Przychodzi rodzic z dzieckiem na pobranie krwi...

Sobota rano. Tego dnia laboratorium czynne jest dwie godziny, na krześle w poczekalni siedzę więc przez cały czas jego otwarcia. Krzywa cukrowa. Mam czas na czytanie, mam też okazję poobserwować relacje międzyludzkie. I "szczęście" do przypadków, które - mam nadzieję (chciałabym w to wierzyć, choć racjonalna ja marszczy się, niepewna) - są właśnie przypadkami, nie normą.


sytuacja nr 1

Przychodzi mama z synem; raczej starszym, młody może mieć - na oko - ok. dziesięciu lat. Nie jest to w każdym razie małe dziecko, chłopczyk. Raczej chłopak.
Jeszcze dobrze nie weszli, a widzę, że młody się waha, że jest niepewien, że się boi. Próbuje zagadać mamę, trochę niewprawnie, bo rozbiegane oczy i niechęć do przekroczenia progu (z jednoczesną świadomością, że musi) nie ułatwiają zadania. Jednak wchodzą.
Młody trzyma się dzielnie, opuszczam głowę i zagłębiam się w lekturze, przekonana, że coś mi się najwyraźniej wydawało, że chłopak da radę, że "rachu-ciachu i po strachu". Cóż. Jak tylko wspomniana dwójka weszła do pokoju "zabiegowego", moje przypuszczenia potwierdziły się, a głowa mimowolnie znów poderwała.
Chłopak, ze strachem: Czy musimy...?
Matka: Tak, przestań! Siadaj i nie gadaj!
Chłopak: Ale ja nie chcę!
Matka: Nie wydurniaj się i siadaj, mówię! Nie mam czasu!
Wymiana zdań trwała niemal przez cały czas; młody wyraźnie chciał albo wyjść z gabinetu, albo opóźnić "wyrok"; na pewno wizja igły wbijanej do ręki paraliżowała go wyjątkowo skutecznie.
Niestety, matka wcale nie pomagała dziecku. Zamiast wspierać syna i próbować w jakiś sposób uspokoić, zminimalizować napięcie, to napięcie wręcz potęgowała (siedziałam w poczekalni i rosło mi ciśnienie, gdy słuchałam jej tekstów; jak więc musiało czuć się jej dziecko?). "Nie mam czasu! Chcesz, żebym sobie poszła i ciebie tu zostawiła? To siadaj i wyciągaj tę rękę!" czy "Skończ się wreszcie wydurniać!" wyrzucane były z ust troskliwego opiekuna, matki kochanej - z wściekłością, ze zniecierpliwieniem... Przez myśl przeszła mi wówczas refleksja: skoro się spieszysz, nie wiem, gdzie, bo to sobota przecież (wiem, wiem, bywają i rodzice w soboty pracujący, ale w tej sytuacji jakoś wątpiłam, by pracownicza dola była aż tak doskwierająca), czemu ciągniesz swoje dziecko na badania i dodatkowo stresujesz je swoim własnym stresem, pośpiechem?
Nie umiałam się skupić na czytaniu, głosy były coraz wyższe, coraz bardziej zdenerwowane. Chłopak niemal płakał, matka coraz bardziej wrzeszczała. Być może sądziła, naiwna, że jej coraz bardziej rozkazujący ton przywoła do "porządku" dziecko i pomoże mu się uspokoić. Cóż. Błądzić rzeczą ludzką, mówią. Szkoda, bo w tym przypadku mało ludzkie to było.
Moją irytację spotęgowała natomiast reakcja "pani z igłą" - kobieta zamiast uspokoić dziecko, w jakiś sposób (najlepiej profesjonalny, w końcu to jej praca czy tam "powołanie") opanować emocje dwójki (a przynajmniej jak najmniej się mieszać), postanowiła stanąć po stronie matki i wybrała taktykę tamtej. Tak więc gdy matka rzucała wściekle, że nie ma czasu i że się spieszy, "pani z igłą" dodawała - również poddenerwowana - że i ona ma dużo pracy i mało czasu, że dane pacjentów musi do komputera wprowadzić, że nie będzie tu sterczeć cały dzień, bo chłopak nie chce jej dać ręki do wkłucia się. I obie zaczęły najeżdżać na to biedne dziecko, coraz bardziej przerażone, coraz bardziej zaszczute.
Pani z igłą: Wyprostuj tę rękę, bo ci się źle wbiję i będę cię kłuła do skutku!
Matka: Przestań się wydurniać! Skończ te wygłupy!
Pani z igłą: Przestań płakać! Co ty - dziewczyna jesteś?
Matka: Nie mam czasu! Siadaj wreszcie! Uspokój się!

