poniedziałek, 3 sierpnia 2015

"potwór" gender


Gender. Osławione słowo-straszak: gender. Może się wydawać, że temat już przebrzmiał, że co miało być powiedziane, już zostało wyartykułowane, że nic więcej dodać nie można, że rozdział skończony, the end, finito, koniec.
A jednak wciąż czytam, że "gender srender" (źródło), przez co odnoszę wrażenie, że pewne grupy krzyczały na tyle mocno i głośno, że w (pod)świadomości zapisał się "zły" obraz gender - niewłaściwy, krzywdzący, fałszywy.



Zacznijmy od początku. Od podstaw: od wyjaśnienia pojęcia, wokół którego całe to zamieszanie.
Gender to nic innego jak płeć kulturowa - termin zapożyczony z języka angielskiego i używany w naszym kraju zapewne z uwagi na krótką formę. Jak to jednak z obcymi wyrazami bywa, jeśli ktoś się nie zainteresuje albo z wiarygodnego źródła nie dowie, nie będzie świadom prawdziwego znaczenia usłyszanego czy używanego słowa (właściwie dotyczy to różnych wyrazów, nie tylko obcych ;)).

Co to jest gender, czyli płeć kulturowa?
Każdy z nas ma ustaloną płeć biologiczną. Każdy z nas ma też ustaloną płeć kulturową, czyli gender. I nie ma co się temu dziwić, co z tym walczyć - trzeba to zwyczajnie przyjąć do wiadomości. Człowiek jest istotą, która zawsze funkcjonuje w ramach jakiejś kultury: zgodnie z jej wytycznymi ubiera się, wyraża, spożywa posiłki, uznaje coś za złe, coś innego za dobre. Kultura porządkuje, ułatwia funkcjonowanie w społeczeństwie, wyznacza pewne normy społeczne, kulturowe właśnie. Jednym z jej "tworów" jest też gender - bo kultura określa również naszą płeć, decyduje o tym, jak powinien wyglądać i zachowywać się szablonowy chłopiec, szablonowa dziewczynka. Kobieta i mężczyzna. Kultura tworzy wzory (nieprzypadkowo nazwane wzorami kultury, posługując się właściwym terminem) dotyczące naszego zachowania, sposobu życia/bycia. Schematy te najczęściej przekazywane są z pokolenia na pokolenie, często nieświadomie, czasem jako część tradycji, spuścizna kulturowa czy obyczajowa.
Przykład? Niebieski dla chłopców, różowy dla dziewczynek. Chłopaki nie płaczą, dziewczynki nie przeklinają. Mężczyźni zarabiają na dom, kobiety wychowują dzieci. I tak dalej, i tym podobne... Oczywiście, można się burzyć, bo podałam przykłady dość stereotypowe, ale gender (przypominam: płeć kulturowa) określa również bardziej subtelne kwestie czy różnice, niekoniecznie tak wyraziste jak te przeze mnie przytoczone (że wspomnę o Szkotach przywdziewających kilty, o męskich macho, o śląskich matronach noszących w rodzinie spodnie czy o plemionach z dominacją matriarchatu). Co więcej, niektóre z kulturowych wytycznych (wzorów) zmieniają się z czasem, bywają różne w różnych grupach społecznych (nawet w obrębie jednej kultury, pojmowanej tak szeroko jak np. kultura polska). Kiedyś kobiety nie nosiły spodni, dzisiaj nikogo nie dziwi widok niewiasty w np. jeansach. Kiedyś głosować i zarabiać mogli jedynie mężczyźni, emancypacja zrobiła jednak swoje. I choć w niektórych kwestiach panie wciąż walczą o równouprawnienie, wiele zmieniło się na przestrzeni wieków, bo i sama kultura się zmieniała. Musicie bowiem wiedzieć, że kultura jest tworem dynamicznym, nie stoi w miejscu. Dlaczego? Tworzą ją ludzie, a ci wciąż rodzą się, dorastają, starzeją, zmieniają upodobania, wreszcie zmieniają się czasy, historia odciska na nas swe piętno, czas płynie.

Jak gender przyprawiono rogi...
Jak wspomniałam, czasy się zmieniają, kultura ulega przeobrażeniom. Podejrzewam (choć socjologiem nie jestem, badań nie przeprowadziłam, więc naukowo nie dowiodę), że "problem gender" wypłynął niejako na fali feminizmu, walk o równouprawnienie, parad równości, medialnych opowieści o tym, jak czyjeś dziecko chciało zmienić płeć, bo czuło się w swojej skórze obco i rodzice opłacili operację czy - i tutaj, jak mniemam, przybito gwóźdź do trumny, przelano czarę - jak w pewnym przedszkolu postanowiono przebierać chłopców w dziewczynki, a dziewczynki w chłopców, a nawet zachęcać ich do wzajemnego oglądania swoich narządów płciowych, z lekcjami masturbacji włącznie.
Jak widać, na jednym wydechu wyliczyłam całe mnóstwo różnych sytuacji/akcji/wydarzeń, które w mniejszy lub większy sposób miały wpływ na pojmowanie tego, "kim jestem w swojej kulturze", z zagadnieniami płci - czyli gender - na czele. Co ważne - nie za każdym razem płeć biologiczna bywa jednak negowana czy traktowana jako zło konieczne. I tutaj został chyba pies pogrzebany...

