hot or not: kolorowe gazetki dla dzieci + zabawka

września 07, 2015


Gazetki dla dzieci. Kolorowe, rzucające się w oczy, w foliowych torebkach, które szeleszczą w dłoniach i skrywają gadżety: drobne zabawki, akcesoria, jakieś plastikowe "dupsy", które koniecznie trzeba nabyć, chociażby po to, by sprawiły radość naszemu dziecku. Nawet, jeśli ta radość potrwa pięć minut. (Ale radość to radość, prawda? Nie powinno się jej przeliczać na czas odmierzany brutalnością wskazówek zegara?)


Kolejne tytuły pojawiają się na sklepowych półkach z zatrważającą szybkością. Co program, zabawka, "odłam" jakiejś serii, powstaje gazetka opisująca przygody czy to bohaterów Star Wars Rebels, czy Spidermana (osobno innych postaci Marvela albo DC Comiks), czy Barbie (oddzielnie różne pisemka poświęcone różnym aspektom istnienia postaci lub ukazujące się z różną częstotliwością), czy świnki Peppy, czy elfów z Lego, czy wojowników ninja z Lego, czy... No właśnie. Co bohater, to gazetka. Bo rynek łakom jest nowości, chce czytać o przygodach swoich ulubieńców, śledzić ich losy, wreszcie trudno nie poddać się pokusie posiadania domku Peppy czy miecza gwiezdnego. Za kilka(naście) złotych! To nic, że najczęściej są to plastikowe przedmioty, często budzące wątpliwości co do estetyki czy trwałości. 

Jako rodzic dostaję oczopląsu, stojąc przed całą półką z gazetkami dla dzieci. Znaleźć coś ciekawego w tym nadmiarze "tandety"... Bo przecież korci, bo przecież pisemka krzyczą, bo przecież reklama obiecywała... Szukam, sprawdzam, przeglądam i wybredna jestem, oj, wybredna. Ale powstrzymać się nie mogę, znów chodzę, znów szukam, sprawdzam i przeglądam...  Macie tak?


Kiedy byłam dzieckiem, miałam swoje ulubione tytuły, "pierdółki" z "Kaczora Donalda" zawsze sumiennie składałam, a potem wypróbowywałam - niektóre zostały ze mną na lata, dalej bawiąc lub przypominając miłe momenty z dzieciństwa.

Wtedy nie było oczywiście tego tak wiele; dzisiaj o wiele trudniej znaleźć coś wartego swojej ceny, jednak... Nie każda kolorowa gazetka jest zła, nie każdy "dups" do niej dołączony badziewny. Ostatnio zaintrygował mnie zestaw do lepienia świnki Peppy i/lub jej przyjaciół; chciałam nawet kupić ten numer, ale na żywo doznałam rozczarowania: kawałek plasteliny plus tekturowa główka i kończyny postaci. Z jednej strony szkoda pieniędzy, z drugiej strony pomysł zainspirował do stworzenia własnego zestawu. Jakiś plus jest ;).

Jakiś czas temu kupiłam Małemu Johnowi pierwszy numer "The Dog" z maskotką. Zwykle "jedynki" są zdecydowanie tańsze, więc niecałe dziesięć złotych aż tak bardzo nie męczyło, zwłaszcza że synek chciał pieska. I cóż, mogłabym marudzić, że gazetka jak gazetka - obrazki, tekst, dla mnie już mniej interesujące, dla Johnka jeszcze nie, skupiliśmy się więc na maskotce. Malutka, z dołączoną obróżką, która jednak szybko powędrowała do worka na zabawki ("piesia" bolało, jak uznał mój synek). Wiecie co? To był strzał w dziesiątkę!

Chociaż mnie samą urzekła mordka malucha (może dlatego trochę wmawiałam sobie, że "muszę" kupić ten numer ;)), synek dosłownie zakochał się w tym piesku. Do dzisiaj (a minęło dobrych kilka tygodni) stanowi jego ulubioną maskotkę, z którą śpi, chodzi na spacery i bawi się (jeśli nie bezpośrednio nią samą, piesek musi towarzyszyć naprawianiu samochodu, klejeniu ciasta czy innym poważnym czynnościom). Niemal od wyciągnięcia maskotki zza folii, Mały John okazał morze empatii: od ściągnięcia przyciasnej obróżki, przez analizowanie skomlenia zwierzątka (jeden z najbardziej rozczulających widoków: kiedy Młodzian udaje płacz pieska po to, by następnie spytać go z czułością, co się stało), na robieniu mu domowych obiadków kończąc. Ostatnio nawet lizakami się z nim dzieli (nauczając o sztuce dzielenia się właśnie, takie mądre dziecko mam, o! ;)). Robi mu posłanie z tetry, śpiewa kołysanki i prowadzi dysputy na tematy, do których nie dorosłam (bo z których nic nie rozumiem, niedouczona ja ;)).

I jak tu żałować wydania dziesięciu złotych na "głupią" gazetkę z zabawką? ;)









You Might Also Like

0 komentarze

#cherrywoodstories na Instagramie

copyrights | prawa autorskie


Wszystkie zdjęcia na blogu - chyba że zaznaczyłam inaczej - są mojego autorstwa. Kopiowanie ich i/lub rozpowszechnianie bez mojej zgody i/lub podania źródła jest łamaniem praw autorskich.
NIE zgadzam się na kopiowanie i wykorzystywanie zdjęć moich dzieci bez mojej pisemnej zgody.