czwartek, 3 września 2015

cytat miesiąca (wrzesień 2015)


"Rodzice, którzy czują frustrację z powodu braku autorytetu u dzieci i niedostatecznej siły przekonywania, są pod tym względem najczęściej równie poszkodowani w stosunku do ludzi dorosłych. Czy chodzi o partnera, rodziców, teściów, przełożonych czy kolegów – czują, że nie dostają od nich dość szacunku i zrozumienia, że są wykorzystywani, obrażani albo ignorowani. Tak to właśnie jest z dziećmi: dotykają nieświadomie naszych czułych miejsc i w ten sposób pomagają nam stać się naprawdę dorosłymi."

Jesper Juul, "NIE z miłości. Mądrzy rodzice - silne dzieci"

"NIE z miłości..." - ta książka podniosła mnie na duchu, gdy wszyscy dookoła (no dobrze, trochę generalizuję, ale tak to mniej więcej się odczuwa, gdy przebijają się do świadomości przede wszystkim głosy mówiące ci, jak masz żyć) powtarzali, że powinnam być dla dziecka, poświęcać się dla niego, że ono jest najważniejsze. Pamiętam swoje zmęczenie, frustrację, wyrzuty sumienia z powodu chwilowego oddalenia się od synka chociażby po to, żeby się wysikać. Kilka minut separacji, ryk i krzyk ze strony młodziana, a we mnie się gotowało: Jak to tak, że nawet do kibla wyjść nie mogę?! Irytowało mnie długie usypianie, kiedy Mały John musiał czuć mój zapach - nie było mowy o kołysaniu w bujaku czy nuceniu kołysanek zza szczebelków łóżka. Albo na rękach, albo z małym ciałkiem przyklejonym do mojego (jeszcze wzbogaconego kilogramami z ciąży, których nie udało się "zrzucić" przy porodzie). Do egzaminów przygotowywałam się z notatkami powiewającymi nad głową synka (powinnam się może cieszyć z tej możliwości uprawiania gimnastyki ramion, ale nie - nie cieszyłam się i nie cieszę, bo efekty nie warte wysiłku ;P), na nic próby "wyswobodzenia się" z obrazu Matki Polki z Dzieckiem Przyklejonym Na Wieki Wieków Amen. Coraz częściej chodziłam naburmuszona, coraz częściej wylewała się ze mnie złość i frustracja, coraz częściej czułam podskórnie bunt, krzyk niezgodny, głośne: "NIE!" 

Było źle. Naprawdę. Byłam niezadowolona, coraz mniej rzeczy mnie cieszyło, coraz rzadziej rozmawialiśmy z mężem, a mnie coraz bardziej przerażała wizja życia z dzieckiem-przyklejkiem i partnerem, który mnie "nie wspiera". I wtedy, podczas którejś wymiany zmian z moim ślubnym, padło stwierdzenie, że powinnam coś ze sobą zrobić. W pierwszej chwili buntowniczka Marta zareagowała wściekłym: Jak to?! JA mam coś ze sobą zrobić?! Wszyscy są przeciwko mnie! Po chwili przyszła jednak refleksja: wiem, nie radzę sobie ze złością, nie radzę sobie z emocjami. Muszę poszukać pomocy... 

Książki lubię, zawsze lubiłam, a wtedy wydawnictwo MiND sprzedawało nowość: "NIE z miłości. Mądrzy rodzice - silne dzieci" Jespera Julla taniej, za kilkanaście złotych. Ponieważ w mojej głowie to jedno konkretne słowo - NIE - pobrzmiewało wciąż i od nowa, poczułam, że to pozycja dla mnie. Zamówiłam, a kiedy książka dotarła, od razu zabrałam się za czytanie i "testowanie" porad. Wiecie co? Poskutkowało!