Chłopak: A ile to będzie trwało?
Pani z igłą: Policzę do trzech i po krzyku!
Chłopak: A jaka długa jest ta igła?
Matka: Skończ wreszcie gadać i wyciągnij tę rękę!!!
Chłopak: Ale ja tego nie lubię!
Matka (ten jeden raz wykazując empatię i wsparcie, które powinna wykazywać w trakcie całej sceny): Ja też nie lubię, ale trzeba. No, dawaj tę rękę!
Chłopak: A będzie bolało?
Pani z igłą: A skąd!
Nie no, uwielbiam to. Nie ma to jak dobre nagięcie prawdy, ba! jak wyśmienite kłamstwo rzucone w "słusznej sprawie". Szkoda tylko, że "pani z igłą" (a za nią i matka, bo najwyraźniej panie zawarły nieme porozumienie, że będą się nawzajem wspierać w głupich i coraz durniejszych metodach wpływania na dziatwę) zapomniała, kiedy teksty tego rodzaju odnoszą skutek. Po pierwsze, kiedy okłamuje się samego siebie - jeśli wystarczająco skutecznie sama będę sobie wmawiać, że np. nie boli, być może rzeczywiście ból odczuwany będzie mniejszy. Być może. Po drugie, trzeba w to bardzo wierzyć, czasami wręcz głupawo i beznadziejnie. Jeśli wedrze się chociaż iskierka zwątpienia, istnieje ryzyko, że rozsadzi ona jak dynamit całe to nasze "słodkie" i "pomocne" kłamstewko. Kiedy to nie działa? Kiedy wciska się podobny kit dziecku, którego doświadczenia dodatkowo zaprzeczają naszym słowom. Pamiętam, że i mnie mówiono, że zastrzyk nie boli, że to co najwyżej jak ukłucie komara. Od tego czasu bałam się komarów potwornie, bo mnie bolało, bo nie było tak, jak spodziewałam się, że będzie. A gdy po jakimś czasie rzeczywiście ugryzła mnie pewna samica... "wyleczyłam się" z przekonania, że dorośli mówią prawdę i tylko prawdę. Pani z gabinetu nie miała racji, ot i basta. Od tego momentu nie dałam sobie wciskać podobnego kitu i na każdej wizycie powiązanej z zastrzykiem, grzecznie informowałam pielęgniarki (jeśli były łaskawe raczyć mnie "usłużnymi" kłamstewkami), że nie mają racji. Niektóre jeszcze się ze mną wykłócały, bezczelne. Widać obrona taktyki najważniejsza.
Chłopak, jak wspomniałam, do najmłodszych nie należał, zastrzyków w swoim życiu miał już pewnie niemało, więc wiedział, że boli.
Nie wiem... Czy to takie trudne przyznać, że to nie jest przyjemne? Po co udawać, mydlić oczy, ewidentnie kłamać, a na dyskomfort dziecka reagować z uśmiechem i tekstem: "No i co, nie bolało, prawda?"