O co cała ta afera? Gender (przypominam: płeć kulturowa) zostało w medialnym dyskursie oderwane od płci biologicznej, potraktowane jako byt samodzielny. Uczyniono pewien skrót myślowy (Trudno byłoby się bowiem za każdym razem wdawać w dyskusję o różnicach kulturowych i wszystkich - albo przynajmniej większości - kontekstach, prawda? Łatwiej od A przejść od razu do Z - przecież wiadomo, co jest po drodze, no heloł!), co wpłynęło na przeinaczenie kontekstu, przekształciło sens pojęcia, zawęziło je, tak naprawdę. Gender - jak kultura w ogóle (bo to przecież jeden z jej elementów) mieszczące w sobie WSZELKIE istniejące wzorce kulturowe określające płeć - zostało sprowadzone do zależności: płeć równa się kultura, a więc płeć nie równa się biologia. Skrót wygodny, logiczny i - co ważniejsze - prosty: skoro o płci decyduje kultura (czyt. człowiek), nie ważne jest, kim się urodzę, bo będę mógł/mogła zrobić ze swoim ciałem, co będę chciał/a. Całkowita wolność, żadnych barier!
Problem jednak w tym, że takie postawienie sprawy przekłamuje istotę gender, całkowicie zaprzecza temu, czym w istocie jest pojęcie płci kulturowej.

Bo pod pojęciem gender (płeć kulturowa) kryją się i skrajnie tradycyjne, purystyczne niemal wzorce kulturowe określające to, kim jest mężczyzna i kobieta, i te diablo liberalne, wolnościowe, ekstra-tolerancyjne (dopuszczające niemal wszystko). Mówiąc krócej, gender to zarówno chrześcijańskie rozumienie roli męża/ojca, żony/matki, jak i transseksualne pojmowanie własnej cielesności, seksualności. Gender (i tu się powtórzę) mieści w sobie WSZYSTKIE ludzkie (czyt. kulturowe) pomysły na to, kim jest prawdziwy mężczyzna i prawdziwa kobieta ("prawdziwy" nie w znaczeniu obiektywnym, ale właściwym dla danej kultury, społeczności - usankcjonowanym przez nią, a więc dla niej "jedynym słusznym").

Trudno więc mówić o "ideologii gender" - ideologią są raczej te poszczególne pomysły, konkretne sposoby rozumienia pojęcia płci. Katolicy mają swoją ideologię w tej kwestii (wystarczy przywołać wzór Świętej Rodziny, Matki Boskiej jako idealnej kobiety i rodzicielki), panie z "osławionego" przedszkola miały swoją (wymieszać role społeczne, dążyć do pełnego równouprawnienia?). Samo gender nie jest więc problemem, nie może nim być, bo to tak, jakbyśmy powiedzieli, że kultura sama w sobie jest problemem, jest zła (bo niektóre jej elementy nie komponują się z naszym rozumieniem funkcjonowania świata, na przykład). Dostrzegacie ten absurd? Kto więc atakuje na ślepo samo pojęcie "gender", podcina gałąź, na której siedzi. Bo przeciwko jednej wizji płci kulturowej zapewne stawia odmienną - tę mu bliską, tę zgodną z jego wyznaniem/sercem/sumieniem. Jego wizja jednak również jest składową... gender ;).

Tak, jestem wyznawcą gender (jak zostałam określona w jednym z komentarzy do pewnej dyskusji). Jestem nim, ponieważ jestem kulturoznawcą. Zajmuję się badaniem kultury, zwłaszcza literatury, nieobce są mi badania feministyczne czy gender właśnie - interpretuję bowiem m.in. teksty kulturowe mówiące o płci, rolach społecznych.
Co więcej: Ty też jesteś wyznawcą gender, niezależnie od poglądów, wyznawanej religii i tak dalej. Żyjesz w pewnej kulturze, która ma na Ciebie wpływ - czy tego chcesz, czy nie.

  

4 komentarze:

  1. Równie głośno o "złej ideologii gender" krzyczał nasz wspaniały kler, zawzięcie rozpisywała się prawica.
    Owszem, wspomniane feministki są winne że doszło do takiego przekłamania i nie życzyłabym by mojego przedszkolaka uczono masturbacji. Tak jak nie chciałabym by przechodziło to co ja, czyli przygotowanie do życia w rodzinie prowadzone przez katechetę. Jednak my, Polacy mamy skłonność do popadania ze skrajności w skrajność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo - środowiska promujące tradycyjne wartości. Czy ja wiem, czy to była tylko czy przede wszystkim wina feministek... Chyba po prostu świat nam się tak "zglobalizował" :P, otwarliśmy się na tyle różnych możliwości i sposobów wyrażania siebie... Że zaczęło się niektórym wydawać, że można wszystko i wszędzie - że to, co zdaje egzamin czy działa w jednym kręgu kulturowym, zaiskrzy w innym, tam też się sprawdzi.
      Ech, wszędzie znajdziesz kogoś, kto potrafi zniechęcić... Niestety, media najczęściej karmią nas tymi wyrazistymi, skrajnymi przykładami - one też przyczyniły się do zakłamania zjawiska. Bo jeśli nie pokazuje się całej prawdy, a jedynie jakiś wybrany jej wycinek... Polityka, nic więcej...

      Usuń
  2. Hihi, podoba mi się ten tekst. Wszystko jasno i klarownie. A u niestety, tu jest Polska. Tu wszystko jest na opak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, dziękuję ;)

      No właśnie... Świat na opak... Jak w skeczach Monty'ego Pythona... Tylko o ile tam można się pośmiać bez konsekwencji, o tyle tutaj... hmm. Przykro czasem, przykro...

      Usuń