Wiem, wiem, wstęp nieco przydługi, bo na razie o książce, a nie wyrwanym z niej zdaniu... Już nadrabiam ;).
Zawarte w tytule "NIE" nie odnosi się tylko i wyłącznie do odmawiania dziecku, choć i ten aspekt był inspirujący (nie musisz być bowiem na każde wezwanie dziecka, masz prawo do własnego kawałka życia, "pięciu minut" tylko dla siebie, ale z poszanowaniem drugiego człowieka, czy dziecka, czy partnera). Wydaje mi się, że książka mówi o asertywności w ogóle. Nie rozumianej jako zwykła odmowa, umiejętność mówienia "nie" właśnie. Asertywność - wbrew powszechnemu mniemaniu - jest pojęciem znacznie szerszym, oznacza nie tylko szacunek do własnych decyzji, ale (a może przede wszystkim?) decyzji innych. Ja mam taki pomysł na życie, więc uszanuj, proszę, moje zdanie, ale jednocześnie ja szanuję Twoje poglądy. Asertywność to również umiejętność przyjmowania czyichś racji - niekoniecznie przyjmowania ich jako własne, ale uszanowania, że ktoś ma odmienne poglądy, myśli inaczej. Powiedzenie sobie w duchu: "Myślę inaczej, ale ok, to twoje zdanie, masz do niego prawo." Szacunek. To słowo klucz: szacunek dla siebie samego i innych.
No właśnie. 
Jako matka miałam w oczach niektórych - realizując schemat mitycznej Matki Polki - rezygnować z siebie, być przede wszystkim dla dziecka. Gdzie tu jednak szacunek dla mnie jako osoby? Nie mówię nawet o szacunku innych, ale o szanowaniu siebie samej!
Zaczyna się od małych rzeczy: nieumytych włosów, brudnego ubrania, sikania czy mycia się w pędzie, bo "dziecko woła". Nie wspomnę o rezygnacji ze spotkań ze znajomymi czy innych miłych czynności, którym człowiek oddawał się wcześniej. Jakby codzienne rytuały, przyjemności nie miały już znaczenia, zniknęły, a dziecko zagarnęło dla siebie całą przestrzeń życiową. Nie studiować, ale wziąć urlop - bo przecież więź z dzieckiem. Nie odciągać mleka, bo przecież więź z dzieckiem. Nie wymykać się na zakupy, bo przecież więź z dzieckiem.
Tymczasem żeby dziecko czuło się dobrze, dobrze musi czuć się matka. Jeśli ja jestem marudna, niezadowolona, niespełniona, jaki obraz czy wzorzec przekazuję dalej? Czy to "poświęcenie" będzie sensowne? Czy za kilka lat nie powiem sobie (albo gorzej: wyrzucę dziecku), że zmarnowałam "młodość" na niańczenie pociech, nie inwestowałam w siebie i teraz - po latach - nic sobą nie reprezentuję? (Poza byciem "idealną" matką, oczywiście?)
Nie, nie i jeszcze raz: nie!
Dziecko musi widzieć, że jego rodzice są szczęśliwi, że się realizują, że mają swoje pasje, że je rozwijają. Że cieszy ich życie - z różnymi jego aspektami. Nikomu nie przyda się matka czy ojciec zamknięci w czterech ścianach, narzekający na nudę czy monotonię, na to, że "od kiedy mają dziecko" ich świat zmienił się diametralnie. To prawda, nie jest już taki sam, ale to nie znaczy, że ma być to zmiana na gorsze. Jasne, łatwo nie jest, jest nawet cholernie ciężko, ale być może dopiero teraz naprawdę dojrzewam, odkrywam w sobie potencjał, siłę do przełamywania kolejnych barier. Często to właśnie syn uczy mnie dorastania, asertywności, walki o swoje. Chcę, żeby był szczęśliwy i spełniony - nie pomogę mu w tym, rezygnując z siebie, pokazując, że to normalne i właściwe, by pozwalać się stłamsić przez sytuację, innych. Nie. Każdy człowiek ma prawo do swojego stylu życia, swoich zainteresowań. I póki te nie zagrażają zdrowiu czy życiu własnym i innych, niech ma pełną wolność, swobodę decydowania. Szacunek. Szacunek dla siebie i innych.