Siedziałam w poczekalni, a krzyki w gabinecie wzmagały się, kobiety co chwila wrzeszczały, chłopak się wydzierał, one go jeszcze bardziej na siłę, jeszcze głośniej...
Matka, na siłę prostując synowi rękę: Jak nie dasz sobie pobrać po dobroci, będzie na siłę!!!
Byłam bliska wstania i krzyknięcia czegoś, przywołania do porządku tych kobiet, gdy nagle "pani z igłą" sama przywołała mnie do gabinetu. "Halo, pomoże nam pani? Nie radzimy sobie... Proszę pomóc przytrzymać dziecko!" (Niezły obrazek, pomyślałam, trzy baby na siłę prostujące rękę wydzierającemu się dziecku. No patologia przecież...)
Potraktowałam to jako szansę.
Weszłam do gabinetu i - ignorując obie kobiety - podeszłam do zdenerwowanego, po części skrępowanego chłopaka.
Ja: Cześć! Jestem Marta! Spokojnie, będzie dobrze!
"Pani z igłą" pokazała mi miejsce, w którym miałam podtrzymać rękę młodego. Rzuciła jeszcze w kierunku chłopaka, żeby był dzielny, bo przecież nie jest już dzidziusiem.
Ja: Wcale nie musi być dzidziusiem, żeby tego nie lubić! Pobieranie krwi nie jest fajne! [skierowałam się w stronę chłopaka:] Wiem, że to nie jest przyjemne, ale czasem trzeba... Nie martw się, mnie też się to nigdy nie podobało... Dopiero w ciąży polubiłam kłucie! - dodałam, machając ręką i podnosząc kąciki ust. Przez twarz chłopaka przemknął uśmiech rozbawienia, więc przybiłam sobie w duchu piątkę.

Młody z przestrachem spojrzał na wkłuwającą się igłę i krew powoli wypełniającą strzykawkę. Spróbowałam odwrócić jego uwagę pytaniem o to, jakie kreskówki lubi oglądać. Matka chyba podłapała tekst o tym, żeby nie patrzeć, bo siłą zasłoniła oczy dziecku. Według mnie trochę za mocno i za bardzo na siłę (ale już dawno zrezygnowano z metody "po dobroci", więc co się dziwię)...
Chłopak: Ile to będzie trwało?
Ja, do "pani z igłą" (bezczelnie, ale co tam :P): Ejże, miało być do trzech! Krzysiek [rzuciłam do młodego], liczymy! Raz, dwa i... trzy! Wyciągamy igłę, wyciągamy!
Po zabiegu od razu inne dziecko. Uspokojone, odetchnęło z ulgą, rozluźniło mięśnie ciała. I matka wyglądała na mniej spiętą, w końcu było już po "sprawie". Rzuciłam coś pokrzepiającego w stronę Krzycha i ruszyłam do wyjścia z pokoju. Usłyszałam jeszcze tylko kilka tekstów, które po raz kolejny mnie zirytowały.
Pani z igłą: I co? Było aż tak źle? Po co płakałeś jak dziewczyna? Dzielnym trzeba było być!
Chłopak: Ale bolało!
Pani z igłą: A co, nigdy się nie uderzyłeś?
Chłopak: Ale to bolało bardziej!
Matka (razem z drugą kobietą, jej echem niemalże): No nie gadaj, wcale nie bolało!
Ja (ośmielona wcześniejszym zaproszeniem mnie do współpracy, wrzasnęłam z poczekalni): Co wy gadacie! Jakie nie bolało! Bolało! Ale już po sprawie! Zastrzyk to nic przyjemnego, byłeś dzielny, Krzysiek!


sytuacja nr 2

...miała miejsce ok. pół godziny po sytuacji nr 1. Do laboratorium wkroczył rodzic z dzieckiem. Tzn. wizualnie była to raczej para starszych ludzi, emerytów, małżeństwo, ale wnioskując z zachowania... rodzic i dziecko. "Ojciec" i "córka".
On: No wchodźże!
Ona potulnie przekroczyła próg i stanęła w połowie korytarza. Bąknęła - za "tatusiem" - "dzień dobry" i stała tak, czekając. Mężczyzna spojrzał na mnie pytająco, więc wyjaśniłam, że ja czekam na kolejne pobranie, które będzie dopiero za jakiś moment, więc gabinet wolny.
On: No idźże! Nie słyszysz, co pani powiedziała? Możesz iść! Rusz się!
Kobieta powoli weszła do gabinetu, bez pośpiechu, wcześniej powiesiła kurtkę i torebkę na wieszaku wskazanym jej przez męża.
Po chwili wyszli z pokoju, staruszka usadowiła się na krześle obok mnie. W ciszy, niemal się nie poruszając, przyciskała wacik do zgięcia w łokciu.
On: Pokaż, jak ci krew leci.
Ona: Nie chcę. Leci i już.
On: Pokaż, chcę zobaczyć! Jak nie leci, idziemy.
Ona: Jeszcze leci.
On: Pokaż.
Nie wiem, czy zobaczył, czy nie, sytuacja wydała mi się na tyle... specyficzna... że nie podnosiłam wzroku znad magazynu. Po chwili zresztą para zabierała się do wyjścia. Kobieta - ponaglana przez małżonka (coś ci rodzice wyjątkowo spieszyli się tego dnia; dziwne...) - powoli ruszyła w kierunku drzwi wyjściowych.
On: Co, tak chcesz iść? Ubierz się!
Ona: Nie trzeba, jest mi ciepło.
On: Ubierz płaszcz. Która torebka jest twoja? Ta? - ściągnął z wieszaka jej rzeczy. Skinęła tylko głową. Odwrócili się jeszcze w moją stronę i pożegnali (ona cały czas przynaglana i przywoływana do porządku przez niego). Wyszli, a mnie zrobiło się przykro.


*

Ten post mógłby nazywać się "toksyczni rodzice", tak zresztą chciałam go przez moment zatytułować, jednoznacznie oceniając pewne zachowania czy schematy.

Toksyczna była matka, która zamiast uspokoić dziecko, wspierać je, wyjaśniać, "panią z igłą" napominać, że to jej praca i obowiązek być dla jej syna - pacjenta - i tłumaczyć mu wszystko spokojnie (Bo co to znaczy, że "nie ma czasu, bo musi dane wprowadzić do komputera"? A kogo to obchodzi?) - krzyczy, straszy, zmusza, na siłę egzekwuje swoje posiłkując się prawem "pięści" (czyt. w tym przypadku prawem wieku i zajmowanego stanowiska - jestem dorosła i jestem rodzicem, więc się słuchaj, gnojku! - na tej zasadzie).

Toksyczny był małżonek, który zamiast roli partnera, odgrywał (po mistrzowsku zresztą, ale na Oskara raczej nie ma co liczyć) rolę napominającego i karcącego, wiecznie wymagającego ojca.
--- Nie pamiętam, czyj tekst omawialiśmy na pewnych zajęciach z teorii kultury, ważne, że padło tam pewne rozróżnienie relacji międzyludzkich, szczególnie między dorosłymi. Okazało się, że jeśli mój partner traktuje mnie jak dziecko, czyli zwraca się do mnie z pozycji rodzica, traktując jako kogoś "gorszego", mniej doświadczonego czy kompetentnego, jeśli ja nie jestem świadoma siebie, dojrzała emocjonalnie i tym podobne, prawdopodobnie odpowiem reakcją dziecka. Chociaż jestem człowiekiem dorosłym... To było dla mnie pewnego rodzaju odkrycie; przypomniałam sobie sytuacje, w których krzyczałam z bezsilności, obrażałam się albo zachowywałam jak rozemocjonowana nastolatka czy jeszcze młodsza osóbka. Jak dziecko. Dlaczego? Bo nieświadomie zareagowałam na teksty/ton głosu/argumentację/postawę partnera, która przypomniała mi teksty/ton głosu/argumentację/postawę moich rodziców. Te formy już po prostu znamy, łatwiej więc z nich korzystać, łatwiej na nie reagować, co - w obu przypadkach - wcale nie musi być właściwe czy dobre. Ale proste, często nieuświadomione, ot - wgrany kod, który automatycznie odtwarzamy. Dopiero wgrywanie nowego systemu zajmuje czas, miejsce na dysku twardym... ---