Jesteśmy dużymi dziećmi. Kiedy zdarzy mi zezłościć na synka, czasem słyszę zapamiętane w dzieciństwie słowa mojej mamy, tym razem wypowiedziane moim głosem. Tak, wielokrotnie zarzekałam się, że nie będę powtarzać błędów swoich rodziców, że będę "lepsza", ale kiedy przychodzi co do czego, na pierwszy plan wysuwają się "wyuczone" schematy. Sytuacje z domu rodzinnego, którym przesiąknęliśmy. Nasze dziecięce lęki i poczucie niespełnienia, nasze dawne chcenia i tęsknoty, może czasem niemożność realizacji, jakieś zranienia. Uczymy się przez całe swoje życie i tylko od nas zależy, czy rzeczywiście odnajdziemy w sobie to dziecko, które ma jakiś problem. Bo że takowe w nas tkwi - mniejsze lub większe, bardziej zapłakane czy mniej - to nie ulega wątpliwości. 

Nauczyłam się mówić dziecku "nie", co nie znaczy, że stałam się złą matką, że na nic mu nie pozwalam, że nie spędzam z nim czasu, bo jestem dla siebie najważniejsza, bo jestem egoistką. Nauczyłam się być asertywna. 
 - Wołasz mnie teraz? Poczekaj, właśnie robię siku i nie mogę teraz przyjść. Jak skończę, przyjdę.
 - Chcesz, żebym podniosła ci zabawkę? Nie. Jesteś na tyle blisko i masz na tyle siły, że sam możesz sobie podnieść.
 - Chcesz, żebym niosła twój samochód? Ale to ty chciałeś go wziąć na spacer, mówiłam, że może być ciężko.
 - Chcesz się teraz bawić? Wytrzymaj jeszcze chwilkę, Kochanie, właśnie kończę pisać ważnego maila. Zaraz zamykam komputer i idę do ciebie.

Nie rzucam wszystkiego na "już i teraz", bo dziecko woła, bo dziecko mnie potrzebuje, bo dziecko beze mnie sobie nie poradzi i zginie.
Nie, ono nie zginie. Świetnie poradzi sobie samo. Nie zawsze, to prawda, jednak uczę się odróżniania sytuacji, w których konieczna jest moja natychmiastowa ingerencja od tych, które jej nie wymagają. Moje dziecko uczy się w ten sposób samodzielności, konsekwencji wynikających z jego działań, szacunku dla drugiej osoby. Dojrzewa. A ja? A ja nie czuję się już stłamszoną matką i... jestem szczęśliwa. Coraz bardziej.


_________
PS. Fajny wywiad z Jesperem Juulem możecie przeczytać TUTAJ.

2 komentarze:

  1. Dobrze napisane! Dziecko musi wiedziec ze nie wszystko jest na juz.Mam tak samo jak ty robie obiad wola mnie corka nie rzucam nozy wolam ja albo mowie jak skoncze to przyjde albo prosze o pomoc.Przyniesie ziemniaczki jestesmy razem jak skonczymy mamy czas dla Siebie. Jakby nie mowienie Nie to od 21miesiecy nie jadlabym nie pila i nie myla sie.Nikomu by to na zdrowie nie wyszlo;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - dla zdrowia psychicznego (a przez to i fizycznego ;)) każdy musi mieć dla siebie chociaż chwilkę - na własne sprawy czy przyjemności :) Inaczej by zwariował, a wiadomo, że nastroje udzielają się najbliższym ;)

      Poza tym dzięki temu maluch w przyszłości może nie będzie do tak wielu spraw podchodzić roszczeniowo, że wszystko mu się należy i to najlepiej od razu.

      Dziękuję Ci bardzo za komentarz i przybicie piątki ;D
      Pozdrawiam!

      Usuń