Toksyczni byli wreszcie rodzice mamy Krzysia, toksyczni byli rodzice tego starszego pana i tej starszej pani także.
...bo wrzaski, zastraszanie i zasłanianie się brakiem czasu nie bierze się samo z siebie, nie jest reakcją naturalną, nie ma niczego wspólnego z instynktem wychowawczym czy czymkolwiek podobnym. Wrzaski, krzyki, zastraszanie słyszy się najpierw w domu rodzinnym - od własnych rodziców (którzy pewnie słyszeli od swoich). To tam rodzi się strach, niepewność, które w dorosłym życiu maskuje się - znów - krzykami i straszeniem innych, siłą, manifestacją władzy. Bo będąc rodzicem łatwiej mi tę władzę wypracować, dziecko ze mną walczyć przecież nie będzie, przynajmniej nie teraz...
...bo nikt nie nauczył go szacunku dla drugiego człowieka, poszanowania jego zdania, jego odrębności. Bo kobieta ma się słuchać, bo ja jeden trzymam związek w ryzach, bo mężczyzna to pan i władca.
...bo kazano jej milczeć, przytakiwać, uprzejmie zgadzać się i nie przerywać. Nie wychylać się, nie walczyć o swoje, pewnie jeszcze znaleźć męża i na tym tylko polu budować własne szczęście.

Jasne, teraz na koniec upraszczam i generalizuję, ale założę się, że niewiele jest przekłamania w tych moich "ocenach" sytuacji.
Tego dnia miałam "szczęście" być obserwatorem dwóch sytuacji, które skrajnie pokazywały pewne mechanizmy wciąż kierujące relacjami międzyludzkimi. Chciałabym, by były zmyślone, ubarwione, ale nie, nic nie dodałam, nic nie zmieniłam. Jedynie poszczególne wypowiedzi mogą nie być oddane słowo-w-słowo, w końcu dyktafonu nie miałam, "cytowałam" z pamięci.

Takie scenki wciąż mają miejsce, tacy ludzie wciąż powielają toksyczne schematy, zapewne nie zdając sobie sprawy z tego, że robią coś nie tak.
I o ile nie miałam co się odzywać przy emerytach, dla których (zabrzmi to dramatycznie, ale bądźmy szczerzy) zapewne jest już "za późno", o tyle cieszy mnie, że - może nieco przypadkowo, ale zawsze - zostałam wciągnięta w sytuację z przestraszonym chłopakiem. Widocznie potrzebowałam kopa od losu, by zareagować. Nie wiem, czy matka Krzyśka cokolwiek wyniosła z sytuacji, która miała miejsce, z mojej ingerencji, mojego "luzu" i sposobów uspokojenia jej dziecka. Może mi się wydawało, ale czułam, że moja obecność przyniosła odrobię ulgi - a może tylko wystąpiłam w roli osoby obcej, której obecność wymogła zmianę zachowania i np. przyhamowanie wrzasków. Nie wiem, nie wnikam. Mam tylko nadzieję, że jakieś ziarno zostało zasiane, że chociaż w Krzychu zaszczepiłam odrobinę wiary w siebie i własną ocenę sytuacji. Niech się nie da, niech walczy z toksycznymi mechanizmami, niech ich nie powiela w przyszłości.

Heh, idealistką jestem.
Lubię wierzyć, że mam na coś wpływ, że wielkie zmiany zaczynają się od małych kroczków. Że nawet ja - Hobbitka - mam tę moc.

Tego dnia wracałam do domu z uśmiechem na ustach. Czułam, że będę (jestem ;)) zajebistą matką. A to też jest - samozadowolenie w sensie - cholernie ważne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz